pittu pittu

Parę lat temu głośny był serial The Pitt, o lekarzach ze szpitalnego oddziału ratunkowego (amerykańskiego oczywiście, konkretnie z Pittsburgha, więc używanie naszej nazwy SOR nie do końca na miejscu). Jako że parę seriali medycznych już widziałem, to nie kusił mnie wtedy, pomimo entuzjastycznych recenzji, zwłaszcza że ma długość nietypową dla naszych czasów (15 odcinków w sezonie) – a ja jednak stosuję płodozmian platformowy, czyli góra parę miesięcy na jednej i idę dalej. Ostatnio jednak wróciłem na chwilę do HBO (pal licho zmiany nazw), rozejrzałem się w ofercie (szał umiarkowany) i pomyślałem sobie „a co szkodzi spróbować”.

Serial ma specyficzny format – wręcz teatralną jedność miejsca, czasu i akcji, całe 15 odcinków obejmuje kolejnych 15 godzin jednego dnia, nie jest to całkowicie nowatorskie podejście, były już takie seriale, ale osobiście nie pamiętam takiego medycznego. Z jednej strony konwencja pozwala na „realistyczny” obraz dnia (tylko w takim formacie dało się zbudować wątek zdenerwowanego pacjenta), a z drugiej strony… Cóż, nie będę się wypowiadał na temat tego czy tak właśnie wygląda praca oddziału ratunkowego, że lekarze zajmują się pacjentem dosłownie parę minut, i zaraz lecą do następnego „bo potrzeba”, ale miałem wrażenie sztucznego chaosu. Na dodatek wrzucenie wszystkich zdarzeń – interesujących przypadków, interakcji i twistów fabularnych – do jednego dnia robi ważenie wysilonego. Nie ukrywam, jakkolwiek boomersko by to nie zabrzmiało, że miałem też wrażenie forsowania przez twórców pewnej agendy społecznej, to też nic nowego, ale wciśnięte w 1 dzień zamiast w co najmniej kilka tygodni…

Koniec końców nie oglądało się źle, ale od zachwytów jestem daleki. Odcinki o traktowaniu pacjentów z festiwalu były niezaprzeczalnie kreatywne i przywodziły na myśl najlepsze ze starego poczciwego MASH oraz doktora House. Na zawsze zostanie ze mną widok zatłoczonej poczekalni, w której ludzie cierpliwie (najczęściej) czekają wiele godzin na przyjęcie na SOR (dedykuję te sceny wszystkim tym co to wiedzą jak „w normalnym kraju” itepe), podobnie jak rozmowy doktora Robby’ego z dyrektorką. No i nie ukrywam że bardzo mnie ciągnie na powrót do Ostrego dyżuru żeby zobaczyć jak Noah Wyle nie jest zgarbionym pod ciężarem doświadczeń szefem oddziału, ale przechodzącym chrzest bojowy świeżakiem…

niezręczna sytuacja

Kończy się kwiecień, a to w naszym Kraju oznacza jedno: czas rozliczeń rocznych podatku dochodowego. Rozliczać się coraz łatwiej, mamy w systemach informatycznych projekty rozliczeń dostarczone przez urząd skarbowy, w zasadzie jak się niczego szczególnego nie chce, to można nic nie robić, i takie „państwowe” rozliczenie będzie ostatecznym. Jeżeli się chce coś poodliczać, to trzeba dodatkowo zrobić tych parę kliknięć, jak się ma więcej dochodów to też, są nadal tacy, którzy pracowicie wypełniają druczek papierowy jak za wczesnego Balcerowicza.

