wszystko we własnych nogach

Trwa Mundial (chciałem dopisać „piłkarski”, ale właściwie to się już zawiera w tej potocznej nazwie). W „polskiej” grupie rozegrano już dwie pełne kolejki, możemy się napawać prowadzeniem – ale ważniejsze jest to, że przed nami decydująca kolejka, gdzie każdy ma wciąż szansę na awans i odpadnięcie. O wszystkim zdecydują liczby…

Mecz, jak wiadomo, można wygrać, przegrać lub zremisować (w polskiej lidze można było jeszcze kiedyś wygrać/przegrać co najmniej 3 bramkami, wtedy przegrywający miał punkt ujemny, a wygrywający dodatkowy punkt). Za wygraną są 3 punkty, za remis jest 1 punkt; przy równości zdobytych punktów zaczynamy liczyć bramki, najpierw różnicę, potem liczbę strzelonych goli (potem patrzymy na bezpośrednie wyniki, a na końcu – jeśli trzeba – na liczbę żółtych i czerwonych kartek, tymi ostatnimi liczbami nie mieszajmy sobie na razie w głowie). Co zatem może się zdarzyć?

Polska gra z Argentyną, Arabia z Meksykiem. Aktualnie tabela wygląda tak:
1. Polska 4 pkt 2:0 bramki
2. Argentyna 3 pkt 3:2 bramki
3. Arabia 3 pkt 2:3 bramki
4. Meksyk 1 pkt 0:2 bramki
Z grupy wychodzą dwie drużyny…

Polska wyjdzie z grupy, jeżeli:
a. wygra z Argentyną (wygrywa grupę), albo
b. zremisuje z Argentyną, albo
c. przegra z Argentyną, ale zaistnieje korzystny układ planet… korzystny wynik meczu Arabii z Meksykiem, czyli:
– remis, o ile Polska nie przegra co najmniej 4 bramkami lub więcej (jeśli przegra trzema, to decydować może liczba goli strzelonych)
– wygrana Meksyku, ale możliwie niewysoka, tak żeby nas nie wyprzedził bramkami (patrz akapit o Meksyku)

Argentyna wyjdzie z grupy, jeżeli
a. wygra z Polską, albo
b. zremisuje z Polską, ale:
– Arabia zremisuje z Meksykiem
– Meksyk wygra z Arabią, ale nie więcej niż 2 bramkami (jeśli wygra trzema, to patrzymy na liczbę strzelonych)

Arabia wyjdzie z grupy, jeśli:
a. wygra z Meksykiem, albo
b. zremisuje z Meksykiem, i:
– Polska wygra z Argentyną, albo
– Argentyna wygra z Polską 4 bramkami (jeśli wygra trzema, to patrzymy na liczbę goli strzelonych)

Meksyk wyjdzie z grupy, jeśli
a. wygra z Arabią, przy czym:
– jeżeli wygra 4 golami, to bez względu na wynik Polski z Argentyną
– jeżeli wygra 3 golami, a Argentyna zremisuje z Polską, to decyduje liczba goli strzelonych – np. Meksyk wygrywa 4:1 przy remisie 0:0 i wychodzi bo ma więcej strzelonych goli (Meksyk 4-3, Argentyna 3-2), wygrywa 3:0 przy remisie 0:0 i odpada, bo przy tej samej liczbie strzelonych goli decyduje wygrana Argentyny w bezpośrednim meczu
– jeżeli Argentyna wygra z Polską, to decydować będzie różnica bramek, ewentualnie liczba goli strzelonych – np. wygrana Argentyny 3:0 i wygrana Meksyku 1:0 nadal powoduje, że Meksyk odpada (Polska ma wtedy bilans bramek 2-3, a Meksyk 1-2), wygrana Argentyny 2:0 i wygrana Meksyku 2:0 powoduje, że… liczymy kartki (a ściślej punkty fair play), bo różnica bramek taka sama (2-2), a w bezpośrednim meczu Polski z Meksykiem padł remis

Podsumowując: każda z drużyn ma szansę samodzielnie zapewnić sobie awans i każda ma szansę na awans przy sprzyjających okolicznościach. Wszyscy mają zatem wszystko we własnych rękach, czy też raczej nogach.

