Procenty opresji

W roku 2019 kwota składek ZUS* dla przedsiębiorców wynosiła 1316,97 zł.
W roku 2020 kwota składek ZUS dla przedsiębiorców wynosi 1431,48 zł.
Wzrost wynosi 8,7%,

W roku 2019 minimalne wynagrodzenie brutto wynosiło 2250 zł.
W roku 2020 minimalne wynagrodzenie brutto wynosi 2600 zł.
Wzrost wynosi 15,5%.

W III kwartale** 2018 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4580,20 zł.
W III kwartale 2019 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4931,59 zł.
Wzrost wynosił 7,7%.

Nie chce mi się wyliczać jakiemu dokładnie procentowi najniższego wynagrodzenia odpowiada składka ZUS dla przedsiębiorcy, być może będzie rekordowo niska. Taka to opresja dla polskich przedsiębiorców składkami na ZUS.

*w tym NFZ
**dane za IV kwartał będą za parę dni, a pisałem dziś

Pochwała niedoboru

Wychowałem się w czasach, w których powszechnym zjawiskiem była niedostępność towaru: nie ma, nie dowieźli, skończyło się, nie wiadomo kiedy będzie. Dostępność towaru („RZUCILI!”) bywała świętem, biegło się w te pędy zająć dobre miejsce, lub wystawało w kolejkach. Ileż było żartów z tym związanych, skeczów, utworów…

Dziś problem niedoboru towarów w zasadzie się rozwiązał, problemem jest raczej niedobór pieniędzy na tych towarów kupowanie, w ostatnich latach niektórym doskwierać zaczął problem niedoboru sklepów otwartych w niedziele, czasem ewentualnie problem niedoboru towaru, który został wycofany z produkcji (zaczynam mieć wrażenie, że serki, o których niedawno pisałem, mogły zniknąć definitywnie). Bardziej niepokojące wydaje się zjawisko rosnącego marnotrawstwa żywności, z jednej strony kupowanej ponad potrzebę („bo fajne”, „bo tanie”, „bo…”). z drugiej strony takiej, której nikt nie kupił i osiągnęła termin przydatności, podany przez producenta lub po prostu wynikający ze swoich własności (czytaj: zgniła i podobne). Chodziłem sobie dziś po markecie robiąc drobne zakupy i przed samą kasą zobaczyłem lodówkę z towarami specjalnie przecenionymi z racji bliziutkiego już terminu przydatności. Chwilę pogrzebałem i wyciągnąłem produkt niezmiernie podobny do tego, który już miałem w koszyku; zamyśliłem się chwilę i przemierzyłem ponownie drogę do właściwej półki, odłożyłem produkt na jego miejsce, zastąpiłem go w koszyku tym co już-już ma się przeterminować. Może wziąłby go ktoś inny, a może trzeba by go było utylizować…

I tak sobie dumałem patrząc na obfitość towaru: a gdyby tak jakiś sklep zaczął ograniczać ilość zamawianego towaru? Tak, dokładnie to mam na myśli: że mogłoby być tak, że przychodzicie do sklepu, a tam czegoś nie ma, bo wykupione – a dostawa będzie jak będzie, zgodnie z planem; bo nieraz lepiej, żeby towar się nie zmarnował na półce, niż żeby był dostępny w każdej sekundzie otwarcia sklepu (OK, może niech to nie dotyczy chleba czy innych najbardziej podstawowych rzeczy, choć z drugiej strony chleb też się marnuje w sprzedaży). Owszem, handlowcy nie będą szczęśliwi, ale jakoś wolę żeby zmniejszyć produkcję, niż żeby się marnowało. W sumie dotyczy to nie tylko żywności…

Szklanki

W pierwszych słowach donoszę, że notka może zawierać nazwy produktów handlowych, aczkolwiek nie będzie stanowiła zamierzonego lokowania produktu.

