pan Cogito kupuje bilety online

Był weekend, wieczór był ciepły i cichy… i wtedy rodzina uprzejmie przypomniała mi o konieczności nabycia Juniorowi biletów kolejowych, żeby biedne dziecko mogło rano do szkoły dojechać (przesiadka na pociąg daje w miarę pewność dojechania na czas, a i tak wychodzi godzinę pięć przed pierwszym dzwonkiem). Westchnąłem więc, spojrzałem na rozpiskę którą mi dali (bo to w różne dni na różne godziny, a najlepiej jakbym z góry na cały tydzień), wstukałem adres w przeglądarce. Po króciutkim namyśle założyłem szybko konto w serwisie kolejowym, żeby mieć mniej wpisywania, zalogowałem się, zacząłem wybierać dane połączenia…

I wtedy nastąpił pierwszy zonk. Kiedy już podałem wszystkie dane, zorientowałem się, że nie ma żadnej opcji dokonania zbiorczej płatności, czyli za każdy bilet za pięć złotych będę musiał dokonywać osobnej płatności. Rozejrzałem się jeszcze trzy razy po serwisie, stwierdziłem, że nie ma… na Mariolę, przeszedłem do płatności. Wybrałem płatność kartą, nawet zdecydowałem się podpiąć na stałe kartę (z niskimi limitami), zatwierdziłem… Bank wszedł w tryb Bardzo Poważnej Autoryzacji, nakazał wpisanie przesłanego SMSem kodu 3d secure, po czym postanowił zadać mi jeszcze pytanie kontrolne, na które powoli wpisywałem odpowiedź żeby się nie pomylić (brak opcji podglądu)… Uff, bilet kupiony, nawet dwa maile przyszły, jeden informujący o płatności pięć złotych, drugi z biletem. Pora na kolejny… musiałem zacząć od ponownego logowania, dane na szczęście już były w systemie, klik, klik, zapłać… bank powtarza procedurę Bardzo Poważnej Autoryzacji zakupu biletu za pięć złotych… Po trzecim bilecie miałem dość i odmówiłem dalszej współpracy, stwierdzając że powrócimy do tematu w środę (a ja może do tej pory wymyślę bardziej praktyczny system kupowania tych biletów).

Wracam w poniedziałek do domu i niemal od progu czeka mnie informacja, że wiesz tata, tak się składa że we wtorek zmienili mi godzinę rozpoczęcia, więc ten bilet jest jakby do niczego.. Uśmiechając się przez zgrzytające zęby otwarłem maila z biletem na wtorek, kliknąłem linka „Zwrot”. Przeniosło mnie do systemu, gdzie zostałem poproszony o kliknięcie przycisku „wyślij maila z żądaniem zwrotu”. W otrzymanym mailu należało kliknąć linka „Zwrot biletu”, który przenosił do strony w systemie ze słowem „Potwierdź zwrot (pamiętając że przy zwrocie potrącane jest pięćdziesiąt groszy). Teraz już tylko logowanie, wybór, Bardzo Poważna…

Wracam we wtorek do domu i niemal od progu słyszę, że wiesz, kochanie, ten bilet na środę też już jest nieodpowiedni i trzeba w jego miejsce nowy…

Notkę napisałem w oczekiwaniu na potwierdzenie płatności (żeby ominąć Bardzo Poważną Autoryzację, postanowiłem zapłacić pięć złotych Szybkim Przelewem). Na szczęście potwierdzenie zdążyło przyjść zanim dziecko poszło spać.

Bilet na czwartek kupię w środę, bilet na piątek – w czwartek. Potem będzie już z górki, bo Junior ma tydzień zdalnego, a na czerwiec dostanie miesięczny, za który zapłacę raz i tylko raz…

Gdyby ktoś pytał to pięć złotych to uproszczenie. A tytuł dla atencji (i nie miałem pomysłu).

