Elliot z domu Ellen

Impulsem do napisania tej notki była informacja, że oto Ellen Page okazała się być Elliottem Page’m (muszę kiedyś obejrzeć to Juno, bardzo dobrze wspominam w Incepcji). Nie będę się jednak tu zajmować kwestią co zrobić z nagrodami dla najlepszej aktorki czy zwłaszcza z nagrodami przeznaczonymi na wsparcie kobiet, gdyż ta kwestia w zasadzie nie obchodzi, w ogóle zresztą płeć Elliotta mnie nie obchodzi z tych samych przyczyn co jego orientacja seksualna.

W tej notce chcę bowiem pociągnąć inny temat, jak najbardziej związany z E.P., a mianowicie: jakie jest w ogóle znaczenie płci dla człowieka, prawa, społeczeństwa? Rozważając każdą sytuację w aspekcie „czy płeć danej osoby ma znaczenie” dochodzę do wniosku, że zasadniczo płeć ma znaczenie tylko tam, gdzie włącza się biologia (co oznacza, że prawo zasadniczo w ogóle nie musi się do płci odnosić, czy to stwierdzonej przy urodzeniu, czy deklarowanej, a jeśli chodzi o postrzeganie płci w społeczeństwie… well, to temat na inną notkę). Dla biologii zaś płeć ma znaczenie w zasadzie wyłącznie w procesie rozmnażania – i z tego punktu widzenia chyba należy przyjąć, że mężczyzną (samcem) jest osobnik, który płodzi, a kobietą (samicą) jest osobnik, który rodzi (przynajmniej u ssaków łożyskowych), bez względu na to jak wygląda i jak się postrzega; podkreślam słowo „rozmnażania”, żeby ktoś nie pomylił z wyborem partnerów seksualnych, kwestię jak widzi Elliotta jego żona pozostawiam wyłącznie jej. Z pewną premedytacją pomijam tu kwestie związane ze znaczeniem płci dla rywalizacji sportowej, bo musiałbym wyjść daleko poza to, na czym chciałem się skupić.

Wydawałoby się zatem, że najprostszym rozwiązaniem byłoby całkowite wyeliminowanie płci z prawa, „przywileje” dla karmiących, ciężarnych czy menstruujących (jeśli istnieją) nie muszą być wcale zależne od płci (przypisanej czy deklarowanej), tylko od faktycznego istnienia stanu rzeczy… Gryzie mnie jednak, że w ten sposób zaczyna znikać z pola widzenia kwestia, która dopiero zaczynała się ujawniać i przebijać do świadomości – a mianowicie kwestia swoistej dyskryminacji kobiet w tworzeniu standardów bezpieczeństwa, leczenia, a nawet zwykłego funkcjonowania. Standardy te były bowiem tworzone jak dla przeciętnego mężczyzny, jego anatomii, fizjologii, a nawet psychologii – i jeżeli odrzucimy płeć jako kryterium różnicujące, to będą one nadal pomijały specyfikę kobiet, lub jej zdefiniowanie stanie się wyjątkowo trudne.

Ta notka nie aspiruje do formułowania jedynie słusznych wniosków, to tylko refleksje.

czy to grzech być przestępcą seksualnym

W ostatnich dniach z polskiego telewizyjnego show, którego nigdy nie oglądałem, usunięto jednego z uczestników, ponieważ okazał się być – w dalekiej Kalifornii – przestępcą seksualnym. Amerykanie przestępstwa seksualne traktują poważnie, mają rejestry stanowe i federalny, podobno jest tam wpisanych blisko milion przestępców, którzy mają w związku z tym dodatkowe obowiązki i ograniczenia, my w sumie taki rejestr też mamy.

Z wrodzonej ciekawości starałem się dowiedzieć czegoś więcej o naturze tego konkretnego przestępstwa, zwłaszcza że w narracji publicznej zdążyły się przewinąć słowa „gwałciciel” i „pedofil”. Dostępne informacje sugerują, że mając lat 21 delikwent dopuścił się przestępstwa przeciwko prawom stanu Kalifornia, uczestnicząc w stosunku oralnym z osobą w wieku lat około 15 i pół, nie wspomniano nigdzie o braku zgody którejkolwiek ze stron.