U mnie tradycyjnie taka sytuacja, że – przynajmniej dopóki nie zlecę tego księgowej (biuru rachunkowemu, doradcy podatkowemu, whatever) – trzeba włożyć trochę pracy samemu i ten formularz podatkowy wypełnić (wieloletni czytelnicy zresztą dobrze o tym wiedzą). Na szczęście ministerialny formularz online z każdym rokiem jakiś bardziej przyjazny (nie żeby już doskonały), więc nawet wszystko jakoś szło, aż w końcu…

Z podatkami to jest tak, że jak się je płaci, to się je za każdym razem zaokrągla do pełnej złotówki. A jak się tak pozaokrągla kilka razy, to te zaokrąglenia się skumulują, a że na koniec roku rozliczamy rzeczywisty dochód i od niego liczymy podatek… Koniec końców, kiedy skończyłem wypełnianie, kliknąłem „weryfikuj” i wszystko okazało się poprawnie, to w rozliczeniu roku pojawiła mi się nadpłata. W wysokości JEDEN złoty (liczbowo: 1 ZŁ). I tak się zadumałem: czy to wypada oczekiwać, żeby urząd skarbowy wysyłał mi na konto złotówkę (którą wcześniej uczciwie nadpłaciłem, a jakże)?

Powiecie może, że to dziwne podejście, niemniej czułem się z tą sytuacją mocno niezręcznie. Nie zdecydowałem się na „podfałszowanie” danych o przychodach lub kosztach (gdyby minimalnie zwiększyć przychody lub zmniejszyć koszty, to akurat podatek wyszedłby na kwotę rzeczywiście wpłaconą…), bo jednak obowiązuje zasada rzetelności. Odliczeń żadnych – które mogłyby kwotę nadpłaty odpowiednio zmienić – wcześniej nie planowałem, więc… Biłem się z myślami, w końcu się zdecydowałem, Odgrzebałem w mailach potwierdzenia paru wpłat na cele dobroczynne (akurat nie na WOŚP, gdyby ktoś pytał), wpisałem odliczenie darowizn do odpowiedniego załącznika, kwota nadpłaty do zwrotu skoczyła ze złotówki na kilkadziesiąt złotych. Kliknąłem, podpisałem, wysłane.

Oczywiście, gdybym na tym poprzestał, to wystąpiłaby niezręczność innego rodzaju – odczuwam bowiem pewien dysonans w sytuacji, gdy moja dobroczynność jest refinansowana ze wspólnego budżetu. Te kilkadziesiąt złotych zwrotu podatku kiedyś wpadnie na moje konto, ale już dziś zrobiłem kilkakrotnie wyższy przelew dobroczynny, tak aby wydać nie tylko te „zwrócone” kilkadziesiąt złotych, ale i dać odpowiednio więcej od siebie. Nie, nie na głośną w tym tygodniu akcję celebrytów (którzy unikają zapłacenia w podatkach wyższych kwot niż sami oferują czy też są w stanie zebrać).

rozczarowanie jak ołów ciężkie

Wychowałem się o 4 kilometry od Targowiska. Nie czyni mnie to oczywiście ekspertem od Targowiska czy Szopienic (zwłaszcza że w czasie akcji serialu Ołowiane dzieci to poruszałem się raczej pod opieką rodziców), ale osadza mnie w czasie i przestrzeni, dając mi naturalny kontekst.

O ten serial już zresztą lokalsi zdążyli się pokłócić: a to że godajom nie tak jak trzeba, a to że postacie niektóre powykrzywiane, a to że obraz społeczności lokalnej prymitywny i przesadzony… Cóż, serial zaczyna się od wyraźnego napisu że jest INSPIROWANY PRAWDZIWYMI WYDARZENIAMI, więc zdecydowanie nie jest dokumentem, w którym wszystko musi się zgadzać (choć na pewno miło by było gdyby był tak dopieszczony jak serial Czarnobyl, w którym nawet znawcy życia w ZSRR z trudem wyłapywali jakieś nieścisłości).

A czym ten serial jest? I to jest właśnie dobre pytanie. Otóż jest koktajlem, w którym zmieszano (na prawach fikcji) kilka prawdziwych wątków. Jest więc oczywiście opowieścią o rzeczywistej pladze zatrucia ołowiem wśród dzieci z okolic szopienickich hut, zakończonej – można powiedzieć – happy endem (rodziny wyprowadziły się, Targowisko – czyli tak naprawdę kolonię Paweł – wyburzono i zrekultywowano). Jest też obrazkiem lat 70, zarówno klimatu czasów jak i zanieczyszczenia środowiska (choć to była nie tylko zasługa tej jednej huty). Jest też anegdotką o rywalizacji wojewody Ziętka (Jorga) i wojewódzkiego sekretarza Grudnia (Dycymbra). Na jedne wątki patrzy się ze ściśniętym sercem, na inne nostalgicznie.