Fontanny

To był jeden z tych dni, o których zwykle się marzy żeby się jak najszybciej skończyły. Musiałem wyjechać wcześnie, jechać przez ohydnie zalewany zimnym deszczem świat, spędzić kilka godzin na męczących zajęciach, potem w deszczu pędzić w kolejne miejsce… Kiedy po odhaczeniu wszystkich obowiązków wracałem wreszcie przez mokry Śląsk do domu, na zjeździe z dwupasmówki dojechałem do skrzyżowania z drogą uprzywilejowaną, przy czym moja droga wiodła pod górę (to był bardziej podjazd niż zjazd, że sobie na taki żart pozwolę), a przede skrzyżowaniem stał ciągnik siodłowy bez naczepy (czyli TIR bez kontenera, gdyby ktoś nie czuł bluesa). Oby tylko ruszył i nie spowalniał, pomyślałem posępnie…

I wtedy to nastąpiło: kierowca ciągnika uznał, że ma dość miejsca, i zwolnił sprzęgło, wielkie koła ruszyły powoli… i nad oponami pojawiły się małe fontanny. Kątem oka sprawdziłem, że uprzywilejowaną nadal nikt nie jedzie i ruszyłem za nim, przyglądając się, jak te małe początkowo słupy rosną, aż w miarę nabierania prędkości przez samochód zaczynają zamieniać się w mgiełkę. Nigdy na to wcześniej nie zwróciłem uwagi, bo albo nie jechałem tak blisko w warunkach deszczowych, albo jeśli jechałem, to raczej za naczepą, w której koła są osłonięte, tu natomiast miałem widok pierwsza klasa.

Patrzyłem i myślałem, że to przecież działa prosta fizyka: rowki w oponie zasysają wodę z podłoża, a w otwartej przestrzeni oddają, biorąc pod uwagę energię kinetyczną nadawaną im przez poruszające się koła… A jednak było to takie niecodzienne i fascynujące, nagrałbym, ale byłem w samochodzie sam.

Zdjęcia rzymskich fontann dla atencji.

palestyński Finlandczyk

Zdziwiłem się kiedyś nawet trochę, że dowiedziałem się, że istnieje słowo „Finlandczyk”, które oznacza po prostu obywatela Finlandii, bez względu na narodowość – a więc nie tylko Fina, ale także Szweda, Saama (kiedyś: Lapończyka), Karela, Rosjanina, Kurda, Araba czy Nigeryjczyka. Podejrzewam, że każdy „intuicyjnie” uznaje że ktoś z Finlandii jest Finem i basta.

Ubolewam przy tym, że nie mamy w Polsce odpowiednika tego słowa, co wpływa na mylne utożsamianie „Polaka” z obywatelem Polski i członkiem narodu polskiego zarazem. Oczywiście, w Konstytucji mamy pamiętną frazę „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, która sugeruje tożsamość przynależności do narodu i obywatelstwa, ale jednak nie budzi najmniejszych wątpliwości, że Polacy jako naród w znaczeniu etnicznym to inna kategoria (gdyby próbować wyciągać dalej idące wnioski z tej definicji, to etniczni Polacy żyjący poza Rzecząpospolitą i pozbawieni jej obywatelstwa nie należeliby do narodu). Z formalnego punktu widzenia uznajemy wszak istnienie w Polsce kilkunastu mniejszości narodowych i etnicznych (rozróżnienie między mniejszością narodową i etniczną sprowadza się tylko i wyłącznie do posiadania własnego państwa przez daną grupę, Ukraińcy mają swoje państwo, a Łemkowie – nie); czy są zatem „Polakami” Dietmar Brehmer (Niemiec), Eugeniusz Czykwin (Białorusin) czy Natalia Hładyk (Łemkini)? Czy są Polakami imigranci z polskim obywatelstwem tacy jak John Godson, Petros Tovmasyan lub Natalia Nguyen? Że też nie wspomnę o grupach mieszkańców Polski które od narodowości polskiej się odcinają, choć Polska nie uznaje ich odmienności…

Temat powrócił mi na marginesie dyskusji o terminologii dotyczącej kraju między Jordanem a Morzem Śródziemnym. Zawsze mam bowiem problem jak pisać o nieżydowskich mieszkańcach Izraela (posiadających obywatelstwo tego państwa) – słownik mówi że są oni Izraelczykami na równi z izraelskimi Żydami (choć nie mam pewności czy oni sami chcieliby tak o sobie mówić). Można byłoby o nich z dużą pewnością mówić „Palestyńczycy”, aczkolwiek pojawia się wtedy pytanie jak odróżnić ich od mieszkańców Autonomii Palestyńskiej (Palestyńczycy autonomiczni i Palestyńczycy izraelscy?). Osobiście najchętniej używam formy „izraelscy Arabowie”, choć pewnie i temu można wytknąć jakąś niepoprawność.