Zadumałem się nieco. W Polsce to samo zachowanie co do zasady nie byłoby w ogóle przestępstwem, gdyż osoba w wieku lat 15,5 ma prawo uczestniczyć w czynnościach seksualnych. Wiek takiej osoby zrobiłby różnicę tylko gdyby 21-latek zaoferował korzyść materialną lub osobistą, bądź nadużył zaufania (wtedy stałby się przestępcą).

Pogrzebałem sobie nieco już poza tym konkretnym przypadkiem. W tymże stanie Kalifornia, ten sam czyn nie byłby przestępstwem gdyby 21-latek i osoba w wieku lat 15,5 były małżeństwem. Prawo stanu Kalifornia nie zakazuje zarazem zawierania małżeństwa osobie w wieku lat 15,5 (aczkolwiek za zgodą rodziców i sądu).

W innym z kolei stanie – np. w Georgii – ten sam czyn mógłby być nielegalny bez względu na wiek drugiej osoby. Co prawda w roku 2003 Sąd Najwyższy orzekł, że ustawy zakazujące osobom dorosłym konsensualnego seksu są niekonstytucyjne (z grubsza, patrz Lawrence vs Texas) – ale zasadniczo w ramach prawa do prywatności, więc jeżeli w tym samym pomieszczeniu są też inne osoby, to seks oralny może być nadal nielegalny bez względu na wiek i płeć uczestników (oczywiście przy założeniu ich zgody).

Jeszcze w innych miejscach na świecie seks oralny jest nielegalny w ogóle, nawet w małżeństwie, na przykład na zapewne skądinąd uroczych wyspach St. Vincent i Grenadyny. A z kolei w Londynie nielegalny jest seks (także oralny, sądzę) na zaparkowanym motocyklu – aczkolwiek nie wiem czy jest to kwalifikowane jako przestępstwo seksualne.

dlaczego nie przeraża mnie odsetek testów

Pandemia jaka jest, każdy widzi, wszyscy Polacy są ekspertami od epidemiologii, zaleceń WHO i dezynfekcji (to ostatnie akurat nie jest dalekie od prawdy). Poziom wykrytych przypadków waha się od prawie dwóch tygodni pomiędzy 21 a 28 tysięcy dziennie, jedynie bogowie wiedzą ilu przypadków nie wykryto, swobodnie operuje się liczbą ze 100 tysięcy. Na domiar złego – w powszechnym przekonaniu – mamy jeden z najwyższych wskaźników udziału pozytywnych testów w ich łącznej liczbie, dochodzący chyba do połowy, a wg WHO traci się kontrolę nad pandemią kiedy ten odsetek przekroczy 5% (w Nowym Jorku mają zamknąć szkoły kiedy przekroczy 3%)…

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię wydobyć z siebie głosu przerażenia z tego ostatniego powodu, z przyczyn zupełnie arytmetycznych. Skoro mamy ostatnio po 25 tysięcy wykrytych przypadków dziennie, to dla zachowania „kontroli” musielibyśmy równolegle testować 20x tyle osób, czyli około 500 tysięcy dziennie (faktycznie wykonujemy ostatnio ok. 55 tysięcy testów dziennie, a rekordowy wynik dzienny to ponad 82 tysiące). Żeby zatem zachować kontrolę, musielibyśmy zwiększyć możliwości testowania jakieś 6-10 razy, przy założeniu że faktycznie cała „nadwyżka” będzie zdrowa…

Właśnie. Powyższa kalkulacja odnosi się do przypadków stwierdzonych. Gdyby przyjąć, że oprócz tego codziennie pojawia się 100 tysięcy przypadków niewykrytych (tych, którzy nie mają objawów lub mimo objawów nie poszli na test), to przy 125 tysiącach nowych zakażeń dziennie musielibyśmy wykonywać 2,5 miliona testów dziennie, aby zachować „kontrolę”. Nie chce mi się – wybaczcie – szukać w internecie, ile takich testów się robi w innych krajach świata…

W moim prywatnym odczuciu wskaźnik 5% ma sens, kiedy pracowicie wdrażamy całość zaleceń WHO – przy każdym chorym szukamy od kogo mógł się zarazić i kogo mógł zarazić (trace), wszystkie te osoby testujemy (test) i na wszelki wypadek izolujemy (isolate). Niestety, nasz zapomniany przez władze Sanepid (w tym miejscu przesyłam wyrazy wsparcia wszystkim pracownikom PSSE, więcej niestety nie pomogę) od dawna nie ma możliwości nawet szukania, gdyż ledwo ogarnia zbieranie wyników testów (piszę te słowa niezmiennie zastanawiając się czy kontakt z osobą chorą 13 dni temu był dla mnie czymś więcej niż tylko zagrożeniem) – więc póki co liczy się tylko abyśmy ostrożni byli, gdyż te tysiące ujawnionych przypadków to przede wszystkim ci, którzy poczuli się chorzy od wirusa, i z tych tysięcy umrą co najmniej dziesiątki, a możliwe że setki.