Sytuacją w innych grupach nie zajmuję się nie tylko dlatego, że w jednych druga kolejka dopiero przed nami, a w innych być może mniej ciekawie, po prostu mi się nie chce, nigdy nie byłem kronikarzem.

Florentino i wielki enis

Wielkie rozbawienie wywołał u mnie wczoraj madrycki boss Florentino Interes, orędownik piłkarskiej Superligi (to taki pomysł, żeby najlep… najbogatsi grywali głównie sami ze sobą, w ramach europejskiego Top20 powiedzmy). Argumentował on bowiem ni mniej, ni więcej, że jak to możliwe, żeby Wielkie Trio (WT) Roger-Rafa-Djoko grywało ze sobą dziesiątki razy w ciągu kilkunastu lat, podczas gdy jego klubik w ciągu kilkudziesięciu lat z Liverpoolem zaledwie dziewięć razy, a z Chelsea 4?

Więc zerknąłem sobie na statystyki, wybierając sezon 2012 (bo wtedy każdy z WT akurat wygrał po Szlemie). Nadal grał wtedy z Rogerem 2 razy, z Djokovicem 4; Federer z Rafą również 2 razy ;), z Djokoviciem 5 razy, łącznie w obrębie WT było więc 11 meczów. Dużo?

Takiemu Florentino pewnie wydaje się dużo. A teraz spójrzmy na te liczby, jak to się mówi, w kontekście.
Nadal w sezonie 2012 rozegrał 48 meczów w 11 turniejach, z tego 22 mecze (45,8%) z rywalami sklasyfikowanymi w światowym Top20 (niech będzie że to odpowiednik Superligi), a 6 (12,5%) w obrębie WT.
Federer rozegrał 80 meczów w 17 turniejach (uwzględniając turniej olimpijski i finał sezonu, pomijając Puchar Davisa), z tego 37 meczów (46,3%) z Top20, a 7 (8,8%) w obrębie WT.
Djokovic rozegrał 87 meczów w 17 turniejach, z tego 40 (46%), a 9 (10,3%) w obrębie WT.
Każdy, kto ma minimum wiedzy o tenisie, wie bowiem, że typowy turniej tenisowy (tydzień lub dwa) to 5-7 rund w systemie „przegrywający odpada” (OK, w turnieju olimpijskim można zagrać o brąz, w Masters można przegrać w grupie, a potem grać dalej), a w turnieju bierze udział łącznie od 32 (5 rund) do 128 zawodników (7 rund). Najlepsi zawodnicy mają oczywiście teoretycznie większe szanse na dojście do końcowych rund, w których dopiero mogą natrafić na najgroźniejszych rywali (system rozstawienia). Żeby więc Wielkie Trio grało między sobą, to musi dojść co najmniej do półfinału, a po drodze wyeliminować odpowiednio słabszych rywali.

Taki Real Madryt w sezonie 2012-13 (ładniej byłoby porównywać do roku kalendarzowego, ale nie chce mi się rozgrzebywać danych, które są zagregowane sezonami) rozegrał 61 meczów w 4 oficjalnych rozgrywkach (liga hiszpańska 38, liga mistrzów 12, puchar Hiszpanii 9, superpuchar Hiszpanii 2). W lidze mistrzów grał z mistrzem i wicemistrzem Anglii, mistrzem Niemiec, mistrzem Holandii i mistrzem Turcji. Źle? W tym sezonie w lidze mistrzów (w fazie grupowej) gra akurat z drużynami niżej notowanymi w rankingu – z Celtikiem, Donieckiem i Lipskiem. Ciekawe, czy wolałby zamiast tego zagrać w dwóch turniejach, w których w pierwszej rundzie grałby z Celtikiem (54 miejsce w rankingu), w drugiej z Donieckiem (27), a w trzeciej z Lipskiem (17) – i dopiero po ich pokonaniu miałby szansę gry w ćwierćfinale z rywalami z europejskiej Top10 (statystycznie w skali 10-turniejowego sezonu może 3 razy z Liverpoolem i 3 razy z Chelsea, i to w systemie jednego meczu)? W końcu jak model tenisowy, to tenisowy… A przypomnijmy, że to klub aktualnie w rankingu dopiero szósty, potentaci z Top4 pewnie woleliby grać między sobą.