Zapewne istnieją też i Palestyńczycy z obywatelstwem Finlandii, tytuł z jednej strony miał być chwytliwy, a z drugiej łączyć wątki.

czy jesteśmy na szczycie

W jednej z powieści McLeana jest scena, w której okręt podwodny z powodu dziury (zamykalnej, prawda) zanurza się w Oceanie Arktycznym i marynarze z przerażeniem patrzą na głębokościomierz raportując: „spadamy… spadamy… spadamy nieco wolniej… spadamy wolno… zatrzymaliśmy się… idziemy w górę…” Przypominała mi się ta scena kiedy – jak ci marynarze – bezsilnie i z przerażeniem patrzyliśmy na statystyki nowych zakażeń wirusem SARS-Cov-2 (jak niepozornie nazywa się przyczyna naszej zarazy znanej jako COVID-19), szukając w nich oznak spowolnienia, a może i zatrzymania fali.

Analiza tych danych nie jest prosta, bo same dane wykazują dość regularną zmienność w cyklu tygodniowym, dlatego najlepiej się posiłkować średnią z ostatnich 7 dni, która tę zmienność „wygładza” (pomijamy tu podejrzenia o manipulowanie danymi, bo z jednej strony nic lepszego niż oficjalnie podawane dane nie mamy, a z drugiej strony jeśli w zmanipulowanych danych są prawidłowości, to możliwe że dane nie są zmyślone, a jedynie „podrasowane”). Jeżeli spojrzymy na wartości tej średniej w ostatnich 7 dniach to mamy:
28.03 – 27372
29.03 – 27713
30.03 – 28302
31.03 – 28716
01.04 – 28873
02.04 – 28217
03.04 – 27690

Widzicie to co ja widzę? Przez pierwsze dni ta średnia rośnie po kilkaset przypadków dziennie. W prima aprilis rośnie zauważalnie mniej („spadamy wolniej!”), po czym w następnych dniach zaczyna zmieniać kierunek. Czy to przypadek, czy to coś oznacza…

Oczywiście nie ma gwarantowanej odpowiedzi na pytanie „co to znaczy”. W tym miejscu sięgniemy jednak do danych z pierwszej połowy listopada, kiedy szczytowała „druga” fala zakażeń:
07.11 – 22701
08.11 – 23789
09.11 – 24665
10.11 – 25540
11.11 – 25615
12.11 – 24978
13.11 – 24545

Widać podobny przebieg, niczym wierzchołek ostrej turni: najpierw mocne wzrosty, potem raptowne zmniejszenie wzrostu – i już jesteśmy po optymistycznej stronie krzywej (spadki trwały wtedy nieprzerwanie do połowy grudnia). Mam nawet wykres pokazujący przebieg „drugiej” i „trzeciej” fali…

Czy ten scenariusz się powtórzy, zobaczymy, po prostu skoro widać niemal identyczną „formację” to w zasadzie czemu mielibyśmy przyjmować że nie… Oczywiście nie wiemy co się zdarzy wskutek Świąt, dane z okresu Bożego Narodzenia sugerują że ludzie chodzili się testować i przed Świętami, i w samą Wigilię, więc pewnie nie ma co spodziewać się dziwnego wyniku jutro, ale już w poniedziałek i wtorek wyniki będą „świątecznie” zaniżone zapewne i dopiero w drugiej połowie tygodnia może będziemy wiedzieć czy trend się zamierza utrzymać (a skutki ewentualnych świątecznych zakażeń pewnie zobaczymy dopiero w następnym tygodniu).

czerwony jak Vettel

Sebastian Vettel karierę w F1 zaczynał w białym kombinezonie BMW Sauber. Ta przygoda nie potrwała bardzo długo, szybko zamienił go na granatowy kostium Toro Rosso, a wkrótce potem Red Bulla, w którym bardzo mocno wszystkim zapadł w pamięć. A potem granatowe barwy zamienił na czerwone…

Do Ferrari przechodził jako czterokrotny mistrz świata, najbardziej utytułowany kierowca w stawce. Miał im dać to, co nie udało się Alonso – upragnione tytuły. Tyle że F1 jest trochę jak tango – trzeba co najmniej dwojga, czyli samochodu pozwalającego na walkę o tytuł i kierowcy który ten samochód wykorzysta.

