Krajobrazy ekranowe

Kiedyś, dawno temu, w czasach przedinternetowych, niektóre filmy oglądało się także dlatego, że pokazywały piękne krajobrazy z różnych zakątków świata, do których człowiek nawet nie spodziewał się że kiedykolwiek dotrze, a nawet nie wiedział kiedy będzie okazja je zobaczyć w kolorze (albumy z pięknymi krajobrazami wciąż zachowują pewną popularność). Z tego wynikała choćby jakaś część popularności „Bondów”, bo agent 007 krążył po przeróżnych, zwykle uroczych, zakątkach świata (filmowanych przynajmniej częściowo na miejscu).

Dziś każdy prawie zakątek świata można sobie zobaczyć w licznych internetowych galeriach zdjęć, jeśli nie bezpośrednio w Google Street View – no i znacznie łatwiej przemierzyć pół świata (nie mówiąc o połowie Unii Europejskiej), żeby w takie zakątki świata dotrzeć. Większym problemem jest dzisiaj, jak wybrać te miejsca do oglądania, bo nawet na wirtualne podróże życia nie starczy. I tu okazuje się, że filmy (a także seriale) pozwalają wiele rzeczy obejrzeć „przy okazji”, a nadto można sobie wybierać coś do oglądania w taki sposób, żeby łączyć śledzenie fabuły z podziwianiem okolic.

Obejrzałem w ostatnich miesiącach dwa sezony serialu „Detektyw” (nawet o tym wspominałem) – pierwszy i trzeci (każdy jest zupełnie odrębny, więc nie było problemu ciągłości). Pierwszy dzieje się w mało uczęszczanej przez filmowców małomiasteczkowej Luizjanie, trzeci zaś w Arkansas, na kuszącej górskimi krajobrazami wyżynie Ozark (przyznam, że rozważałem kiedyś oglądanie serialu „Ozark” głównie po to, żeby przy okazji popatrzeć właśnie na tę krainę…) Sezon drugi – pomijając słabsze recenzje – to dla odmiany znacznie bardziej oklepana Kalifornia. Oczywiście, nie oznacza to że odrzucam oglądanie seriali rozgrywających się w Kalifornii. Byłem na przykład zauroczony widokami w „Wielkich kłamstewkach”, gdzie już w czołówce jesteśmy częstowani wysokimi brzegami okolic Monterey (o ileż one piękniejsze od plaż okolic LA).

Brytyjski serial „Durrellowie” zacząłem oglądać także po to, żeby przypomnieć sobie czarowne krajobrazy zwiedzanej kiedyś wyspy Korfu. „Paragraf 22” cieszył oko słonecznymi wybrzeżami Sardynii. Włączyłem dziś intrygujący serial „Owieczki boże” i zaraz po zakończeniu odcinka gorączkowo szukałem, skąd pochodziły widziane na ekranie krajobrazy (Nowa Południowa Walia). I tak sobie można zwiedzać zakątki świata na ekranie telewizyjnym… Czasem to nawet nie kwestia piękna, tylko możliwości wyobrażenia sobie, jak mogą wyglądać rozmaite miejsca, nawet znajdujące się nieopodal tych wielokrotnie widzianych.

Podobno coraz ładniej wypadają krajobrazy – prawdziwe lub fikcyjne – w grach komputerowych, ale tu jednak nie czuję się ekspertem (choć kiedyś, dawno temu, kiedy włączyłem nową grę wyścigową, to zachwycałem się realizmem – jak na tamte czasy – odtworzenia ulic Monaco).

Reklamy

Wiedeń robi rzeźbę

Wiedeń. Miasto pałaców, ogrodów i zdobionych kamienic (i wielu innych rzeczy, bo to miasto o dużej różnorodności). Gdy się tak spaceruje tu i tam, to można napotkać wiele ciekawych przejawów sztuki przestrzennej, przy których w zależności od preferencji można unieść brwi lub podrapać się głowę (bądź zrobić wiele innych rzeczy, bo co będziemy kogoś ograniczać.

Weźmy taki ogród przed dolnym Belwederem, wypełniony jeszcze w osiemnastym wieku marmurowymi piersiastymi sylwetkami. Idziesz sobie podziwiając kontrast bieli z intensywną zielenią żywopłotów, i nagle zadajesz sobie pytanie: co poeta… rzeźbiarz miał na myśli?