A największe moje rozbawienie wzbudzili neofici, którzy tego porównania bronili, w tym odnosząc się do… NBA.

wszystko w rękach konia

Pięciobój nowoczesny. Dyscyplina interesująca, choć dla przeciętnego widza mało czytelna jak każdy wielobój, gdyż coś się dzieje, coś się dzieje, ale nie do końca wiadomo dlaczego ktoś jest zadowolony, a ktoś nie, bo dobry wynik cząstkowy niekoniecznie gwarantuje dobry wynik całościowy.

Pięciobój nowoczesny. Nowoczesnym nazwano go ponad sto lat temu, żeby odróżniał się od pięcioboju antycznego. Antyczny obejmował bieg, rzut oszczepem, rzut dyskiem, skok w dal i zapasy, odzwierciedlając wyszkolenie ówczesnego żołnierza (OK, nie wiem czy hoplici mieli dyski bojowe, ale pewnie trening ogólnorozwojowy…). Nowoczesny miał bardziej odpowiadać XIX-wiecznemu agentowi czy łącznikowi, który jedzie na nieznanym sobie koniu, strzela do przeciwnika z pistoletu, walczy na szpady, płynie przez rzekę i na końcu biegnie do swoich, tak przynajmniej głosi opowieść o Coubertinie, uważanym za ojca, a przynajmniej promotora tej dyscypliny.

Pięciobój nowoczesny. Niektórzy kwestionują, czy nazwa wciąż aktualna, skoro strzelanie jest połączone z biegiem (jak w biathlonie, który wszak nazywano kiedyś dwubojem zimowym), ale jednak wciąż wymaganych jest pięć zupełnie różnych umiejętności, i niepowodzenie w jednej może zepsuć nawet wybitne wyniki w pozostałych. Szczególnie łatwo o to w jeździe konnej, gdzie wystarczy brak współpracy ze strony konia – co było przyczyną awantur na ostatniej tokijskiej olimpiadzie, ale też chociażby przyczyną klęski Janusza Peciaka na mistrzostwach świata w 1973 roku.

Pięciobój nowoczesny. Są przymiarki, żeby wyeliminować z niego jazdę konną; w końcu jakiż agent dziś jechałby konno, dziś najpewniej poszukałby samochodu, motocykla, lub w ostateczności roweru (choć bardziej przyczyną wydają się głosy obrońców zwierząt, robiące złe publicity dla sportu). Cóż za problem wymyślić konkurencję typu jazda podstawionym samochodem (może być elektryczny) po zaimprowizowanym torze jak w Race of Champions, motocyklowe enduro czy zawody BMX? Słyszę jednak, że federacja raczej skłania się ku biegom z przeszkodami, takim jakimi katuje się współczesnych żołnierzy (i innych mundurowych)…

Pięciobój nowoczesny. Wszystko się zmienia, sam pięciobój też ewoluował przez lata (dystanse biegu czy pływania, broń strzelecka, skoki przez przeszkody zamiast jazdy terenowej etc), cóż więc szkodzi, by zmienić mu jedną z konkurencji? Ktoś zawsze będzie startował, ktoś zawsze będzie oglądał, ktoś zawsze będzie kręcił nosem.

PS tytuł bo się błąkał nachalnie, a nie miałem lepszego pomysłu

o równości sportsmenek

Problem to nienowy, acz ostatnio gorący i głośny głównie za sprawą trans-sportsmenek (dla uniknięcia wątpliwości: chodzi o osoby urodzone jako mężczyźni, które w następstwie procesu tranzycji zostały uznane za kobiety). Na Igrzyskach jedna taka osoba (z Nowej Zelandii) ma wystąpić w podnoszeniu ciężarow, nie wnikałem czy ma szanse na coś więcej czy udział.