W 2015 roku Vettel wykorzystywał samochód znakomicie, odsadził kogo tylko mógł. No właśnie: kogo mógł. Mimo najlepszych starań, Mercedesowi był w stanie urwać tylko trzy zwycięstwa, kończąc sezon ze stratą stu punktów do mistrza (i mniej niż pięćdziesięciu do wicemistrza), za to z przewagą ponad stu punktów nad partnerem z zespołu i resztą stawki, jako dominator całej reszty.

Rok 2016 był już mniej udany, samochód ani nie był tak szybki, ani pasujący – przewaga nad Raikkonenem nie przekraczała punktów trzydziestu, a niewiele brakowało, żeby Sebastian uległ obu Red Bullom (w sumie gdyby Verstappenowi doliczyć punkty zdobyte przez Kwiata w RB12, to by uległ).

Rok 2017, co to był za rok! Pierwszy sezon samochodów budowanych wg zupełnie nowej specyfikacji, wszyscy liczyli na zamieszanie w stawce. I mimo że Mercedes od początku wydawał się faworytem, to Vettel był na czele tabeli od pierwszego wyścigu aż do przerwy wakacyjnej. Po przerwie Hamilton dogonił go w Belgii, wyszedł na prowadzenie we Włoszech… I wtedy nastąpiła złośliwość Pani Fortuny, czyli wielka azjatycka katastrofa. W Singapurze, gdzie wydawało się że Vettel ma autostradę do odzyskania prowadzenia, minimalne spóźnienie na starcie i wyjątkowo pechowy rozwój wydarzeń zakończyły się wielką kraksą – na której najbardziej skorzystał startujący z trzeciego rzędu Hamilton, może szczęśliwe zwycięsto nie smakuje tak dobrze, ale w walce o tytuł nikt się drobiazgami nie przejmuje. Dwa tygodnie później w Malezji banalna wadliwość jednej części silnika zepchnęła go na ostatnie miejsce na starcie, z którego był w stanie przebić się tylko na czwarte; do tego Raikkonen nie wystartował do wyścigu, przez co Hamilton znów nieoczekiwanie i bez wielkiego wysiłku zdobył drugie miejsce i powiększył przewagę. Tydzień później w Japonii wyeliminowała go z walki banalna awaria świecy… i tak oto zamiast w trzech wyścigach zdobyć oczekiwane 65 pkt, musiał się obejść dwunastoma, i zamiast przewodzić tabeli mógł tylko smętnie patrzeć na 60 pkt straty do lidera przy czterech wyścigach do końca, nie będzie zaskoczeniem, że wiele z tej straty już nie odrobił.

O ile rok 2017 był rozczarowaniem głównie z powodu pecha, o tyle za rok 2018 Vettel może się tylko bić w piersi. Po raz pierwszy (i, uprzedzając fakty, jedyny) dostał do dyspozycji samochód, który dawał mniej więcej równe szanse z Mercedesem, może nawet niewielką przewagę (wystarczy porównać wyniki drugiego kierowcy Mercedesa i drugiego kierowcy Ferrari w obu sezonach). Walka od początku szła prawie łeb w łeb, lecz była znaczona małymi błędami, raz kierowcy, raz zespołu, stracone w ten sposób punkty można byłoby długo zliczać. Prawdziwa katastrofa zaczęła się podczas GP Niemiec, gdzie Vettel niezagrożenie prowadził, póki w deszczowych warunkach nieatakowany nie wyjechał w żwir kończąc swój wyścig i oddając zwycięstwo Hamiltonowi. Nie oznaczało to oczywiście, że wszystko stracone – ale zaczynając od świętej dla Ferrari Monzy Seb zaliczył serię pechowych (niezawinionych w zasadzie) spinów w kontaktach z innymi kierowcami (Hamilton na Monzy, Verstappen na Suzuce, Ricciardo na COTA…); do tego Mercedes w kluczowym momencie wyciągnął małą dyskusyjną sztuczkę techniczną, która nie pozwoliła Ferrari się zbliżyć. Nie wygrał już żadnego wyścigu w sezonie (choć Raikkonenowi się to udało), nie ma sensu liczyć czy więcej punktów zmarnował on sam, zespół, czy zwykły pech.