Wien Belvedere

Albo taki Schweizer Garten. Niby park jak każdy inny, a tu nagle coś na człowieka wyziera, i znajome się wydaje. Patrzysz raz, drugi – Frycek to czy jak? Znajdujesz tabliczkę informacyjną i faktycznie, tylko jakiś taki płaski i dziurawy, i coś mu koło głowy furga.

Wien Chopin

Albo jak się wybierzesz zobaczyć budynki ONZ… i przy okazji zwiedzasz Nowoczesną Dzielnicę ozdobioną Nowoczesnymi Rzeźbami. Oglądasz taką rzeźbę z lewej, z prawej, z tyłu, z przodu, nawet od dołu próbujesz (żeby od góry to trzeba by drona lub gościnności kogoś z wyższych pięter) – i nadal nie bardzo wiesz o co chodzi. Podchodzisz do tabliczki informacyjnej i dowiadujesz się że to rzeźba „Bez tytułu”.

Wien VIC 1
Wien VIC 2

A potem idziesz wstrząśnięty i lekko zmieszany ulicą, napotykasz kolejny błyszczący obiekt trójwymiarowy i odczuwasz wielką potrzebę trollingu przez odkręcenie takiej tabliczki „Bez Tytułu” i przykręcenie jej pod tym nieoznaczonym obiektem.

Wien Hydrant

Gdybyście chcieli zapytać, jak w Wiedniu robią masę, to może przy innej okazji (ale robią lepiej).

100 odcinków

Długo, bardzo długo omijałem serwisy pozwalające na oglądanie czegoś przez internet. Wróć: Netfliksa kiedyś nawet testowałem jak wszedł do Polski (w ramach darmowego miesiąca), ale zwinąłem się stwierdzając, że nie ma tam nic na tyle interesującego, żebym miał nad tym spędzać całe godziny (z Breaking Bad obejrzałem trzy czy cztery odcinki z początku i końca, z Orange Is The New Black jakieś cztery minuty…). Poza tym jestem staromodny i seriale lubię oglądać po odcinku, z przerwami, jak w telewizji – a nie maratonami.

Dopiero w maju stanąłem przed w zasadzie koniecznością – „Paragraf 22” był niestety dostępny wyłącznie w serwisie abonamentowym. Stwierdziłem, że może przy okazji zobaczę coś z pozycji bardziej lub mniej reklamowanych, i założyłem konto HBO GO (odnotowując przy okazji, że też dają pierwszy miesiąc za darmo). I tak sobie oglądałem, i oglądałem… Kiedy zbliżał się koniec pierwszego miesiąca, podliczyłem notatki i uznałem, że jak za tę ilość obejrzanych pozycji to wręcz nieuprzejmością byłoby czegoś nie zapłacić. I tak upłynął miesiąc pierwszy, i drugi, i…

Do końca trzeciego miesiąca jeszcze trochę zostało, ale dziś w notatkach pojawiła się znamienna liczba: 100 odcinków seriali obejrzanych od początku przygody z HBO GO (nie licząc powtórek, filmów i pozycji obejrzanych niezależnie przez innych domowych użytkowników…). Nawet tak pokombinowałem, że setnym odcinkiem był finał drugiego sezonu znakomitego Killing Eve z niesamowitą Jodie Comer. Na te 100 odcinków złożyło się w sumie 10 różnych seriali – Paragraf 22 i Killing Eve już wymieniałem, do tego dorzuciłem pierwszy sezon Westworld (nie zawiódł oczekiwań, choć wątpię czy będę kontynuował), dwa sezony Detektywa (pierwszy i trzeci), niesamowity Czarnobyl, dwa (z haczykiem) sezony cudownego Mr Robota, pierwszy sezon intrygujących Wielkich kłamstewek

Plan jest taki, że jeszcze z miesiąc pewnie dorzucę – mam zresztą cztery seriale do dokończenia i listę paru pozycji do spróbowania – ale we wrześniu zrobię sobie prawdopodobnie oddech, także dlatego, że na nowe sezony Mr Robota i Killing Eve trzeba będzie poczekać. Kto wie, może dam drugą szansę Netfliksowi (gdzie już miałem zrobioną listę propozycji)…

Straszny to złodziej czasu, ta telewizja… także w wersji internetowej.