PS ponieważ tekst wydaje się budzić wątpliwości: testów jest za mało, śledzenia kontaktów jest za mało – i dlatego wirus rozszedł się jak się rozszedł, i bez testów oraz śledzenia będziemy nadal jak dzieci we mgle

wszyscy jesteśmy Amerykanami

W ostatnich dniach gros uwagi poświęcone jest wyborom prezydenckim w Ameryce. Zdecydowana większość Polaków nigdy nie była tam i nie będzie, nie mówiąc o głosowaniu w tych wyborach, a jednak wielu podnieca się tym, jakby od tego zależała nasza przyszłość (już zacząłem pisać „nasze życie”, ale uznałem to za przesadę).

Zastanawiałem się: czy to dlatego, że żyjemy w globalnej wiosce? Ale wybory w Brazylii, Indiach czy nawet Niemczech aż takiego zainteresowania nie wzbudzają (o Rosji i Chinach nawet nie ma co wspominać). Dlatego, że angielski stał się lingua franca? Ale Australia czy Kanada też nikogo zbytnio nie obchodzą. Dlatego, że za sprawą filmów i seriali czujemy się prawie mieszkańcami NY, LA, Baltimore, Albuquerque, Bemidji czy Luverne? A może dlatego, że wciąż wierzymy w amerykańską hegemonię i kształtowanie przez Waszyngton porządku świata? A może ostatecznie tyko dlatego, że American dream pozostaje zawsze niedoścignionym marzeniem, przy czym każdy widzi się bardziej w willi w Monterrey niż w przyczepie w Bakersfield?

Kiedy piszę te słowa, wg CNN kandydat Demokratów ma ponad trzy i pół miliona głosów przewagi nad kandydatem Republikanów (na sto czterdzieści milionów policzonych głosów). Wydawałoby się że to wyraźne wskazanie większości, ale amerykański system wyborczy zmusza do liczenia głosów na poziomie poszczególnych stanów – a koniec końców o wyniku wyborów zdecydować może większość w kilkusettysięcznym okręgu w zapomnianym przez Amerykanów leśnym skrawku kraju (Maine).

Użytkowa sztuka plażowa

Więc tak sobie szliśmy złotopiaszczańską promenadą, mijaliśmy kolejne hotele rosnące w piętra i luksusy, aż w końcu ją zobaczyliśmy stojącą na skraju plaży. Nie pierwsza to była rzeźba w tej mozaikowej technice, ale te wcześniejsze były takie jakieś bardziej zwyczajne tematycznie, ta zaś jednakowoż zaskakiwała pomysłem.

2020-08-02 Złote Piaski płukaczka

Kiedy wracaliśmy, odkryliśmy jej drugie oblicze. Oto ktoś schodzący z plaży do niej podszedł, coś nacisnął lub przekręcił, i z dziobka popłynęła woda do opłukania się apres-plage. Zachwyciliśmy się jeszcze bardziej. Natychmiast też przypomnieliśmy sobie, że parę dni wcześniej w Warnie widzieliśmy podobną instalację (pun intended).

2020-07-31 Warna płukalnia smoki

Tam stylistyka była odmienna, choć równie przyciągająca uwagę, ale funkcja użytkowa była znacznie mniej zamaskowana. Także dlatego, że jak zobaczyliśmy to miejsce, to ktoś akurat się opłukiwał, i dobrą chwilę czekaliśmy, żeby zrobić zdjęcie bez przypadkowej osoby.

Czemu u nas nie ma takich fajnych instalacji?

alerty RCB

Robiłem właśnie – okołourlopowe, powiedzmy – porządki w tym i owym. Między innymi wziąłem się za posprzątanie SMSów w routerze mobilnym, wiem jak to brzmi, ale to w końcu połączenie telekomunikacyjne jak każde inne (zdarzało mi się wysyłać przez router życzenia świąteczne, przez co niektórzy adresaci próbowali oddzwaniać), tylko urządzenie mniej zachęcające do korzystania (w zasadzie wejść trzeba z poziomu komputera z tym routerem połączonego).