W 2019 samochód już odstawał od Mercedesa, a sam Vettel – jakby podłamany – kontynuował swoją tradycję spinów, która doprowadziła nawet do ukucia złośliwego powiedzonka „spin like Seb”. Do tego Ferrari rozpoczęło wychowywanie swojej nowej przyszłej gwiazdy, czyli Charlesa Leclerca, który ostatecznie zakończył sezon o miejsce wyżej w tabeli z 24 pkt przewagi i de facto stał się kierowcą numer 1, pod którego rozwijano samochód (a Vettel potrzebuje określonej charakterystyki samochodu, żeby się wznosić na wyżyny). W efekcie zanim sezon 2020 się na dobre zaczął (zapominamy na chwilę o odwołanym w ostatniej chwili wyścigu w Australii), zespół ogłosił że nie przedłuży z Niemcem kontraktu. A że na dodatek Ferrari musiało wycofać się z paru sztuczek w silniku tracąc potężnie na mocy, a sam samochód (projektowany pod większą moc silnika) też nie zachwycał, to Vettel się przez sezon przeturlał, kończąc go na 13 miejscu i z jednym tylko podium, wydartym Leclercowi (szczęśliwie raczej niż determinacją) na ostatnich zakrętach Istanbul Park.

A Vettel od dziś startuje w zielonym kombinezonie Aston Martina (z różowym kaskiem BWT). Pewnie to jego ostatnie kolory w F1.

mity o marnowaniu szczepionek

Akcja szczepień przeciwko COVID-19 idzie jak idzie, tak krawiec kraje jak mu materiału… Ocena – przyznam – nie jest łatwa, dane są dostępne fragmentarycznie, czasem trzeba odgadywać co i jak. Narastają przez to oczywiście rozmaite mity, w tym że szczepionki są marnowane.

Więc na początek zaznaczmy, że marnuje się niewiele, około 1,3 promila wykorzystanych dawek, czyli 13 dawek na użytych 10 tysięcy. Marnowanie może mieć przeróżne formy – znany jest przypadek, kiedy przesyłkę z 90 szczepionkami kurier zostawił w sekretariacie, a sekretariat nie wiedział że to szczepionki, które należy pilnie umieścić w lodówce… Zmarnowanie może też nastąpić w wyniku najbardziej banalnego upuszczenia fiolki, która się stłucze lub wyleje zawartość. Do „zmarnowania” dojdzie również, kiedy z powodu ludzkiej omylności czy niezręczności nie uda się z fiolki „wydobyć” tylu dawek, ile dopuszcza norma (Pfizer 6, AstraZeneca 10).

Tu dochodzimy do kwestii „przeterminowania”. Szczepionki Pfizera przechowuje się w temperaturze około -80 stopni, a po wyjęciu ich z takiej temperatury należy je zużyć w ciągu kilku dni (potem „śmietnik”). Szczepionki AZ można przechowywać w zwykłej lodówce przez 2 miesiące, ale po otwarciu fiolki należy ją zużyć w ciągu 48 godzin (krócej, jeśli jest trzymana poza lodówką). Dlatego istotne jest, żeby osoby zapisane przychodziły na szczepienie, bo jeśli nie…

Pojawia się czasem mit, że przepisy nie pozwalają (i przez to się marnuje). Fakt, nie pozwalają na praktyki jak w Izraelu, że pod koniec dnia „naganiano” każdego przechodzącego, żeby może wstąpił się zaszczepić – co jednak nie znaczy, że nic się nie da zrobić. Rozporządzenie określające kolejność szczepień wyróżnia obecnie 15 grup, które co do zasady powinny być szczepione w kolejności (obecnie szczepimy grupę 11, czyli seniorów, a ponieważ wielu z nich nie może być szczepiona preparatem AZ – to w tym zakresie już co najmniej dotarliśmy do grupy 13). I teraz istotna rzecz: rozporządzenie pozwala – „w sytuacji ryzyka niewykorzystania szczepionki” – pominięcie kolejności wynikającej z kolejności grup i zaszczepienie osób z grup późniejszych. A że w grupie 15 mamy między innymi żołnierzy, policjantów, strażaków, prokuratorów… – to potencjalnych kandydatów do zaszczepienia nie powinno zabraknąć. Oczywiście, jeśli zostanie to odpowiednio przygotowane, czyli jeśli listy chętnych (szczepienie przeciwko COVID nie jest wszak przymusowe) zostaną przygotowane i będą dostępne wraz z danymi kontaktowymi…