Na hori

Dysząc szalenie, na szczyt się w końcu wydrapałem. Cała ekipa sprawdziła zapasy wody -byliśmy wszak najwyżej w połowie drogi – i jedynie słuszną myślą było: uzupełnić. Poszedłem więc do schroniska, stanąłem w kolejce, zacząłem rejestrować otaczającą rzeczywistość…

Szybko odnotowałem, że chłopak (przepraszam za familiarność, z wiekiem przychodzi że tak mówię o młodych, nawet jeśli mają obrączkę na palcu) za kontuarem mówi ze wschodnim akcentem (przechodziłem podobne rozważania jakiś czas temu w sklepie w mojej wiejskiej dzielnicy). Pomyślałem sobie: „wysoko dotarło łatanie dziur pracownikami z zagranicy”. Potem usłyszałem jak wydawalnia posiłków wywołuje klientów… a kiedy stanąłem blisko, to już się tylko zastanawiałem czy cała załoga schroniska jest z Ukrainy.

I wtedy myśli moje zaczęły płynąć w różnych kierunkach. Samo pytanie „jak się rekrutuje zagranicznych pracowników do pracy w górskich schroniskach” było w gruncie rzeczy banalne, niektórym może nie robić różnicy gdzie dokładnie będą pracować, tylko ile za ile. Potem zacząłem się zastanawiać, czy nocują „na miejscu” na górze – i wtedy jak wygląda ich życie poza pracą,  czy też mieszkają „na dole” – a wtedy czy mają w warunkach pracy wjazd i zjazd kolejką (chyba kosztowałoby to więcej niż sama ich praca…), czy też mają zapewniony wjazd/zjazd samochodem z dostawami, czy też muszą sobie radzić sami, 2h w górę, 1h w dół… (w sumie jeśli mieszkają na górze, to problem jest ten sam kiedy chcą zejść). Przeszło mi też przez głowę, czy zbieranie na halach jagód (sprzedawanych potem w schronisku za ciężkie pieniądze) mają w godzinach pracy, czy zbierają sobie ekstra i odsprzedają dzierżawcy schroniska. O zupełnie formalnych aspektach typu legalność i podstawa zatrudnienia oraz czas pracy już w ogóle nie wspomnę.

Nie pytałem ich o to oczywiście, bo ani ja miałem na to czas, ani oni, ani też moja to działka. To zadanie dla reportera raczej, żeby podpytać i opisać jak to wygląda, na tej górze bądź innych. W redakcjach pewnie nie ma na to chętnych, nawet redaktor Woś na takimi rzeczywistymi zagadnieniami ludzkiej pracy się raczej nie pochyli.

Mnie została myśl o tym jak bardzo tradycyjna jest kuchnia góralska, jeśli posiłki przygotowują zagraniczni pracownicy. Oraz na ile tradycyjny jest w schronisku nalewak prosecco.

Białystok

Nigdy nie byłem w Białymstoku – nie złożyło się, ode mnie to dość daleko i nie po drodze, podróże odbywałem w wielu innych kierunkach, miasto ponoć ładne. Znam stamtąd kilka osób, nie wnikając w szczegóły czy są tam od urodzenia, czy miały tam epizod dłuższy czy krótszy, są to – jak to się obecnie mówi – znajomości dobre (fakt, że gdyby dobrze nie rokowały, to by się nie rozwinęły).

Nie byłem w Białymstoku także i na wczorajszej paradzie równości, nawet starannie omijałem wszelkie relacje wizualne, opisów w social mediach w zupełności mi wystarczyło. Inni wystarczająco dobrze skomentowali lub skomentują za mnie nienawiść „protestujących”, łatwiej mi dzięki temu zapanować nad emocjami. Czytam jednak różne generalizujące wypowiedzi o Białymstoku i jego mieszkańcach… Białystok to miasto blisko trzystutysięczne, w wyborach europejskich uprawnionych do głosowania było 220 tysięcy. Z tych 220 tysięcy uprawnionych do wyborów poszła mniej więcej połowa, na nacjonalistów (naturalne zaplecze tego nienawistnego tłumu, choć rzecz jasna bez gwarancji że tylko takie) głosowało blisko 7 tysięcy, na ludzi przeciwnych takim zachowaniom – dobrze ponad 50 tysięcy.