Jak nietrudno się domyślić, dawno porządków tam nie robiłem, więc i sporo różnych śmieci było. Najwięcej oczywiście powiadomień o wystawieniu faktury, wysyłanych hurtowo na wszystkie numery (router jest częścią pakietu). Było trochę SMSów które można zakwalifikować jako spam, o tym właściwie mógłbym napisać osobną notkę skąd się mogą brać SMSy wysyłane na numer, z którego nigdy do nikogo (poza serwerem) nie dzwoniono (to o czym pisałem w poprzednim akapicie to był inny router i numer), ani którego nigdy nikomu nie podawano (sam musiałbym chyba w fakturze sprawdzić co to za numer). Po uprzątnięciu tego wszystkiego zostały alerty RCB, które z niejasnych powodów zostawiłem…

Więc takich alertów mam w pamięci routera 17, najstarszy ma 22 miesiące.
Trzy z nich to ostrzeżenia przed bardzo silnym wiatrem.
Jeden to ostrzeżenie przed burzami z gradem, intensywnymi opadami i możliwymi podtopieniami.
Osiem to kombinacje burz, gradu, opadów, wiatru i podtopień.
Cztery to informacje dotyczące koronawirusa.
Jeden to informacja dotycząca II tury wyborów.

Nie, nie mam żadnej błyskotliwej puenty, po prostu chciałem sobie to podsumować.

współczuję pracownikom konsulatów

Nie wiem czy jeszcze pamiętacie, ale jesteśmy w trakcie wyborów prezydenckich, po pierwszej turze, a przed drugą.

Wybory odbywają się w kraju i za granicą (w tym na ośmiu polskich statkach morskich, gdyby to kogoś ciekawiło, ale ja nie o tym). O ile w kraju ostatecznie co do zasady głosujemy „tradycyjnie”, czyli udając się do komisji wyborczej i wrzucając głos do urny, o tyle Polacy z zagranicy – z powodu koronawirusa – nie wszędzie mają taką możliwość i chcąc brać udział w głosowaniu musieli zgłosić zamiar udziału w głosowaniu korespondencyjnym.

A głosowanie korespondencyjne oznacza, że jeśli obywatel zgłosi się do konsulatu – pewnie najczęściej mailem, ministerstwo spraw zagranicznych uruchomiło też system do rejestracji internetowej, który działał albo… – to konsulat musi dla takiego obywatela przygotować pakiet wyborczy (obejmujący między innymi kartę do głosowania i specjalną kopertę na wypełnioną kartę) i tenże pakiet obywatelowi fizycznie wysłać lokalną pocztą. Obywatel musi wszak ten pakiet otrzymać, przeczytać, podjąć decyzję na kogo głosuje (to taka fikcja literacka, dziś chyba każdy kto zgłasza się do udziału w głosowaniu, wie na kogo zagłosuje), oddać głos na karcie ORAZ wypełnić dodatkowe dokumenty, spakować należycie pakiet wyborczy (każdy błąd, w tym niezaklejenie koperty z głosem, oznacza nieważność głosu…) – i odesłać go (na własny koszt) do konsulatu, tak aby pakiet wpłynął do konsulatu przed zakończeniem głosowania w wyborach…

Powiedzmy teraz sobie, że w skali całego świata w zagranicznych komisjach wyborczych zagłosowało ponad 300 tysięcy ludzi. W samej Holandii wysłano do Polaków prawie 17 tysięcy pakietów wyborczych, z których tylko około 15 tysięcy wróciło jako głosy oddane, w niektórych innych krajach było tego odpowiednio więcej. Wielu ludzi (mniejsza o dokładne liczby) dostało pakiety niekompletne lub nie dostało ich wcale, inni dostali je na tyle późno (poczta niekoniecznie dochodzi z dnia na dzień, nawet w sprawnie funkcjonujących państwach) że nie miały szansy dojść na czas z powrotem, niektórzy mieli problemy z rejestracją, wielu było niepewnych co się w ogóle dzieje i szturmowało linie telefoniczne konsulatów (nie było centralnej infolinii poświęconej wyborom poza Polską).