Mam w kuchennych szafkach sporo szklanek „po nutelli”. Nie ma na nich, oczywiście, żadnego śladu, wszystkie etykiety zostały starannie usunięte, ale pamiętam skąd się wzięły. Są praktyczne – z grubym dnem i ściankami (można pić z nich whisky, tzn. ja nie piję wcale, więc nie wiem czy byłaby to wielka profanacja, ale tak się kojarzą), można je wkładać jedna w drugą (mniej miejsca zajmują), nie tłuką się łatwo… Tyle się ich nazbierało, że przestaliśmy kupować w takich opakowaniach, bo i co z nimi dalej robić? (puste słoiki lecą do śmieci, a słoik na dłużej starcza)

Był taki czas (niekoniecznie w tym samym zakątku świata), że używaliśmy dużo więcej różnego rodzaju szklanek pochodzących z takiego „odzysku”. Jakieś dżemy czy miody dały baterię całkiem zgrabnych kufelków (grubościennych), serki topione dostarczały małych szklaneczek i szklanek typu long drink. Pamiętam nawet jednego faceta, który kupił karton serków long drink, a potem pytał, czy ktoś nie chciałby tych serków od niego kupić, byle szklanki oddał (smak tych serków był taki sobie, przyznaję).

W ostatnich tygodniach z zaprzyjaźnionych sklepów znikła seria serków twarogowych w plastikowych kubeczkach (odnotowaliśmy, bo jedną odmianę smakową kupowaliśmy regularnie). Nie znam przyczyn tego zniknięcia, może to zwykłe sprawy handlowe – ale wyobraziłem sobie, że w ramach zmian proekologicznych mogliby zmienić rodzaj ich opakowań z plastikowych na szklane. I nawet nie potrzebuję nowych szklaneczek, mógłbym płacić kaucję za opakowanie zwrotne jak przy butelkach od piwa (i odzyskiwać ją po wyjedzeniu zawartości).

Lament bieda-biznesmenów

Miałem w zasadzie pisać o czymś zupełnie innym, ale pośród szalejących czerwcowych upałów ze zdwojoną siłą wybuchł coroczny szloch Przedsiębiorców Polskich o składki ZUS. Mechanizm tego zjawiska opisałem rok temu i nie będę przepisywać, powiem tylko że przyczyną łkań i gromów ciskania jest Rekordowy Wzrost Składek, spowodowany ustaleniem w założeniach budżetu kwoty prognozowanego wynagrodzenia w roku 2020 na 5.227 zł, co przekłada się na minimalną podstawę składek w kwocie 3.136,20 zł.

Jakiś domorosły ekonomista porównał na Twitterze przewidywaną wysokość składek do wysokości pensji minimalnej (na rękę). Skontrowałem go szybko przykładami historycznymi pokazującymi, że pokazana przez niego relacja nie jest szczególnie szokująca – a potem postanowiłem sprawdzić jak się ma w ujęciu historycznym relacja podstawy składek do kwoty najniższego wynagrodzenia. W końcu rok temu ją podliczyłem.

Minimalne wynagrodzenie miesięczne w roku 2020 ma wynieść 2.450 zł. Dzieląc zakładaną minimalną podstawę składek przedsiębiorcy przez zakładaną kwotę najniższego wynagrodzenia brutto otrzymujemy 3136,20/2450=128,0%. Faktycznie, wyżej niż w 2019, kiedy było ostatecznie 127,1%, nie mówiąc o 2017, kiedy ta relacja wynosiła 126,9%; wyżej także nieco niż w 2016, kiedy mieliśmy 127,9%. Ale zaraz… to w 2017 była jakby obniżka? A jak było wcześniej?

Rok 2016, ostatni według liczb zaplanowanych przez rządy PO – 131,5%.
Rok 2015 – 135,7%.
Rok 2012, kiedy wskaźniki ustalano z wizją ciepłej wody w kranie – 141%.
Rok 2010, kiedy wskaźniki ustalano w apogeum kryzysu światowego – 143,3%.
Rok 2009, czas tego apogeum – 150,1%.
Rok 2007, kiedy PO dochodziła do władzy – 171,4%.
Rok 2005, kiedy PiS dochodził do władzy – 166,7%.
Rok 2000 – 158%.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy: nigdy w historii składek ZUS przedsiębiorcy nie płacili tych składek od kwoty tak bliskiej najniższemu wynagrodzeniu, jak w latach 2017-2020. Gdyby ich zapytać, czy prowadzą firmy, żeby zarabiać mniej niż 130% najniższego wynagrodzenia, obraziliby się śmiertelnie – a jednak składki płacą od takich właśnie kwot i narzekają że „za drogo”. Później będzie zdziwienie, że emerytury takie niskie jak u Cugowskiego (o zasiłkach chorobowych nawet nie mówię, bo polski przedsiębiorca albo „nie choruje”, albo przed planowym zabiegiem starannie podwyższa tę podstawę składki, nawet jeśli w tej chwili się mniej już opłaca).

