Użytkowa sztuka plażowa

Więc tak sobie szliśmy złotopiaszczańską promenadą, mijaliśmy kolejne hotele rosnące w piętra i luksusy, aż w końcu ją zobaczyliśmy stojącą na skraju plaży. Nie pierwsza to była rzeźba w tej mozaikowej technice, ale te wcześniejsze były takie jakieś bardziej zwyczajne tematycznie, ta zaś jednakowoż zaskakiwała pomysłem.

2020-08-02 Złote Piaski płukaczka

Kiedy wracaliśmy, odkryliśmy jej drugie oblicze. Oto ktoś schodzący z plaży do niej podszedł, coś nacisnął lub przekręcił, i z dziobka popłynęła woda do opłukania się apres-plage. Zachwyciliśmy się jeszcze bardziej. Natychmiast też przypomnieliśmy sobie, że parę dni wcześniej w Warnie widzieliśmy podobną instalację (pun intended).

2020-07-31 Warna płukalnia smoki

Tam stylistyka była odmienna, choć równie przyciągająca uwagę, ale funkcja użytkowa była znacznie mniej zamaskowana. Także dlatego, że jak zobaczyliśmy to miejsce, to ktoś akurat się opłukiwał, i dobrą chwilę czekaliśmy, żeby zrobić zdjęcie bez przypadkowej osoby.

Czemu u nas nie ma takich fajnych instalacji?

Nie być piratem drogowym

Wracałem wczoraj z roboty. Zmierzch zapadł, na drogach korki, miejscami mokro… ogólnie rzecz biorąc, jechało się fatalnie, na domiar złego byłem zmęczony i głodny.

Jechałem przez las (ciemny). Dojechałem do przejazdu rowerowego, co go w środku lasu mamy, niby prawdopodobieństwo że ktoś o takiej porze jeździ niewielkie, ale… Zwolniłem, zacząłem się przyglądać: z prawej strony w lesie ciemno, z lewej strony w lesie ciemno, z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka świecąc mi po oczach swoją galanterią świetlną… Raczej nikt nie stał przy przejeździe, ani się do niego nie zbliżał, ale z czystym sumieniem nie mogłem powiedzieć, że byłem tego pewny.

Za lasem wieś (porządna, z chodnikami). Wzdłuż drogi latarnie, bez szaleństw, ale mniej więcej widać. Widzę znak przejścia, skupiam się na jego otoczeniu, po lewej nikogo nie widać, po prawej nikogo nie widać… Dopiero kiedy już-już mam wjechać na przejście, po lewej stronie dostrzegam kogoś czekającego na przejście, tam akurat żadna latarnia nie stoi bezpośrednio przy przejściu, żeby oświetlać miejsce dla zamierzających wejść na przejście. Na szczęście i tak dzielił mnie od pieszego cały jeden pas ruchu, który pieszy musiałby najpierw pokonać.

Dalej kolejna wieś. Tu latarni jeszcze nie ustawili, więc widać tyle, ile moje reflektory oświetlą. Przejście, na dodatek na wyniesieniu, trójka wydaje się minimalnie za dużo, lewa strona przejścia pusta, prawa strona przejścia pusta… Wjeżdżam na wyniesienie i w tym momencie dostrzegam, że około 10 metrów za przejściem jakiemuś facetowi szkoda było nadłożyć drogi i wejść na przejście, więc poszedł na rympał, oczywiście żadnych jaskrawych czy odblaskowych elementów pozwalających go wcześniej dostrzec w tych warunkach.

Naprawdę ciężko czasami nie zostać piratem drogowym.

Wiedeń robi rzeźbę

Wiedeń. Miasto pałaców, ogrodów i zdobionych kamienic (i wielu innych rzeczy, bo to miasto o dużej różnorodności). Gdy się tak spaceruje tu i tam, to można napotkać wiele ciekawych przejawów sztuki przestrzennej, przy których w zależności od preferencji można unieść brwi lub podrapać się głowę (bądź zrobić wiele innych rzeczy, bo co będziemy kogoś ograniczać.

Weźmy taki ogród przed dolnym Belwederem, wypełniony jeszcze w osiemnastym wieku marmurowymi piersiastymi sylwetkami. Idziesz sobie podziwiając kontrast bieli z intensywną zielenią żywopłotów, i nagle zadajesz sobie pytanie: co poeta… rzeźbiarz miał na myśli?