U podstaw problem leży rzecz, która nie powinna być kwestionowana: istnieją biologiczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami, różnice, które przekładają się na możliwości siłowe, wytrzymałościowe i szybkościowe. Nie bez powodu na tym samym dystansie na tej samej bieżni, skoczni czy pływalni mężczyźni osiągają znacznie lepsze rezultaty, i nawet przeciętnie utalentowany/wytrenowany mężczyzna wyprzedzi kobietę-mistrzynię (w dzisiejszych eliminacjach na 100 metrów stylem grzbietowym Australijka McKeown ustanowiła rekord olimpijski czasem o prawie cztery sekundy wolniejszym od reprezentanta Polski Pawła Stokowskiego, który zajął 24. miejsce i nie zakwalifikował się do finału). Co więcej, uważam (choć to już bardziej moje zdanie niż stwierdzenie faktu) że nawet w dyscyplinach, w których pozornie cechy fizyczne nie mają znaczenia – takich jak np. sporty motorowe czy szachy – różnice wynikające z płci biologicznej są istotne, bo na najwyższym poziomie rywalizacji wytrzymałość (będąca pochodną siły) pozwala dłużej utrzymywać najwyższy poziom. Spośród obecnych dyscyplin olimpijskich rywalizacja koedukacyjna ma miejsce chyba tylko w jeździectwie… i o ile kobiety leją mężczyzn w konkursach ujeżdżania (ostatni męski medal w Atlancie w 1996, ostatni męski triumf w Los Angeles w 1984), to w konkursach skoków przez przeszkody oraz we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego (obejmującym obok ujeżdżania i konkursu skoków także przejazd terenowy z przeszkodami) mężczyźni wciąż pozostają niepokonani; przypadek? cóż, nie sądzę, jednak coś innego chyba wchodzi w grę.

Jeżeli zatem mamy osobę, która urodziła się jako mężczyzna (problem w zasadzie nie istnieje przy osobach urodzonych jako kobiety, zwykle startują one w gronie kobiet, a tranzycji dokonują po zakończeniu kariery zawodniczej, jako Zdenka/Zdenek Koubek, Zofia/Witold Smętek czy Heidi/Andreas Krieger) i mogłaby startować z mężczyznami, ale z jakiegoś powodu (mniej więcej można się domyślić z jakiego) woli rywalizować z kobietami – to ma na starcie niewątpliwy przywilej biologiczny, którego rywalki nie są w stanie w żaden sposób nadrobić. Nie ukrywam, że co do zasady jestem przeciwnikiem startu takich osób wspólnie z kobietami.

Zapewne wiele osób spodziewałoby się tu kropki, ale to byłby błąd. Opisałem powyżej sytuację osób po tranzycji, zyskujących nieuzasadnioną przewagę, ale spektrum możliwych przypadków jest dużo szersze. Mamy wszak Stanisławę/Stellę Walasiewicz, mistrzynię olimpijską, o męskim wyglądzie spowodowanym zapewne zespołem Swyera; mamy też Ewę Kłobukowską, matkę dziecku, mistrzynię olimpijską z Tokio, wykluczoną kilka lat później z rywalizacji sportowej jako „nieokreśloną płciowo” z powodu posiadania w organizmie chromosomu Y (mieszanka chromosowów XX i XXY)… Mamy też współczesne biegaczki o naturalnie podwyższonym poziomie testosteronu (często wynikającym z interpłciowości), jak Caster Semenya, do tegorocznych igrzysk w Tokio nie dopuszczono niektórych biegaczek o wysokim poziomie testosteronu. Cały czas można sobie zadawać pytanie, jak zapewnić równość rywalizacji pomiędzy osobami posiadającymi naturalny handicap, a osobami które go nie posiadają?

I tu nagle stajemy przed pytaniem, czy taka biologiczna równość w ogóle istnieje. Dominację Jamajczyków w sprintach w ostatnich latach przez pewien czas tłumaczono posiadaniem przez nich w mięśniach specjalnego typu włókien. Wyniki w biegach długodystansowych mieszkańców Afryki środkowo-wschodniej (od Erytrei po Tanzanię) zwykło się tłumaczyć dostosowaniem do życia w tamtejszych warunkach (na wysokości). Jest nawet film fabularny „Biali nie potrafią skakać” (jego fabuła nie jest tu istotna) i są badania, że pewien wariant genetyczny wpływa na funkcjonowanie ścięgien pozwalając na skakanie wyżej. Wyniki w różnych prostych co do zasady sportach pokazują, że jedni potrafią osiągać w nich wysoki poziom bez trudu, a inni ledwo-ledwo, pomimo że piłka nożna jest popularna na całym świecie, to najludniejsze kraje świata (poza Brazylią) nie notują w niej oszałamiających (lub zgoła żadnych) sukcesów. Czy w ogóle wynikający z genów „talent sportowy” dający przewagę w rywalizacji z innymi (niektórymi lub wszystkimi) jest sprawiedliwy? Nigdy tego nie przeskoczymy.