Na Facebooku znajomej z Białegostoku znalazłem rano tekst nauczyciela z Pomorza, który napisał między innymi:
Ale mnie najbardziej zastanowiły ciche głosy mieszkańców Białegostoku, którzy mówią, że to przecież nie my wszyscy rzucaliśmy kamieniami w uczestników marszu. Nie my wszyscy pluliśmy. Nie my wszyscy kazaliśmy wypierdalać. Wielu z nas uczestniczyło w tym marszu.”
Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni to dla miasta to jak uważać, że krakowscy kibole są reprezentatywni dla Krakowa. Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni dla polskiego katolicyzmu, to jak uważać że ks. Paweł Kania jest reprezentatywny dla polskiego LGBT. Nie generalizujmy.

Autostrady są nudne

Autostrady są praktyczne i wygodne (o ile nie są akurat w remoncie) – ze dwa pasy, przyzwoity asfalt, bezkolizyjne skrzyżowania, po prostu nic tylko jechać by dojechać. Jednocześnie kiedy się nimi jedzie nie forsując tempa, to na tym przyzwoitym asfalcie jazda robi się zwyczajnie nudna, samochód połyka te kilometry w tempie dwóch na minutę, człowiek z nudów zaczyna bawić się tempem czy zmieniać pasy ruchu, bo zwyczajnie się robi senny. A jednocześnie czasem spogląda poza autostradę i widzi tam inne drogi, a jak jeszcze jedzie przez góry, to nawet sobie zaczyna wzdychać za jazdą taką wijącą się górską drogą (ja tak zwykle miewam mknąc przez włoskie Alpy w kierunku Adriatyku lub z powrotem).

Podobne odczucia mam na autostradzie Katowice-Kraków. O ile do Krakowa jakoś zwykle tak się składa, że się spieszę, o tyle z powrotem jadę raczej spokojnie – aż do znudzenia (dam sobie włosy uciąć, że już o tym pisałem). W efekcie przerobiłem już wiele dróg powrotnych omijających tę autostradę, byle mieć jakieś urozmaicenie (na niektóre kategorycznie nie chcę wracać, a przynajmniej do czasu jakiejś poważniejszej przebudowy).

Podobnie było i wczoraj. Już prawie byłem pewien, że będę wracać przez Olkusz (nie każdy wie że od Olkusza jest niewiele tylko gorsza dwupasmówka), ale traf chciał, że skręciłem w inną stronę i wyniosło mnie na A4 na południe od Krakowa. A że miałem ustawione w nawigacji „prowadź bez opłat”, to ściągnęło mnie z autostrady na węźle Bielany – i poprowadziło w nieznane. I tak jechałem sobie odkrywając nieznane zakamarki Małopolski: zalewy w Budzyniu, cudowny przejazd niezagospodarowanym grzbietem między Czułowem a Sanką, górski zjazd do Zalasu, przejazd przez lasy Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego, drewnianą dzwonnicę przy kościele w Tenczynku… Potem wyniosło mnie na autostradę na węźle Rudno (z ominięciem bramek) na kilkanaście kilometrów – po to, by nakazać opuszczenie jej na węźle Byczyna i stamtąd opłotkami Jaworzna i Mysłowic prowadzić do domu (zwłaszcza w Mysłowicach asfalt nie zachęcał do powtarzania tego rodzaju eksperymentu), przy okazji pozwalając wczuć się w mentalność janusza, który dla 20 złotych oszczędności będzie kombinować z drogą alternatywną.

Z węzła Bielany do domu jechałem półtorej godziny, autostradą pewnie mogłem zaoszczędzić z pół godziny (na bramkach wielkich kolejek nie było). Ale na czasie mi nie zależało, a radość na tych bocznych drogach była naprawdę duża. Ani przez moment się nie nudziłem (OK, może w tych fragmentach Mysłowic które już i tak dobrze znałem z zupełnie innych podróży).

Wyrok drukarza bez drukarza

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” śpiewał Stuhr*. Też tak miewam, i jak mnie coś zaczyna irytować, to w końcu muszę o tym napisać, a napisanie notki pozwala i rozwinąć się swobodniej, i później łatwiej powielać (nie mówiąc o łatwości znalezienia).