Zatem: lepiej nie marnować, zwłaszcza że wkrótce powinniśmy znacząco zwiększać skalę szczepień i o zmarnowanie może być łatwiej.

taka jedna Pawłowska

W gruncie rzeczy to co zrobiła poseł Pawłowska z wciąż jeszcze Wiosny obchodzi mnie o tyle, o ile – szczęśliwie nie była z mojego okręgu, więc reprezentanta nie straciłem, na układ sił w parlamencie wielkiego wpływu to mieć nie będzie, a i przed wyborami nie budziła niczyjego entuzjazmu chociażby z uwagi na „aferę mobbingową” w Wiośnie (za którą została ukarana, choć oficjalnie nie uznano że zachowanie było mobbingiem).

Patrzę na tę sytuację głównie ze zdziwieniem: po co jej to było? Rozumiem, że zapisywała się do Wiosny, a nie do SLD, pardon: do Nowej Lewicy. Rozumiem, że w Wiośnie była kimś tam, a w nowej formacji jej znaczenie mogłoby istotnie spaść (zaznaczam, że nie mam żadnych insajderskich plotek o układach w nowej partii, zwłaszcza w jej okręgu, a gdybym miał – to tym bardziej bym o tym nie pisał, od kontrolowanych przecieków są dziennikarze). Zaznaczam przy tym, że nie czytałem wywiadu w Rzeczypospolitej, w którym mogła coś powiedzieć otwarcie lub między wierszami…

Nie wiem, czy miała szanse na kolejną kadencję (ba! nie wiem nawet czy jest zainteresowana). W nowej partii jej szanse nie są raczej większe, bo jednak jest trochę odrzutem z wrogiego środowiska, a szanse samej partii na samodzielne przekroczenie progu też nie wyglądają różowo. Nie wiem, czy liczyła na korzystne miejsce na lokalnej liście (o układach w Porozumieniu też nic nie wiem, dywaguję sobie). Jeśli więc nie chodziło o listy wyborcze, to o co? Nowa partia synekurami za bardzo dzielić nie może, korzystnych znajomości też jej nie przyniesie – a stare mogły się właśnie rozpaść… Jeśli nie chciała firmować swoim nazwiskiem (twarzą tym bardziej) nowej partii lewicowej, wystarczyło poudawać niezależną do końca kadencji.

Ale w sumie nie muszę rozumieć. Nic nie muszę, wszystko mogę.

ty, Moteusz…

Naprawdę nieraz nie rozumiem przyczyn, dla których media (i ludzie) zajmują się danym tematem czy osobą (nigdy na przykład nie pojąłem fenomenu procesu Ewy Tylman).

Ostatnio zadziwia mnie sprawa Moteusza, syna eks-prezydenta. No był se chłop pastorem, zgubił gdzieś powołanie, zdarza się. Poszedł do zwykłej roboty w handlu, normalna rzecz, i nawet nieszczególnie dziwi, że ojciec załatwił mu fuchę w firmie znajomego. A nuż sprzedaż folii bąbelkowej to prawdziwe powołanie… A tu artykuły, dyskusje, oświadczenia o wsparciu. OK, nawet trochę rozumiem że jeśli wcześniej ojciec publicznie pokazywał się z nim w mediach jak z misiem na Krupówkach, to ludzie pamiętają.

Zdecydowanie bardziej mnie zadziwia że chłop przy tej okazji zmienił nazwisko. Zmiana nazwiska w Polsce to w ogóle nie jest małe miki, trzeba mieć ważny powód do zmiany nazwiska, kierownik USC wydaje w tym zakresie ważną decyzję, a minister nadzoruje kształtowanie jednolitej polityki w zakresie zmiany nazwisk. Tak, oczywiście co roku w Polsce tysiące ludzi zmieniają nazwisko przy okazji małżeństwa (część także przy okazji rozwodu), ale żeby przy ślubie zmieniać nazwisko na panieńskie własnej matki to musi zajść wyjątkowa koincydencja.