Starając się zapewnić równość rywalizacji dzielimy startujących na grupy: wg płci, wg wieku (juniorzy), wg wagi (sporty walki), wg stopnia niepełnosprawności… Sposób zaliczania do poszczególnych grup może być dyskusyjny, ale koniec końców inaczej mielibyśmy tylko kategorię open.

popłynąć jak do Tokio i z powrotem

Przyznam, że nadchodzącymi Igrzyskami Olimpijskimi jakoś się zupełnie dotąd nie przejmowałem (co najwyżej okazjonalną myślą, czy w ogóle się odbędą), nawet za bardzo nie wiedziałem kto z polskich sportowców się tam wybiera i po co (po wiktorię i glorię, czy po coubertinowski udział). Mam jedynie świadomość, że w każdej dyscyplinie, a może nawet konkurencji, trzeba spełnić określone wymagania, żeby móc wystartować, inaczej w zasadzie mogliby wystartować prawie wszyscy i byłby jeden wielki radosny bałagan

I tu nagle pojawiła się informacja o naszym może nie tak wielkim i na pewno nie radosnym, ale bałaganie w związku pływackim. Co dokładnie się stało, bardziej wierzę niż wiem, samemu w ogóle nie zgłębiałem zasad kwalifikacji pływaków. Na ile rozumiem, pływaczki i pływacy mieli określone dwa poziomy wyników gwarantujących ich możliwości „na poziomie olimpijskim”, a to minimum A i minimum B (dla każdego stylu i dystansu). Minimum A daje zawodnikowi gwarancję startu indywidualnego, minimum B – gwarancję startu w sztafecie i prawo ubiegania się o start indywidualny, jeśli nie będzie dość takich z minimum A… I tu zdaje się pojawia się regulaminowy kruczek – jak pływaczkę/ka z minimum B zgłosi się tylko do sztafety, to może zapomnieć o starcie indywidualnym; jeżeli natomiast zgłosi się taką osobę do startu i w sztafecie, w i indywidualnie – to jeżeli nie znajdzie się dla niej miejsce indywidualnie, to wypada ze składu całkowicie.

W składzie polskiej reprezentacji pływackiej na Tokio, zatwierdzonym i ogłoszonym na początku czerwca, znalazło się:

  • 9 zawodników z minimum A
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych i do sztafet i indywidualnie.

I co się stało? No tak, nietrudno się domyślić: z tej siódemki z minimum B, zgłoszonych także indywidualnie, zgodę na start dostała tylko 1 osoba. Pozostała szóstka już w Japonii w zasadzie mogła tylko zacząć szukać biletu powrotnego do domu, a tam oburze, gromy, wywiady w mediach… Choć, wybaczcie tę uwagę, na długo wcześniej powinni byli wiedzieć że coś jest na rzeczy, skoro mieli minimum tylko na sztafetę, a zgłoszenie także na start indywidualny, nie wiem na ile zainteresowanym trudno było samodzielnie dotrzeć do warunków wstępu na Igrzyska, rzecz dla nich najważniejszą w ostatniej cztero- czy pięciolatce.

W zasadzie mógłbym o tym wszystkim napisać, ale kiedy próbowałem to wszystko zweryfikować i zrozumieć, jedna rzecz mnie uderzyła jako szczególnie niesprawiedliwa. Otóż – jak wyliczałem powyżej – do Tokio poleciało 7 osób z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet, i 6 osób z minimum B zgłoszonych także indywidualnie, dla których zabrakło miejsca. Ponieważ – jak rozumiem – bez tej szóstki nie dało się skompletować zadeklarowanych sztafet, w wyniku przeprowadzonych „negocjacji” ustalono że trójka z tej szóstki jednak dostanie szansę występu olimpijskiego. Niestety, oznaczało to, że do domu powrócić musi trójka z tych pływaków, którzy z minimum B byli zgłoszeniu tylko do sztafet, parafrazując Kaczmarskiego, MKOl-owi liczba się musi zgadzać…

Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek z tych sztafet miała szansę na olimpijski sukces, nie wiem czy mierzyliśmy dla nich wyżej niż udział w finale. Każdy wynik będzie tu gorzki.

jak nie spalić

Krzysztofowi w uznaniu jego dociekliwości, choć bardziej go obchodziło dlaczego, niż jak

Trwa Euro, dziwne choćby dlatego że przenoszone zeszłoroczne, więc powracają dyskusje piłkowe i okołopiłkowe. Nie może zabraknąć więc i tematu nieśmiertelnego spalonego, tego zjawiska magicznego, którego rozumienie ma odróżniać chłopców od mężczyzn (i przypominać o seksistowskim stereotypie że futbol jest dla mężczyzn, bo kobiety nie potrafią zrozumieć co to spalony…).