Drodzy lamentujący, bieda-biznesmeny jesteście (bez względu na płeć).

Znaczenie opakowania

Kiedy byłem mały… no dobra, w wieku, w którym nie mogłem jeszcze legalnie nabywać ni spożywać alkoholu, starszy kuzyn zdradził mi sekret pozyskany ponoć od starego Cygana (jeśli czegoś nie przekręciłem): piwo należy kupować tylko w brązowej butelce, a nigdy w zielonej. Bo od zielonej się psuje i gorzej smakuje. Kiedy sam zacząłem kupować, dość poważnie tej zasady przestrzegałem, kiedyś nawet próbowałem wtedy piwa z zielonej butelki i krzywiłem się że gorsze (ale innego nie było, a pić się chciało).

Później czasy się zmieniły, pojawiły się fantazyjne zielone butelki Znanych Marek (kto chce wiedzieć jakie, niech idzie do sklepu, kryptoreklamy nie będzie), trudno było wierzyć że to Złe Z Założenia. Upowszechniły się też puszki, było w czym wybierać (można było narzekać że piwo przechodzi blachą, ale pusta puszka była nieco mniej kłopotliwa niż pusta butelka). Pojawiło się też piwo w plastikowych butelkach… ale to jednak eksperyment toczący się bez mojego udziału, ewentualnie toleruję w takich butelkach podpiwek, jeśli akurat mam smak.

Dziś staję przed półkami z piwem i wobec mnogości popadam w zadumę. Można wybierać po pochodzeniu (a priori odrzucam tylko rosyjskie), kolorze piwa lub etykiety, sposobie fermentacji… Sam zacząłem kierować się – w pewnej mierze – innym kryterium. Odrzucam puszki, bo ich recykling jednak wymaga udziału huty. Wybierając butelki, nie patrzę na ich kształt czy kolor, tylko na to, czy są zwrotne – żeby nie wypełniać pustymi worka na opakowania szklane. Taki malutki gest dla środowiska.

Powróćmy do starych podatków

Dawno, dawno temu… kiedy nie istniały jeszcze blogi, a internet w Polsce w najlepszym wypadku próbował podnieść główkę, wprowadzono w Polsce podatek dochodowy od osób fizycznych (niektórzy pamiętają). I tak mnie naszło na sprawdzenie: co by było, gdyby utrzymać w pierwotnym kształcie (przynajmniej jeśli chodzi o stawki, a nie o potężnie rozbudowane szczegóły) ówczesny kształt tego podatku z 1992 roku?

Dla tych co nie wiedzą, lub nie pamiętają, na początek opis. Były trzy stawki podatkowe: 20%, 30% i 40%. Pierwsza obejmowała dochody nieprzekraczające (wtedy jeszcze chyba Rada Języka Polskiego kazała to pisać rozdzielnie…) kwoty 64,8 miliona złotych, druga od 64,8 mln zł do 129,6 mln zł, trzecia była przeznaczona dla hektomilionerów o dochodach powyżej 129,6 mln zł. Podatek pomniejszano o kwotę 864 tysięcy złotych, czyli tzw. kwota wolna wynosiła 4 mln 320 tysięcy złotych rocznie.