Ale jest też niestety serialem Netfliksa. Piszę niestety nie dlatego że mam coś przeciwko platformie, ale dlatego, że napisano ten serial jako produkt. Główny wątek został przez to doprawiony jak nie sensacyjnością, to szerokim zestawem tanich chwytów z podręcznika globalnego scenarzysty. Czemu miały służyć dramatyczne sceny z przewracaniem się czy spaleniem samochodu? Po co relacja córki Wadowskiej z synem Niedzieli? Po co postać Sonntaga (na samą myśl o opozycji Sonntag-Niedziela do tej pory mnie zęby bolą)? I tak oto opowieść, która miała być osadzona w lokalnych realiach, stała się historią uniwersalną – w tym sensie, że trudno odróżnić czy to Katowice, czy może Glasgow, Liege lub Pittsburgh, a aparat PRL stał się nieodróżnialny od dowolnych villainów z potężnymi wpływami. Koktajl stał się momentami mdły, a momentami niestrawny.

Ciekawi mnie – choć nigdy tego się nie dowiem – co powiedziałby o Ołowianych dzieciach Kazimierz Kutz, bodaj najbardziej znany szopieniczanin, choć mieszkający o kilometr od Targowiska (za to przy paru innych kominach, jak to wspominał w Piątej stronie świata). Ja jestem rozczarowany, bo wyobrażam sobie jak ten temat mogłoby opracować HBO (i nawet nie aspiruję do Czarnobyla, ale przynajmniej do Pustkowia).

na sygnale

Każdy, kto porusza się po drogach, zna pojazdy poruszające się „na sygnale”, najczęściej chyba karetki, ale także radiowozy czy samochody straży pożarnej, pewnie jeszcze są inne uprawnione, ale to w gruncie rzeczy jest mało istotne. W każdym razie wiadomo, że powinnością jest ustąpienie im miejsca, bo jadą na sygnale nie bez powodu (przynajmniej w teorii, nikt tego na bieżąco nie kontroluje, a anegdot o jeździe na sygnale po flaszkę nie brakuje, nawet jeśli może w dawniejszych czasach).

Nie ukrywam, że prowadząc jestem dość uwrażliwiony na te sygnały, co jest skutkiem także paru sytuacji, w których wykonywałem dość ostre manewry, żeby faktycznie tego miejsca ustąpić (niezależnie od tego, że kierowca takiej karetki też ma obowiązek zachowania ostrożności, to jednak nikt nie chce zaliczyć zderzenia, zwłaszcza z karetką, która wiezie…). Pamiętam jak kiedyś się zestresowałem mocno, kiedy w samochodowym odtwarzaczu była jakaś nieznana mi płyta, na której w jednym z utworów pojawił się taki sygnał, a ja się gorączkowo rozglądałem, z której strony ta karetka nadjeżdża…

Parę dni temu jechałem więc sobie spokojnie i nagle słyszę sygnał. Głośny na tyle, że jego źródło nie może być daleko, dwupasmówka więc raczej nie dobiega akurat nigdzie z boku, patrzę uważnie w lusterka… nie widzę. Ale cały czas słyszę, jest, nie słabnie (ale też nie przybiera na sile, więc się nie zbliża). Rozglądam się jeszcze raz na wszystkie strony… Przede mną jedzie wielka ciężarówka transportująca samochody osobowe. W jednej z wiezionych osobówek wyje alarm.

Wiem, powinienem odróżniać alarm samochodowy od sygnału karetki.

Iranki

Nie wiem jak się rozwinie trwająca w Iranie fala protestów, czy doprowadzi do upadku reżimu ajatollahów, czy skończy się jak kilka przed nimi. Nie wiem, czy uczestnicy tych protestów mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, w Iranie lub poza nim. Wiem jedno: mają swój moment wolności (jak pisał wieszcz, „Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”).