Cóż mnie tak irytuje? Ano reakcje na stanowisko zajęte w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, w głośnej sprawie tzw. wyroku drukarza. Na wypadek gdybyście jakimś cudem nie słyszeli (lub nie kojarzyli), chodzi o sprawę pewnego drukarza, który odmówił wydrukowania plakatów (dla uproszczenia, dokładniej można poczytać u RPO) dla organizacji LGBT, twierdząc że „naszą pracą nie przyczyniamy się do promocji ruchów LGBT” (chodziło o ich treść raczej niż osobę zleceniodawcy). Zostało to uznane przez policję, a następnie sądy, za naruszenie przepisu art. 138 kodeksu wykroczeń, który (wciąż jeszcze, jeśli wierzyć stronie Dziennika Ustaw) brzmi (wytłuszczenie moje):

Art. 138. Kto, zajmując się zawodowo świadczeniem usług, żąda i pobiera za
świadczenie zapłatę wyższą od obowiązującej albo umyślnie bez uzasadnionej
przyczyny odmawia świadczenia, do którego jest obowiązany,
podlega karze grzywny.

Nie spodobało się to panu Prokuratorowi Generalnemu, który zaskarżył przepis do Trybunału twierdząc między innymi, że narusza to konstytucyjną wolność sumienia i religii usługodawcy. I jak brzmi stanowisko w tej sprawie? Ano tak, że przepis narusza Konstytucję, w związku z czym straci moc z chwilą zamieszczenia odpowiedniego ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Tyle że…

Nie ma na razie formalnego uzasadnienia odtwarzającego tok myślenia kryjący się za przedstawionym stanowiskiem, wiemy tylko tyle co w ogłoszonej konkluzji i komunikacie prasowym. Już jednak z tego, co wiadomo, jedno można stwierdzić kategorycznie: oficjalnie nie odniesiono się do stanowiska Prokuratora Generalnego o naruszeniu wolności sumienia i religii. Wyłączną podstawą przedstawionego poglądu o niekonstytucyjności przepisu jest uznanie przewidzianej nim sankcji karnej za nieadekwatną do celu tego przepisu (jaki jest ten cel i dlaczego sankcja karna jest nieadekwatna, tego może się dowiemy jak się pojawi uzasadnienie), zwłaszcza wskutek doszukania się w tym przepisie zbyt małej precyzji sformułowań (w takich sytuacjach mówi się, że dalsza analiza stała się zbędna).

Co to oznacza? Wbrew rozmaitym wypowiedziom (obu stron), Trybunał NIE POWIEDZIAŁ, że wolno odmówić wykonania usługi ze względów religijnych. Kiedy przepis częściowo straci moc, będzie „wolno” BEZ SANKCJI KARNEJ odmówić wykonania usługi z jakiegokolwiek powodu (brak powodu też może być powodem). Dodajmy dla jasności, że zmiana dotyczy tylko usług – ponieważ odmowa sprzedaży towaru jest formalnie sankcjonowana przez inny, analogicznie skonstruowany przepis kodeksu wykroczeń (art. 135), który jednak zaskarżony nie został, więc obowiązuje (domniemanie konstytucyjności, anyone?). Osobną kwestią jest, czy taka odmowa stała się przez to LEGALNA – otóż fakt, że coś nie jest KARALNE, nie powoduje zarazem że jest zgodne z prawem (patrz: prostytucja); nie będę teraz tego rozwijać, ale są przepisy (polskie i unijne, choć te pierwsze głównie inspirowane drugimi) o ochronie konsumentów, o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, o zakazie dyskryminacji… Ten, kto będzie chciał w swojej działalności odmawiać „po uważaniu”, może się mimo wszystko nadziać na rozmaite nieprzyjemności – choć tryb karania za wykroczenie był jednak najprostszy i potencjalnie całkiem dotkliwy.

Należy się spodziewać, że prędzej czy później powrócimy do poszukiwania środków prawnych mocno zniechęcających przedsiębiorców do odmawiania klientom (a przez to lepiej chroniących konsumentów, zwłaszcza tych najsłabszych). Jeśli do tego dojdzie, nie będzie się można powoływać że „Trybunał pozwolił odmawiać ze względu na wolność sumienia” – bo Trybunał wcale się na ten temat nie wypowiedział.