pit1992

Oczywiście pamiętacie (zyg zyg marchewka), że 1 stycznia 1995 roku wprowadzono denominację złotówki, i wszystkie liczby należy podzielić przez 10 tysięcy – co daje kwotę wolną 432 zł, pierwszy próg 6.480 zł i drugi próg 12.960 zł. To już nie wygląda tak obiecująco, prawda? Ale! W tamtych czasach ceny i pensje rosły po kilkadziesiąt procent rocznie, więc przezorny ustawodawca (wtedy się zdarzał) zapisał mechanizm waloryzacji wszystkich kwot skali podatkowej o wskaźnik wzrostu wynagrodzeń ogłaszany przez GUS (wskaźnikiem wzrostu przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego za III kwartały w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, gdyby to kogoś interesowało. Problem w tym, że z uwagi na stan budżetu jakoś szybko tych waloryzacji zaniechano…

Postanowiłem spróbować policzyć, jak powinny te progi wyglądać dzisiaj (pamiętając że stawki też po drodze parę razy zmieniano). Komunikat GUS z listopada 1992 podawał przeciętne wynagrodzenie w III kwartale 1992 roku w kwocie 3.090 tys. zł (po denominacji: 309 zł). Komunikat GUS z listopada 2018 roku podawał przeciętne wynagrodzenie w III kwartale 2018 roku w kwocie 4.580,20 zł. Proste? Oczywiście jest haczyk – wynagrodzenia są podawane brutto, czyli wg stanu na 2018 z uwzględnieniem składek na ubezpieczenie społeczne, a wg stanu na 1992 bez, bo wliczanie składek do wynagrodzenia brutto wprowadzono od 1999 roku. Przeciętne wynagrodzenie z 1992 roku należy więc ubruttowić wskaźnikiem, którym „podwyższano” wszystkie wynagrodzenia w 1999 roku, wynoszącym 123,0164% – zatem do porównania należy przyjąć kwotę 309 x 1,230164 = 380,12 zł. Wychodzi na to, że w latach 1992-2018 przeciętne wynagrodzenie wzrosło: 4.580,12/380,12=12,049, dwunastokrotnie…

Kiedy przemnożymy wszystkie liczby z pierwotnej skali wskaźnikiem 12,049, to mamy następującą skalę podatkową:
– do kwoty 78.077,52 zł podatek wynosi 20% minus 1.041,03 zł
– od kwoty 78.077,52 zł do kwoty 156.155,04 zł podatek wynosi 14.574,47 zł plus 30% nadwyżki nad 78.077,52 zł
– powyżej kwoty 156.155,04 zł podatek wynosi 37.997,73 zł plus 40% nadwyżki nad 156.155,04 zł
(kwota wolna wynosi 5.205,15 zł rocznie, czyli ok. 433,76 zł miesięcznie)

Dla porządku przypomnijmy, że w obecnej skali podatkowej płacimy 18% podatku od dochodu do 85.528 zł, a przy dochodzie ponad 85.528 zł – 15.395,04 zł + 32% nadwyżki ponad 85.528 zł (z kwotą wolną zasadniczo 3.089 zł, ale dla najniższych dochodów dążącą do 8000 zł, a dla wysokich – do zera). Oczywiście jeśli ktoś płaci według tej skali… ale to temat na inną okazję.

Pistolet za sześć złotych

To była przygoda, która mogła zmrozić krew w żyłach. No, może schłodzić troszeczkę, na różne sposoby.

Przyjechałem (w zeszłym tygodniu) na stację benzynową, bo wskaźnik paliwa już wołał o dolewkę, sugerując niedwuznacznie że jedzie na rezerwie. Mam swoje preferowane stacje (bo po drodze, bo w sieci gdzie mam jakieś lojalnościówki, bo…), więc i tym razem była to jedna z nich. Stanąłem, upewniłem się że biorę właściwy wąż (jakoś mam fobię na tym punkcie), wetknąłem do dziury, nacisnąłem.