Media obiegły fotografie, jak Iranki zapalają papierosy od płonących zdjęć ajatollaha. Jedno szczególnie tkwi mi w pamięci: nie dlatego, że płomień na nim wielki, nie dlatego, że kobieta urodziwa, ale bije z niego wspaniała siła, umiejętnie dawkowana pogarda łączy się z poczuciem stylu, iście paryski chic. Zdjęcie zostanie ikoniczne niezależnie od tego co tę kobietę spotka w życiu (a temat dalszych losów bohaterów takich zdjęć bywa smutny).

Nie znam autora zdjęcia (jak poznam to dopiszę), ale prawdopodobnie udało mu się uchwycić XXI-wieczną wolność wiodącą lud na barykady.

filmy niemądre a wesołe

Lubię oglądać filmy. Nie uważam się przy tym za kinomana ani znawcę, część filmów odrzucam na dzień dobry, choćby były uważane za wybitne (Brutalista, Anora, patrzę na was), ze względów przeróżnych, generalnie wolę żeby oglądanie sprawiało mi przyjemność raczej niż przygnębiało, brakami kulturowymi przestałem się przejmować dawno temu. Na dodatek prowadzę sobie notatki co oglądałem (odnotowanie obejrzenia niekoniecznie oznacza że cokolwiek zapamiętałem, ostatnio się tak złapałem przy najnowszym Gliniarzu z Beverly Hills, byłem przekonany że nie widziałem dopóki nie włączyłem), zeszły rok podsumowałem 111 filmami obejrzanymi po raz pierwszy…

Stary rok kończyłem filmowo (niekoniecznie w wieczór sylwestrowy) filmem ze specyficznego gatunku, nietrudnego do odgadnięcia po tytule „Rekiny w Sekwanie”; jeśli zastanawiacie się, czy bliżej mu do „Szczęk” czy do „Sharknado” – cóż, najlepsza odpowiedź to chyba pierwszy „Meg”, czyli film nie udający niepoważnego, ale jednocześnie będący w swojej udawanej powadze formą kpiny z Walki z Potworem. Tu drwina skierowana była zarówno pod adresem niemądrych aktywistów, jak i usual suspects, czyli establishmentu próbującego problem zamiatać pod dywan; sami się domyślicie jak tytuł fantastycznie współgra z rozgrywanymi podczas filmu Zawodami Triathlonowymi W Sekwanie (jeżeli pamiętacie paryskie igrzyska olimpijskie, to tam również takie się odbywały)… O ile jednak duża część filmu biegła w sposób znakomicie przewidywalny, o tyle finał wprawił mnie w stan bliski ekstazy, jeśli rekinie jatki Wam nie przeszkadzają, to sprawdźcie sami dlaczego…

Nowy rok zacząłem zaś od innego gatunku, czyli filmu zatytułowanego „Wybuchowa para”, w którym Tomkruz gra swoją odwieczną rolę Biegającego Superagenta (film jest sprzed 15 lat, więc nawet nie wyglądało to niewiarygodnie), a Cameron Diaz – przypadkowej towarzyszki podróży. Film jest w tonie komediowym, więc tym łatwiej zawieszać niewiarę – z wyjątkiem jednego drobiazgu: otóż mikromotywem jest podróż samochodem gdzie oczy poniosą, aż na Przylądek Horn. I tu, nie powiem, zastrzygłem uszami i uniosłem brwi, bo w odróżnieniu od producentów orientowałem się, że Przylądek Horn leży na wyspie, i to nie tuż obok stałego lądu; gdyby chcieć tym samochodem gnać póki droga prowadzi, to można dotrzeć do Cieśniny Magellana, a po przedostaniu się przez nią promem nawet do Ushuaia nad Kanałem Beagle, ale do Hornu to jeszcze sto pięćdziesiąt kilometrów przez morze i bezdroże…

Niemniej skończyłem nieźle, zacząłem nieźle, niech się dalej dobrze ogląda.

pradziadkowie

Wszystkich Świętych to moment refleksji. Także nad tym, że przy cmentarzach widuje się samochody z mniej i bardziej odległych stron, kiedy ludzie odwiedzają rodziny; ja wprawdzie nabijam zwykle wtedy kilometry jeżdżąc od miasta do miasta, ale to wszystko jednak w obrębie parudziesięciu kilometrów. Cóż, rodziny bywają czasem rozległe, odległe i zakręcone…