Wien Belvedere

Albo taki Schweizer Garten. Niby park jak każdy inny, a tu nagle coś na człowieka wyziera, i znajome się wydaje. Patrzysz raz, drugi – Frycek to czy jak? Znajdujesz tabliczkę informacyjną i faktycznie, tylko jakiś taki płaski i dziurawy, i coś mu koło głowy furga.

Wien Chopin

Albo jak się wybierzesz zobaczyć budynki ONZ… i przy okazji zwiedzasz Nowoczesną Dzielnicę ozdobioną Nowoczesnymi Rzeźbami. Oglądasz taką rzeźbę z lewej, z prawej, z tyłu, z przodu, nawet od dołu próbujesz (żeby od góry to trzeba by drona lub gościnności kogoś z wyższych pięter) – i nadal nie bardzo wiesz o co chodzi. Podchodzisz do tabliczki informacyjnej i dowiadujesz się że to rzeźba „Bez tytułu”.

Wien VIC 1
Wien VIC 2

A potem idziesz wstrząśnięty i lekko zmieszany ulicą, napotykasz kolejny błyszczący obiekt trójwymiarowy i odczuwasz wielką potrzebę trollingu przez odkręcenie takiej tabliczki „Bez Tytułu” i przykręcenie jej pod tym nieoznaczonym obiektem.

Wien Hydrant

Gdybyście chcieli zapytać, jak w Wiedniu robią masę, to może przy innej okazji (ale robią lepiej).

Na hori

Dysząc szalenie, na szczyt się w końcu wydrapałem. Cała ekipa sprawdziła zapasy wody -byliśmy wszak najwyżej w połowie drogi – i jedynie słuszną myślą było: uzupełnić. Poszedłem więc do schroniska, stanąłem w kolejce, zacząłem rejestrować otaczającą rzeczywistość…

Szybko odnotowałem, że chłopak (przepraszam za familiarność, z wiekiem przychodzi że tak mówię o młodych, nawet jeśli mają obrączkę na palcu) za kontuarem mówi ze wschodnim akcentem (przechodziłem podobne rozważania jakiś czas temu w sklepie w mojej wiejskiej dzielnicy). Pomyślałem sobie: „wysoko dotarło łatanie dziur pracownikami z zagranicy”. Potem usłyszałem jak wydawalnia posiłków wywołuje klientów… a kiedy stanąłem blisko, to już się tylko zastanawiałem czy cała załoga schroniska jest z Ukrainy.

I wtedy myśli moje zaczęły płynąć w różnych kierunkach. Samo pytanie „jak się rekrutuje zagranicznych pracowników do pracy w górskich schroniskach” było w gruncie rzeczy banalne, niektórym może nie robić różnicy gdzie dokładnie będą pracować, tylko ile za ile. Potem zacząłem się zastanawiać, czy nocują „na miejscu” na górze – i wtedy jak wygląda ich życie poza pracą,  czy też mieszkają „na dole” – a wtedy czy mają w warunkach pracy wjazd i zjazd kolejką (chyba kosztowałoby to więcej niż sama ich praca…), czy też mają zapewniony wjazd/zjazd samochodem z dostawami, czy też muszą sobie radzić sami, 2h w górę, 1h w dół… (w sumie jeśli mieszkają na górze, to problem jest ten sam kiedy chcą zejść). Przeszło mi też przez głowę, czy zbieranie na halach jagód (sprzedawanych potem w schronisku za ciężkie pieniądze) mają w godzinach pracy, czy zbierają sobie ekstra i odsprzedają dzierżawcy schroniska. O zupełnie formalnych aspektach typu legalność i podstawa zatrudnienia oraz czas pracy już w ogóle nie wspomnę.

Nie pytałem ich o to oczywiście, bo ani ja miałem na to czas, ani oni, ani też moja to działka. To zadanie dla reportera raczej, żeby podpytać i opisać jak to wygląda, na tej górze bądź innych. W redakcjach pewnie nie ma na to chętnych, nawet redaktor Woś na takimi rzeczywistymi zagadnieniami ludzkiej pracy się raczej nie pochyli.

Mnie została myśl o tym jak bardzo tradycyjna jest kuchnia góralska, jeśli posiłki przygotowują zagraniczni pracownicy. Oraz na ile tradycyjny jest w schronisku nalewak prosecco.