*Jerzy, drogie dzieci, nie Maciek

Lament bieda-biznesmenów

Miałem w zasadzie pisać o czymś zupełnie innym, ale pośród szalejących czerwcowych upałów ze zdwojoną siłą wybuchł coroczny szloch Przedsiębiorców Polskich o składki ZUS. Mechanizm tego zjawiska opisałem rok temu i nie będę przepisywać, powiem tylko że przyczyną łkań i gromów ciskania jest Rekordowy Wzrost Składek, spowodowany ustaleniem w założeniach budżetu kwoty prognozowanego wynagrodzenia w roku 2020 na 5.227 zł, co przekłada się na minimalną podstawę składek w kwocie 3.136,20 zł.

Jakiś domorosły ekonomista porównał na Twitterze przewidywaną wysokość składek do wysokości pensji minimalnej (na rękę). Skontrowałem go szybko przykładami historycznymi pokazującymi, że pokazana przez niego relacja nie jest szczególnie szokująca – a potem postanowiłem sprawdzić jak się ma w ujęciu historycznym relacja podstawy składek do kwoty najniższego wynagrodzenia. W końcu rok temu ją podliczyłem.

Minimalne wynagrodzenie miesięczne w roku 2020 ma wynieść 2.450 zł. Dzieląc zakładaną minimalną podstawę składek przedsiębiorcy przez zakładaną kwotę najniższego wynagrodzenia brutto otrzymujemy 3136,20/2450=128,0%. Faktycznie, wyżej niż w 2019, kiedy było ostatecznie 127,1%, nie mówiąc o 2017, kiedy ta relacja wynosiła 126,9%; wyżej także nieco niż w 2016, kiedy mieliśmy 127,9%. Ale zaraz… to w 2017 była jakby obniżka? A jak było wcześniej?

Rok 2016, ostatni według liczb zaplanowanych przez rządy PO – 131,5%.
Rok 2015 – 135,7%.
Rok 2012, kiedy wskaźniki ustalano z wizją ciepłej wody w kranie – 141%.
Rok 2010, kiedy wskaźniki ustalano w apogeum kryzysu światowego – 143,3%.
Rok 2009, czas tego apogeum – 150,1%.
Rok 2007, kiedy PO dochodziła do władzy – 171,4%.
Rok 2005, kiedy PiS dochodził do władzy – 166,7%.
Rok 2000 – 158%.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy: nigdy w historii składek ZUS przedsiębiorcy nie płacili tych składek od kwoty tak bliskiej najniższemu wynagrodzeniu, jak w latach 2017-2020. Gdyby ich zapytać, czy prowadzą firmy, żeby zarabiać mniej niż 130% najniższego wynagrodzenia, obraziliby się śmiertelnie – a jednak składki płacą od takich właśnie kwot i narzekają że „za drogo”. Później będzie zdziwienie, że emerytury takie niskie jak u Cugowskiego (o zasiłkach chorobowych nawet nie mówię, bo polski przedsiębiorca albo „nie choruje”, albo przed planowym zabiegiem starannie podwyższa tę podstawę składki, nawet jeśli w tej chwili się mniej już opłaca).

Drodzy lamentujący, bieda-biznesmeny jesteście (bez względu na płeć).

Człowiek człowiekowi

Pewnie każdemu zdarzyło się być w sytuacji, w której był gdzieś obsługiwany (nie wiem czy to idealne słowo, ale brakuje mi lepszego), a osoba obsługująca była nie w formie czy nie w sosie, pracowała wolniej niż byśmy oczekiwali, w sposób niepozbierany, z niesympatyczną miną czy też mową ciała… Z pewnością każdy odruchowo pomyślał sobie coś niemiłego na temat tej osoby, a czasem może i zgryźliwie skomentował.

Nie wiem, czy każdemu, ale wielu na pewno zdarzyło się, że dostał nagle dodatkowe zadanie „bo trzeba zrobić, nikt się na tym nie zna, a ty sobie najlepiej poradzisz”; albo że dostał dodatkową robotę „bo X nagle nie ma, a to musi być zrobione”, i wtedy klnąc pod nosem (zapewne) próbujemy jakoś wszystko ze sobą pogodzić, nowe i stare (które nie znika wszak od tego że dorzucono nam nowe), odwołując się do rezerw organizmu.