Więc pradziadek S., po którym noszę nazwisko. Urodził się na Żmudzi w polskiej rodzinie szlacheckiej, posiadającej mająteczek ziemski, lecz nie bardzo duży, zwłaszcza przy kilkorgu dzieci. Wyuczył się na buchaltera, znalazł pracę w majątku ziemskim na Zadnieprzu. Ożenił się z córką właścicieli majątku, ale po ich rychłej śmierci znalazł nową pracę w innym okraju Imperium, na moje szczęście w Priwislu, a nie na Kaukazie. Historia rozdzielała go z rodziną, na groby rodziców pojechał po normalizacji stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą.

Więc prababcia W. z Galicji przy granicy z Kongresówką, o której wiadomo tyle, że jej nazwisko rodowe zachęcało do, he, he, seksu. Może dlatego urodziła pradziadkowi J. dziewiątkę dzieci i umarła mając lat 55, nie doczekawszy wnuków z mojej linii rodzinnej.

Więc pradziadek T., o którym wiem tyle, ile jego syn malarz napisał do swoich akt personalnych. Murarz z chłopskiej rodziny, nawet nie wiadomo gdzie pochowany, bo podczas I wojny światowej umarł na tyfus i leży w jakimś wspólnym grobie, nie wiem czy na froncie, w obozie czy jeszcze inaczej.

Więc prababcia A., z rodziny o pospolitym polskim nazwisku. Wątły przekaz rodzinny głosi, że pracowała jako służąca. Jedyny pewnik to akt ślubu z F. i trójka synów urodzonych na okrajach Lasów Janowskich, w tym jeden który po wojnie powrócił od Andersa.

Więc pradziadek J., z rodziny małomiasteczkowych organistów znad Sanu. Jego córka musiała aż na białoruskie Polesie wyjechać do pracy w szkole, żeby spotkać swojego męża pochodzącego ze wsi raptem 30 km odległej od jej miejsca urodzenia. Zmarł pod koniec wojny, ale raczej śmiercią emeryta.

Więc prababcia A., z ruskiej rodziny szlacheckiej (nazwisko jej rodziny występuje w carskich wykazach szlachty). W wieku 18 lat wyszła za mąż, urodziła syna, po czym następnego 10 lat później urodziła już drugiemu mężowi, Polakowi-buchalterowi, za którym przeprowadziła się na ówczesne pogranicze rosyjsko-pruskie. Wiosną 1914 roku pojechała z synem w odwiedziny na rodzinne Zadnieprze i wrócili do Polski po 10 latach. Mieszkańcy rodzinnego majątku wstawili się za nią i synem, ratując ich przed rozstrzelaniem, jej starsza siostra miała mniej szczęścia.

Więc pradziadek F., z rodziny o niemiecko brzmiącym nazwisku, choć nic nie wskazuje na kolonistę na Lubelszczyźnie. Oprócz tego, że się ożenił z A. i spłodził synów, wiadomo o nim tylko tyle, że miał siostrę, która utrzymywała przynajmniej jednego z jego synów podczas nauki szkolnej.

Więc prababcia M., o której rodzinny przekaz niesie że popełniła mezalians z T. i zamieszkała z nim na wsi w dawnym księstwie siewierskim. Po jego śmierci przeprowadziła się z piątką małoletnich dzieci z powrotem do nieodległego rodzinnego miasta i tam jakoś przetrwała (tak, dzieci szły do pracy).

Dwoje odwiedziłem, do dwojga mi za daleko. Groby czworga nawet nie wiem czy istnieją.

barażyk

Przyznam szczerze, że eliminacje do przyszłorocznych zamorskich mistrzostw świata w piłce nożnej wzbudziły we mnie bardzo umiarkowane zainteresowanie – czy to z racji tego, że się zestarzałem i futbol nie budzi już we mnie takich namiętności jak kiedyś, czy z racji tego, że wcześniejsze wyczyny reprezentacji przysparzały emocji jak u dentysty, czy może wreszcie z racji tego, że lokalizacja (przynajmniej częściowo) w dzikim obecnie kraju oraz dość poroniony format nie budzą entuzjazmu dla samego turnieju.