Co to takiego ten spalony? To co do zasady sytuacja, w której piłka jest zagrywana „do przodu” (przyjmując że przód-tył oceniamy wzdłuż linii bocznej boiska, w kierunku bramki przeciwnika lub własnej) i w momencie zagrania „adresat” zagrania znajduje się „za obrońcami”, czyli między nim a bramką znajduje się najwyżej jeden piłkarz drużyny przeciwnej (zwykle bramkarz, ale nie jest to wcale częścią definicji). Dokładnego brzmienia przepisów nie przytaczam żeby nie zanudzić…

Właśnie: przepisów. Prawnik słysząc o przepisach natychmiast zaczyna myśleć o ich stosowaniu w praktyce, i co tu ukrywać, stosowanie przepisów gry w piłkę nożną (lubię oficjalną angielską nazwę Laws of the Game) to nieustająca zabawa z ocenami sytuacji boiskowych. Sędziowie raz za razem oceniają czy zostały spełnione kryteria takiego czy innego przepisu, czy dane zachowanie zaklasyfikować jako X czy jako Y. Zapytacie może co tu oceniać przy spalonym? No, na sam początek trzeba dostrzec w którym dokładnie ułamku sekundy nastąpiło zagranie (już samo to, że decyduje moment dotknięcia piłki butem czy głową, a nie moment kiedy to dotknięcie się skończyło, niech będzie wskazówką poziomu trudności). Trzeba prawidłowo ocenić w którym dokładnie miejscu znajdował się atakujący, a w którym obrońca (i nie wspominajmy że decydować może czubek buta lub fragment barku, o miejscu gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę nie wspominając). A do tego jeszcze i różne inne regulaminowe niuanse…

Przyjrzyjmy się temu na przykładach, wybrałem sobie parę z meczu Walia-Turcja. Na początek sytuacja, która akurat bramką się nie zakończyła (choć zasadniczo powinna):

Linię spalonego – narysowaną bardzo orientacyjnie – wyznacza jakaś część ciała obrońcy wyróżnionego na biało. Nawet bez tej linii potrafimy stwierdzić, że napastnik wyróżniony na czerwono jest za tą linią, a więc.. Ale ten napastnik to wie, więc sobie tylko spaceruje udając że zabłądził, dzięki czemu jest na pozycji spalonej, ale nie na spalonym (bo nie bierze udziału w akcji). Piłka zostanie natomiast zagrana do napastnika podkreślonego na zielono, który w momencie podania znajduje się przed linią ostatniego obrońcy, i spalonego nie ma… a to wszystko z piłką lecącą parędziesiąt metrów na sekundę i piłkarzami biegającymi w tempie kilku metrów na sekundę, decydować będą centymetry.

Spójrzmy na kolejną sytuację, tym razem to zdobycie drugiej bramki przez Walijczyków.

W zasadzie można zapytać gdzie tu spalony jeśli mamy strzał na bramkę, a nie zagranie do kolegi… Ale spalony może być także wtedy, kiedy kolega znajduje się na pozycji spalonej (bliżej bramki niż obrońcy) i chociaż nie zamierza piłki dotknąć, to daje korzyść swojej drużynie np. zasłaniając bramkarzowi. Czy zatem dryblas zaznaczony na żółto jest na spalonym? Spójrzmy z innego miejsca, decyduje wszak stan rzeczywisty, a nie wybrane ujęcie…

Stąd widać, że po pierwsze raczej jednak bramkarzowi nie przeszkadza w obronie strzału (zielone linie pokazują potencjalne uderzenia), bo znajduje się za bardzo z boku (żółtych linii pokazujących gdzie go byłoby widać zrobiło się aż za dużo). Po drugie zaś – czego nie było widać na pierwszy rzut oka – linię spalonego (czerwoną) wyznacza nam zagubiony gdzieś w rogu pola karnego obrońca, wcześniej ośmieszająco tam ograny, a teraz na dodatek wykluczający nawet pozycję spaloną…

Spalony to w praktyce ciężki kawałek chleba. Po to są na boisku dwaj sędziowie boczni, żeby to lepiej widzieć, po to jest sędzia z telewizorkiem (ścianą monitorów), który przygląda się różnym ujęciom żeby to wszystko ocenić i podpowiedzieć, czy jednak czubek buta był bliżej, czy dalej niż bark.