Myślę z troską o pracownikach tych konsulatów, którzy zapewne musieli odłożyć co najmniej część zwykłej roboty (nie wiem czy mają jej dużo, czy mało), żeby obrobić wszystkie dodatkowe obowiązki związane z wyborami korespondencyjnymi – rejestracją, wysyłką pakietów, a potem zapewne liczeniem głosów – i na dodatek zebrać niekoniecznie zasłużone gromy i zarzuty o utrudnianie czy wręcz fałszowanie wyborów. Nie bez powodu najdłużej czekaliśmy na wyniki z Anglii (bez Szkocji i Irlandii Północnej), gdzie w konsulatach mieli do przeliczenia 90 tysięcy głosów (a pakietów wysłali odpowiednio więcej). Przed II turą czasu na wysyłkę było jeszcze mniej, a ilość chętnych wzrosła nawet może o połowę…

Niech prawo zawsze prawo znaczy…

(…a sprawiedliwość – sprawiedliwość, pisał Mistrz Tuwim; polonistów proszę o wybaczenie swobodnego operowania tym cytatem, zainteresowanym polityką mówię że nic tu po nich, wolnościowcy niech westchną w zadumie że prawa autorskie do utworu wygasną w roku 2024 i wtedy całość będzie mogła być swobodnie publikowana w internecie; starczy już tego najzupełniej wstępu, który dygresyjnie rozrasta się niczym wątki u G.R.R. Martina)

Mamy czas epidemii i tworzonego naprędce prawa. Pierwsza Tarcza Antykryzysowa – pośród wielu innych przepisów – przyniosła i taki, który powodował zawieszenie terminów w postępowaniach (sądowych i innych). Od dnia jego uchwalenia trwały dyskusje (nierozstrzygnięte autorytatywnie po dziś dzień), czy przepis ten spowodował zawieszenie terminów w postępowaniach od dnia ogłoszenia ustawy (31 marca), czy też z mocą wsteczną od wprowadzenia stanu zagrożenie epidemicznego (obowiązywał od 14 marca).

Z kolei Trzecia Tarcza Antykryzysowa przyniosła uchylenie tego zawieszenia terminów. Jednocześnie wprowadziła przepis określający, od kiedy przywrócony zostanie bieg terminów, brzmiący następująco:

7. Terminy w postępowaniach, o których mowa w art. 15zzs ustawy zmienianej w art. 46, których bieg uległ zawieszeniu na podstawie art. 15zzs tej ustawy, biegną dalej po upływie 7 dni od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy.

Rzuciłem na Twitterze pewne pytanie dotyczące interpretacji przepisów, związane z zawieszeniem i podjęciem biegu terminu. Wypowiedziało się trochę prawników, w tym kilkoro sędziów różnych szczebli, niektórzy o znanych i uznanych nazwiskach. Nie są w stanie uzgodnić stanowiska, czy podjęcie biegu terminów nastąpiło 23 czy 24 maja.

Gdybym był bieglejszy w filozofii prawa, mógłbym się w tym momencie odwołać do konkretnych nazwisk, a tak sobie na prywatny użytek cicho westchnę: czy prawo, którego skutków nie można prosto zrozumieć będąc praktykującym i doświadczonym sędzią, spełnia kryteria, by być nazywane prawem?

(refleksje na temat sprawiedliwości tej i innych sytuacji zostawię na następną notkę)

Refleksje murzyńskie

Temat słowa „Murzyn” poruszałem już na blogu nie raz, czy to w formie poważniejszej analizy, czy luźniejszej refleksji. Ostatnio na Twitterze – wśród tysiąca innych kłótni – pojawiły się na nowo spory o to, czy jest to słowo obraźliwe, dowiedziałem się przy okazji że Afroamerykanin jest trochę passe, i że zasadniczo powinno się mówić „Czarny”.