Zastanawiam się luźno, dlaczego przy okazji Moteusz nie zmienił również dość charakterystycznego imienia. Na przykład na Amos.

kanał komunikacji

Zobaczyłem nową wiadomość tekstową. Otworzyłem nową wiadomość tekstową, przeczytałem ją, zadumałem się.

W tej wiadomości tekstowej bank – nazwę pominiemy bez względu na to czy kryptoreklama byłaby na plus, czy na minus – wzywał mnie do zapłaty zaległości w kwocie 36 zł. Nie żebym był zdziwiony otrzymywaniem od banku wiadomości tekstowych (czasem z systemu automatycznego, czasem z telefonu przypisanego do placówki z którą człowiek miał styczność), ani żebym się oburzał że bank suponuje mi jakąś zaległość, zapominać o drobiazgach jest rzeczą ludzką, z tym konkretnym bankiem zdarzały się już drobne spięcia na tle płatności.

Tym, co wprawiło mnie w zadumę, był fakt, że wiadomość tekstową (celowo nie pisałem „esemesa”) odczytałem w pamięci routera internetu mobilnego. Same wiadomości w tym routerze to nic dziwnego, internet mobilny ma przypisany swój numer telefonu (na który można próbować dzwonić i pisać) i pewnie można z niego wiadomość tekstową wysłać, rutynowo wchodzą tam wiadomości tekstowe o wystawieniu i terminie płatności faktury (oraz alerty RCB). Numer „do routera” jest jednak znany tylko mnie (teoretycznie, bo przecież go nigdzie nie wpisuję, widuję go jedynie na fakturach) oraz operatorowi telekomunikacyjnemu, który powinien się rękami i nogami bronić przed jego udostępnianiem komukolwiek.

Została zatem możliwość, że ten numer ktoś gdzieś błędnie wpisuje do systemu (co tłumaczyłoby może, czemu dostaję na router reklamowe wiadomości tekstowe z pewnej sieci drogerii, nawet żony pytałem czy ma tam jakąś kartę stałego klienta). Nie wróżę powodzenia temu kanałowi komunikacji.

PS nie miałem zadłużenia w tym banku, gdybyście mieli wątpliwości

człowiek który decydował

Rozpoczął karierę zawodową prowadząc kancelarię adwokacką zajmującą się sprawami „małych ludzi”, za przykładem żydowskiego polityka działającego w jego dzielnicy. Wkrótce potem sam został wybrany do rady miasta.

Pięciokrotnie wybrany na burmistrza Wiednia przez absolutną większość rady miejskiej, czterokrotnie odrzucany przez cesarza Franciszka Józefa, który uważał go za niebezpiecznego rewolucjonistę. Założył chrześcijańsko-społeczną, która po latach przekształciła się w największą dziś partię w Austrii.

Jako burmistrz przekształcił Wiedeń w nowoczesne miasto. Stworzył komunikację publiczną z tramwajami, doprowadził do przejęcia przez miasto sieci gazowniczej i elektrycznej, rozbudował wodociągi, zakładał parki, budował szpitale.

Jako polityk był niezmiernie popularny wśród kobiet, nazywano go „pięknym Karlem”. Jego – jak powiedzielibyśmy dziś – fanki nazywano „amazonkami”, a on starał się, żeby skłaniały swoich mężów do głosowania na niego (same nie miały prawa głosu). Całe życie kawaler, deklarował się publicznie że „nie ma czasu na życie prywatne” – co nie przeszkadzało mu, gorliwemu katolikowi, przez 14 lat po cichu utrzymywać związku z malarką młodszą o 25 lat.

W swojej działalności politycznej stale odwoływał się do antysemityzmu, na tyle, że nawet Hitler uznawał go za inspirację swoich poglądów. Nie wiadomo, na ile to był pogląd, a na ile poza, jego antysemityzm określano jako „milutki”, gemütlich; zapytany czemu ma tylu żydowskich przyjaciół, miał odpowiedzieć „o tym kto jest Żydem, decyduję ja” (na długo przed tym zanim miał to powiedzieć Goebbels).

Poznajcie Karla Luegera (1844-1910).

PS to nie jest poważna biografia, to jest zbiór ciekawostek wyciągniętych z rozmaitych źródeł internetowych