PS zdjęcia z relacji TVP Sport

Chwała kopciuszkom

W chwili, gdy zaczynam* pisać te słowa, dochodzi północ; jestem nieco pijany nie tylko szczęściem z powodu wyniku zakończonego finału Ligi Mistrzów. Mamy szósty tytuł, który należał nam się od dawna (ale trzeba było swoje odcierpieć).

Nie umiem jednak w tej radości przestać myśleć o kibicach Tottenhamu. Wiem, już mieli wielotygodniowy piękny sen, z niewyobrażalnymi wręcz wynikami wyrywanymi wręcz w ostatnich sekundach, w jedną (gol Moury w Amsterdamie) czy drugą stronę (nieuznany z powodu spalonego gol Sterlinga w Manchesterze po błędzie Eriksena i jakże szczęśliwemu muśnięciu piłki przez piłkarza City), pomimo jakże wielkich wyrw kadrowych. I nie ukrywam, drżałem o wynik aż do gola Origiego, najlepszego jokera sezonu, bo Tottenham raz po raz dokonywał niemożliwego w tej edycji Ligi Mistrzów.

Ale Liverpool miał jedną niezaprzeczalną przewagę: grał w finale rok temu, cieszył się z triumfu 14 lat temu i wielekroć wcześniej, był tu bywalcem. Tottenham do finału zawędrował pierwszy raz w 60-letniej z okładem historii rozgrywek. A nowicjusze nie wygrywają Ligi Mistrzów, OK, w jej początkach zdarzyło się to raz Borussii Dortmund (ale jeszcze w starych poczciwych czasach kiedy w Lidze Mistrzów grali tylko mistrzowie), ale później już każdy nowy na tym poziomie przegrywał swój pierwszy finał, nie wyłączając Chelsea. Bywalcom na tym poziomie łatwiej… choć serie są po to, żeby je przerywać.

Chwała pokonanym, sformułowanie „lads, it’s Tottenham” za Pochettino znaczy „wszystko się może zdarzyć”.

*litery zaczęły mi się zlewać w pewnej chwili

dopóki piłka w grze

Sam nie pamiętam w jaki sposób w drugiej połowie lat 80. stałem się posiadaczem kilku egzemplarzy angielskich tygodników piłkarskich, chyba ze czterech numerów Shoot!a i jednego numeru Matcha, o parę lat starszych. Wyczytałem je na dziesiątą stronę, sporo się dowiedziałem o tym co Anglicy myślą o swoim futbolu, zapamiętałem parę anegdotek… Utkwiła mi między innymi w pamięci wypowiedź kogoś z klubiku Crewe, kto po porażce w meczu Pucharu Anglii 1-8 stwierdził „dobrze że strzeliliśmy, teraz musimy tylko wygrać 7-0 u siebie”.

Wczoraj grał Liverpool, musiał u siebie wygrać tylko czterema bramkami. Nie rozbudzałem w sobie nadmiernych nadziei, także 1-0 do przerwy. Przy pierwszym golu Wijnalduma tweetnąłem do znajomego „Stambuł pamiętamy?”, raczej żartobliwie, bo jednak człowiek jest przekonany że taki stambulski finał zdarza się raz w życiu; jeszcze nie zdążyłem zobaczyć tego tweeta po wysłaniu, a już z niedowierzaniem patrzyłem na wyrównanie dwumeczu. Ale uwierzyłem dopiero po czwartym golu.

Dziś Tottenham miał lepszy punkt wyjścia i wynik dwumeczu uważałem za otwarty, choć po pierwszej połowie trudno było londyńczykom być optymistami. Szybkie dwa gole (z trzech potrzebnych) przywróciły jednak nadzieję, a potem… mogło się zdarzyć wszystko i zdarzył się rozstrzygający gol w szóstej z pięciu doliczonych minut.

Dopóki piłka w grze, to wszystko jest możliwe.