W każdym razie, przetłukliśmy fazę grupową nawet bez większego wstydu, zajęliśmy dumnie znakomite drugie miejsce i z tegoż drugiego miejsca gramy w barażach (w sumie jak cztery lata temu). Z racji znakomitości (niedoskonałej) naszego drugiego miejsca w losowaniu byliśmy rozstawieni na tyle, że w pierwszym meczu mieliśmy zagwarantowany mecz na własnym stadionie. I oto w efekcie losowania 26 marca 2025 roku zagramy – może w Chorzowie, może w Warszawie – z Albanią, a jeśli* wygramy, to 31 marca 2025 roku o awans na mundial zagramy z Ukrainą lub Szwecją.

W tym miejscu przyznaję się do malutkiej ignorancji – mianowicie pozostawałem w nieuzasadnionym przekonaniu, że drużyna z wyższym rozstawieniem w losowaniu będzie w drugim meczu gospodarzem (byłoby to zresztą logiczne, prawda?), ale właśnie się wyprowadziłem z błędu – gospodarz drugiego meczu był losowany i będzie nim (w naszym przypadku) zwycięzca meczu Ukraina-Szwecja. W każdym razie, odkąd zerknąłem na format baraży (jeszcze bez wgłębiania się), dręczyła mnie myśl: jak w FIFA wyobrażają sobie organizowanie meczu międzynarodowego w ciągu kilku dni, skoro w czwartek wieczorem będzie wiadomo gdzie mecz powinien się odbyć, a w najbliższy wtorek stadion powinien być gotowy na przyjęcie piłkarzy, sędziów i kibiców….?

Otóż rozwiązanie jest zgoła genialne: obaj potencjalni gospodarze rozegrają u siebie mecz tego dnia. Ci szczęśliwsi baraż, ci mniej szczęśliwi mecz towarzyski z drugimi mniej szczęśliwymi (PDF).

A zatem użyta dwa akapity wyżej *gwiazdka prowadzi do następującego sprecyzowania: niezależnie od tego czy wygramy z Albanią, 31 marca 2026 roku zagramy z Ukrainą lub Szwecją (ze Szwecją w Sztokholmie, w przypadku Ukrainy trudno nawet zgadywać gdzie właściwie) – baraż o awans do mistrzostw świata lub, well, barażyk o honor.

leniwa listopadowa niedziela

Wstałem o 9.11. Słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie rozświetlając świat…

Tego dnia słońce wzeszło o 6.36, zachodzić miało o 16.23. Dzień miał więc trwać 9 godzin i 47 minut (587 minut). Skoro wstałem o 9.11, czyli 2 godziny 35 minut (inaczej: 155 minut) po wschodzie słońca, to znaczy że przespałem 26,4% czasu, kiedy słońce było na niebie. Czyli ponad jedną czwartą dnia. Czy w takiej sytuacji wypadałoby mi narzekać na to, że dzień jest zbyt krótki?

W dyskusji nad tym, jaki powinniśmy mieć czas, niebagatelną rolę odgrywa bowiem „wojenka” między „skowronkami” a „sowami” – ci pierwsi wstają wcześnie i dzień mają dłuższy, ci drudzy wolą siedzieć do późna, a „siódma rano to dla mnie noc”. Ci drudzy są też nieporównywalnie głośniejsi w nawoływaniach, że dzień „ma być dłuższy” (czyli powinniśmy mieć na stałe czas letni), bo „nie mają kiedy zażyć słońca” (oczywiście nigdy też nie dostrzegają, że za sprawą czasu letniego wstają o tę godzinę wcześniej, co mogliby zrobić dokładnie tak samo w czasie zimowym, tylko wolą „spać rano”)…

Ostatnie trzy godziny niedzielnego dnia (światła, gdyby ktoś miał wątpliwości) spędziłem na powietrzu. Pewnie mógłbym dłużej, gdyby….