Wajcha wyskoczyła. Musiałem źle trzymać, pomyślałem, nacisnąłem znów. Wyskoczyła ponownie, jak kiedy bak jest napełniony – co kłóciło się z moją wiedzą na temat jego stanu oraz z przebiegiem (krótkim) dotychczasowego tankowania. Wyjąłem wąż z otworu, obejrzałem pistolet, zajrzałem do wlotu – nic dziwnego nie widziałem. Wetknąłem pistolet z powrotem do wlotu, nacisnąłem delikatnie, trochę poleciało, wyskoczyło. Głupio było przejeżdżać w takiej chwili pod inny dystrybutor…

Walczyłem więc. Kiedy trzymałem wajchę pistoletu delikatnie, benzyna płynęła nie po kropelce może, ale po kieliszeczku. Pomyślałem sobie zgryźliwie, że nie spędzę całego dnia przy nawalającym pistolecie, uznałem że 10 litrów wystarczy mi na opędzenie najbliższych jazd, a potem za parę dni doleję znowu. Pani w kasie nie wierzyła w problem z pistoletem, wystraszyła mnie myślą że może mi coś we wlewie nawala…

Zgodnie z planem podjechałem parę dni na stację, zresztą na tę samą (acz do innego dystrybutora). Po naciśnięciu wajchy wacha leciała jak szalona, póki nie wypełniła baku (więc problem nie był po mojej stronie albo już nie). Niestety, przez te trzy dni cena skoczyła o jakieś 20 groszy na litrze, więc kaprysy pistoletu kosztowały mnie jakieś sześć złotych…

Życie jest ciężkie (a potem jest śmierć).

Gdzie jesteś, targecie?

Ci, którzy mnie obserwują na Twitterze, mogą zobaczyć jak przyglądam się reklamom serwowanym mi przez internetowych masowych reklamodawców i jak się z tych reklam nabijam na różne sposoby (lub jak się czasem obruszam). W ostatnich dniach szczególną uwagę poświęcałem „nowym” reklamom wprowadzonym wraz z nową odsłoną pewnego portalu specjalistycznego, który nie dość że – między wieloma innymi – próbował podsunąć mi jakiś serwis randkowy kusząc zmieniającymi się stockowymi zdjęciami paru sympatycznych dziewoj, to na dodatek sugerował że spędzam samotne wieczory w miejscowości X…

I właśnie. Pierwszą „miejscowością X” na którą zwróciłem uwagę, była bliżej mi nieznana, sympatyczna zapewne, wieś Białopole. Kiedy o tym wspomniałem, ktoś nawet podpowiedział że rezerwat orlika krzykliwego (nie mylić z boiskiem orlik) tam się znajduje, nie wiem czy był tam, czy wyguglał szybciej ode mnie. Wieś to pod wschodnią granicą, w mordobijskim… w chełmskim powiecie, bliżej jak 50 km od niej w życiu raczej nie byłem (a i to tak dawno, że…) Nie zmartwiłem się, że tak źle mnie reklamodawca szukał, choć zaciekawiło mnie to. Wczoraj (piszę to jeszcze w środę) zaś rano zobaczył mnie w Kozach, wieś to mniej odległa, lecz równie chybiona. Później tego dnia znalazł mnie jeszcze w Jaworznie, Wrocławiu, Straduni (szukajcie sami jak żeście ciekawi), a nawet mieście sąsiadującym z moim… I już wiedziałem. Z internetem łączę się na różne sposoby, przez parę numerów komórkowych i przez paru innych providerów. Mój domowy ma siedzibę w sąsiednim mieście, i tam dokładnie mnie reklamodawca mnie próbował „namierzyć”. Kiedy używałem routerów komórkowych, to po każdym połączeniu „lokalizacja” (tę prawdziwą wyłączam, jak tylko mogę) uważała że jestem tam gdzie przypisany był serwer z którym się router połączył… W sumie sprawia mi to dużą zabawę, z jednej strony widzieć bezsilność w tworzeniu profilu i „dopasowywaniu” do mnie reklam (nie mam powodów zakładać, że inne kryteria tworzą lepszy obraz mojej osoby), z drugiej zastanawiać się gdzie tym razem „trafię”.

Gdy piszę te słowa, jestem widziany w Będzinie (tam przynajmniej zdarzał mi się bywać). Mniej mi pasuje, że w oczach algorytmów robię za oldboja… Przynajmniej mogliby te zdjęcia zmienić, opatrzyły mi się.