Autostrady są nudne

Autostrady są praktyczne i wygodne (o ile nie są akurat w remoncie) – ze dwa pasy, przyzwoity asfalt, bezkolizyjne skrzyżowania, po prostu nic tylko jechać by dojechać. Jednocześnie kiedy się nimi jedzie nie forsując tempa, to na tym przyzwoitym asfalcie jazda robi się zwyczajnie nudna, samochód połyka te kilometry w tempie dwóch na minutę, człowiek z nudów zaczyna bawić się tempem czy zmieniać pasy ruchu, bo zwyczajnie się robi senny. A jednocześnie czasem spogląda poza autostradę i widzi tam inne drogi, a jak jeszcze jedzie przez góry, to nawet sobie zaczyna wzdychać za jazdą taką wijącą się górską drogą (ja tak zwykle miewam mknąc przez włoskie Alpy w kierunku Adriatyku lub z powrotem).

Podobne odczucia mam na autostradzie Katowice-Kraków. O ile do Krakowa jakoś zwykle tak się składa, że się spieszę, o tyle z powrotem jadę raczej spokojnie – aż do znudzenia (dam sobie włosy uciąć, że już o tym pisałem). W efekcie przerobiłem już wiele dróg powrotnych omijających tę autostradę, byle mieć jakieś urozmaicenie (na niektóre kategorycznie nie chcę wracać, a przynajmniej do czasu jakiejś poważniejszej przebudowy).

Podobnie było i wczoraj. Już prawie byłem pewien, że będę wracać przez Olkusz (nie każdy wie że od Olkusza jest niewiele tylko gorsza dwupasmówka), ale traf chciał, że skręciłem w inną stronę i wyniosło mnie na A4 na południe od Krakowa. A że miałem ustawione w nawigacji „prowadź bez opłat”, to ściągnęło mnie z autostrady na węźle Bielany – i poprowadziło w nieznane. I tak jechałem sobie odkrywając nieznane zakamarki Małopolski: zalewy w Budzyniu, cudowny przejazd niezagospodarowanym grzbietem między Czułowem a Sanką, górski zjazd do Zalasu, przejazd przez lasy Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego, drewnianą dzwonnicę przy kościele w Tenczynku… Potem wyniosło mnie na autostradę na węźle Rudno (z ominięciem bramek) na kilkanaście kilometrów – po to, by nakazać opuszczenie jej na węźle Byczyna i stamtąd opłotkami Jaworzna i Mysłowic prowadzić do domu (zwłaszcza w Mysłowicach asfalt nie zachęcał do powtarzania tego rodzaju eksperymentu), przy okazji pozwalając wczuć się w mentalność janusza, który dla 20 złotych oszczędności będzie kombinować z drogą alternatywną.

Z węzła Bielany do domu jechałem półtorej godziny, autostradą pewnie mogłem zaoszczędzić z pół godziny (na bramkach wielkich kolejek nie było). Ale na czasie mi nie zależało, a radość na tych bocznych drogach była naprawdę duża. Ani przez moment się nie nudziłem (OK, może w tych fragmentach Mysłowic które już i tak dobrze znałem z zupełnie innych podróży).

Ciągną swoje wózki-dwukółki

Jechałem samochodem szukając miejsca do zaparkowania w Hanystown. Wróć: w tym momencie wiedziałem już dość dokładnie gdzie zaparkuję (bliższe miejsca zostały wyeliminowane), musiałem dojechać do rondka, objechać je w 3/4 i zjechać trzecim zjazdem, miejsce czekało kilkadziesiąt metrów dalej (bo tam zawsze jest).

Dojechałem do rondka. Przez przejście dla pieszych pan o nieokreślonym wyglądzie pchał wózek (brak lepszego słowa) wyładowany półtorametrową stertą makulatury. Obserwowałem go w życzliwym zaciekawieniu tudzież w nadziei że mu się ten wózek nie przewróci (to się stało dopiero na następnym przejściu, ale to materiał na inną opowieść).

Wjechałem na rondko. Uliczką z naprzeciwka szło dwóch panów o wyglądzie niewyraźnym, ciągnąc wózek z elementami metalowymi. Najwyraźniej kwietniowy poniedziałek sprzyjał zbieraniu surowców wtórnych.

Zabrzmiało mi w duchu Stachurowskie „Ciągną swoje wózki-dwukółki mleczarze…” Brakowało jedynie odpowiedniego słowa do parafrazy – „śmieciarze” znaczą jednak coś innego niż „zbieracze śmieci”, „złomiarze” lepiej oddają charakter, lecz makulatura to nie złom, najwyraźniej język nie nadąża za rzeczywistością.