Chopin w Excelu

W zeszłym miesiącu odbył się tradycyjny copięcioletni konkurs Chopinowski, nie pisałem o nim, bo po pierwsze nie śledziłem praktycznie (posłuchałem ledwo co paru koncertów w finale), a po drugie żaden ze mnie meloman, nie mówiąc o o znawcy. Obserwowałem jedynie reakcje, i co tu dużo ukrywać, jakoś wyniki nie zachwyciły publiki (i nie chodzi tu o pianistyczny patriotyzm, bo nikt nie oczekiwał cudów po występujących w konkursie polskich pianistach, Zimermanami ani Blecharzami to oni nie byli).

W dyskusjach pojawiały się rozmaite wątki, od teorii spiskowych pt. „kto kogo wyciął”, przez kwestionowanie kompetencji jurorów (a tam połowa to laureaci i finaliści z wcześniejszych edycji), po narzekanie na wadliwy system. Na tym ostatnim się skupię (nie oceniając czy wadliwy), bo to mieści się w granicach moich kompetencji. System był mianowicie czysto matematyczny, grono 17 jurorów (w tym pięcioro Polaków) oceniało każdy występ w skali od 25 („doskonały”) do 1** („słoń nadepnął na ucho i palce”), jeżeli któryś z jurorów uczył danego pianistę w ciągu ostatnich kilku lat lub miał z nim inny związek wpływający na możliwość bezstronnej oceny, to był z oceny wyłączony. Z zebranych not wyciągano średnią, a potem sprawdzano, czy noty poszczególnych jurorów nie odstawały za bardzo od tej średniej – i jeśli odstawały, to następowała „korekta” (coś jak odrzucanie najwyższych i najniższych not w skokach narciarskich czy łyżwiarstwie figurowym, tylko trochę inaczej). Na przykład grający jako pierwszy w pierwszym etapie Piotr Alexewicz miał „czystą średnią 20,88 pkt (przedział „bardzo dobry”), ale od Garricka Ohlssona dostał tylko 15 pkt („średni”), za to od innego Amerykanina Rinka 24 pkt („wyjątkowy”) – więc nota Ohlssona została regulaminowo podwyższona do 17,88 (średnia minus 3), a Rinka obniżona do 23,88 (średnia plus trzy), w kolejnych etapach korekta była do średniej plus minus dwa punkty, ostatecznie wyliczano średnią ze skorygowanych not.

Ostatecznie zatem decydowała najczystsza* matematyka – liczyły się skorygowane średnie z poszczególnych etapów (przy czym etap II był ważniejszy od I, a etap III i finał od etapu II). Po I etapie prowadził Kanadyjczyk Kevin Chen, późniejszy zwycięzca Eric Lu był dopiero siódmy (ale, jak było wspomniane dopiero co, etap I to ledwie taka rozgrzewka była). W etapie II wyraźnie najlepszy był Lu przed Chenem, i taka też była kolejność łączna. W etapie III ponownie błysnął Lu, powiększając przewagę nad Chenem (trzeci w etapie, za Chinką Zitong Wang, która swoim występem awansowała z połowy drugiej dziesiątki na trzeciej miejsce łącznie). W finale znowu najlepszy był Kevin Chen, ale minimalnie przed Ericem Lu i nie nadrobił do niego wcześniejszej straty, Wang utrzymała swoje trzecie miejsce, za to finałową szarżą (jeżeli taka sportowa terminologia to nie przesada) i trzecim wynikiem w finale Piotr Alexewicz wybił się do grona laureatów (5 miejsce ex aequo) pomimo że do finału wszedł o włos z ostatniego miejsca ex aequo. Ostatecznie Eric Lu miał łączną notę 22,43 pkt, Kevin Chen 22,15, Zitong Wang 21,45, a Piotr Alexewicz 21,03*.

Czy jurorzy oceniali dobrze, czy źle, czy miejsca w konkursie powinny być rozdawane w oparciu o cyferki w Excelu – nie mnie oceniać. Porównywać cyferki akurat umiem, więc tym się bawię.

*(tu można zadać pytanie, czemu przyznano mu 5 miejsce ex aequo z Malezyjczykiem Ongiem, który miał tylko 21,01, matematycznie to trochę skandal)

**noty niższej niż 8 nie widziałem