Na ile rozumiem, takie podejście służy dostosowaniu się do konwencji przyjętej w innych językach, w szczególności we współczesnej lingua franca anglosaskiego pochodzenia. Konsekwentnie jednak uważam, że mechaniczne przenoszenie pojęć jest błędne, ponieważ w polszczyźnie w odniesieniu do człowieka „czarny” zawsze miał znaczenie lekko pogardliwe, z nutą białej wyższości, natomiast „Murzyn” był zasadniczo opisowy (próby wysilonego przypisywania mu negatywnych konotacji w oparciu o parę związków frazeologicznych są śmieszne, zasadniczo Grecy też powinni się obrazić za „udawanie Greka”), mniej więcej w tej samej kategorii co „Indianin” – odwrotnie niż w angielszczyźnie. Co więcej, polski odpowiednik głęboko obraźliwego „nigger” właśnie od „czarnego” pochodzi, a nie od „Murzyna”, mogę tylko mieć nadzieję że w ramach fikołka językowego nikt nie zacznie próbować przekładać „nigger” jako „murzynek” zamiast „czarnuch”.

Czy warto „umierać za Murzyna”? Język, jak wiadomo, elastycznym jest, uzus może wszystko, możliwe że za parę dekad Murzyn wyjdzie z użycia tak jak Eskimos czy Cygan. Jeżeli osoba czarnoskóra sobie nie życzy, można do niej nie mówić per „Murzyn”, zresztą uważam za zupełnie bez sensu podkreślanie w rozmowie tego rodzaju cechy; oczywiście można o takiej osobie też nie mówić „Murzyn”, aczkolwiek obraźliwość zasadniczo jest w oku mówiącego (choć to słyszącemu jest potencjalnie przykro).

Manifest wirusowo-wyborczy

Za 8 dni mają się odbyć wybory prezydenckie. Piszę „mają”, bo na dziś w zasadzie ich przeprowadzenie nie wydaje się możliwe, czy to w szalonym trybie korespondencyjnym (który będzie formalnie możliwy dopiero na jakieś 3 dni przed terminem wyborów), czy w trybie tradycyjnym, który na dziś jest zablokowany i formalnie (brak prawnej możliwości określenia wzoru kart do głosowania), i faktycznie (brak obsady komisji wyborczych). Być może zostaną przesunięte o kilkanaście dni, być może o kilkanaście tygodni, nie mam pojęcia co się stanie i w jakim trybie (oprócz tego że w przyszłoniedzielne wybory na razie nie wierzę).

Przyjmijmy na moment założenie, że w nieodległej przyszłości te wybory się odbędą, pomimo epidemii, w czasie kiedy wszyscy mają obowiązek chodzić w maseczkach i powinni dezynfekować ręce dla ochrony zdrowia własnego i cudzego. Niezależnie od tego, czy głos trzeba będzie wrzucić do urny w komisji wyborczej, czy – w pakiecie korespondencyjnym – do specjalnej skrzynki pocztowej (będącej de facto substytutem urny wyborczej, pomijając na moment sensowność i bezpieczeństwo wożenia głosów ze skrzynki pocztowej do urny wyborczej), trzeba się będzie fizycznie pofatygować w miejsce, w którym nasz głos zostanie przyjęty. I teraz mam parę uwag:
– jeżeli ktoś jest w stanie stać w kolejce do sklepu, mniejszego, większego czy całkiem dużego – to nie ma żadnych przeszkód, żeby stał w kolejce do lokalu wyborczego lub skrzynki „wyborczej”
– jeżeli ktoś nie widzi przeszkód żeby w maseczce wyjść do parku i przemieszczać się w odległości 2 metrów od innych ludzi – to nie powinien widzieć żadnych przeszkód, żeby wyjść w maseczce do lokalu wyborczego lub skrzynki „wyborczej” i zachowywać odległość 2 metrów od innych ludzi.

A jeżeli ktoś uważa, że nadchodzące wybory – jak wiele złego można o nich powiedzieć – nie są Prawdziwymi Wyborami (as in: true Scotsman fallacy) i dlatego on/a nie będzie w nich brać udziału, to niech potem nie liczy na wstawiennictwo Wszystkich Świętych, Cthulhu czy Instytucji Międzynarodowych. Można sobie strzelić focha i uważać, że w niewyborach wybrano nieprezydenta, który przez 5 lat będzie podpisywał nieustawy i nienominacje. Rzeczywistość – niełatwa sama w sobie – jest taka, że przez najbliższe 3 lata prawdopodobnie nie będzie innej szansy, żeby powstrzymać działalność obecnej ekipy rządzącej, możliwą po części dzięki temu, że 5 lat temu zbyt wielu postanowiło zlekceważyć zagrożenie związane z wyborem kandydata Zielonych, nawet jeśli kandydat Niebieskich wydawał się beznadziejny.