Niejednej osobie zdarzyło się też zapewne, że siedziała w pracy czując się źle, bo ktoś nie chciał jej „zwolnić” argumentując, że przecież koniecznej do wykonania pracy nie ma komu zrobić (bo takiego kogoś nie ma, lub ma inną robotę, lub…)

Na sprawność wykonywania pracy, czy też szerzej: na sprawność funkcjonowania instytucji, negatywny wpływ może mieć wiele nieoczekiwanych czynników losowych (ktoś zachoruje, utknie w korku, pociąg mu się zepsuje lub komputer), z którymi próbujemy sobie radzić na różne sposoby. W takich sytuacjach mocno zaczynają się odzywać sprzeczności interesów – „klienci” i „kierownicy” oczekują, że sprawność zostanie zachowana, „wykonawcy” czują się obciążani i pod presją.

Tak sobie dumam od pewnego czasu: zapewne zdarzają się ludzie, którzy nie przejmują się swoją robotą (i na takich irytacja byłaby uzasadniona). Co innego jeśli obsługuje nas człowiek przemęczony, pod presją, przeciążony, smutny, podobnie jak człowiek początkujący w swojej pracy, albo mający świadomość, że za pracę mu podziękowano. Pewnie, każdy by chciał żeby jego sprawę załatwiono szybko, sprawnie i z uśmiechem (zwłaszcza jeśli to wpływa np. na wykonywanie jego własnej pracy), ale co nam zmieni złość? Chyba tylko tyle że znajdziemy „kozła ofiarnego” dla swoich komplikacji lub tylko obaw, bądź że odreagujemy emocje bieżące, lub na zapas, na wypadek gdybyśmy sami stanęli w sytuacji, kiedy sobie nie poradzimy i ktoś będzie się na nas irytować…

Staram się być przyjazny światu w takich sytuacjach. Od tego że złośliwie wypomnę komuś niekompetencję czy tylko nieporadność, cel się nie przybliży, za to od życzliwości ma jakieś szanse. Lepiej być drugiemu człowiekowi tym, kim chcielibyśmy, żeby był nam.

Cztery godziny Yossariana

Cztery godziny Yossariana, jakie daje nam serial wyprodukowany przez Hulu (sześć odcinków circa po 40 minut), nazwijmy go dla pewnego uproszczenia serialem Clooneya (był jednym z reżyserów i producentów), to więcej niż sto minut Yossariana, jakie dawał nam film Nicholsa. Choć oczywiście mniej niż 42 rozdziały książki.

Piszę „Yossariana”, bo to nim książka stoi, chyba nie ma rozdziału w którym by nie wystąpił choćby przez moment. Serial też się głównie na nim opiera, nawet jeśli są dłuższe sceny pozbawione go (jak w książce). Niemniej wydaje się z perspektywy całości, że tych scen bez niego jest zwyczajnie za mało. Oczywiście, to pewna adaptacja (nieraz wręcz „na motywach”), więc pewne osoby, wątki czy sceny wypadają z uwagi na brak miejsca, nieprzystawalność do przyjętej koncepcji czy wręcz nieopowiadalność językiem filmowym (jak przedstawić Wintergreena?!?). Sceny i wątki najważniejsze są, choć przy jednym bałem się, że licentia poetica pójdzie za daleko, nie spoileruję przy jakim (choć uspokajam, że nie poszła). Jest więc Cathcart i Korn, Scheisskopf i Dreedle, Orr i Nately, Daneeka i Tappman (to że kogoś nie wymieniłem, nie oznacza automatycznie że ich nie ma, a to że wymieniłem – że są tacy sami jak w powieści). Jednocześnie z takiej czy innej potrzeby mamy sceny dopisane całkiem od nowa (Nichols w sumie też tak robił, patrz Milo w Rzymie), inne oczywiście nieco poprzerabiane (i u Clooneya, i u Nicholsa jest scena z awansowaniem Majora, u obu oczywiście zupełnie inaczej niż u Hellera).

Od wierności ważniejszy jest duch, a tego zasadniczo nie zabrakło. O ile jednak Nichols spróbował w pewien sposób odtworzyć strukturę powieści w duchu krępującego wszystko absurdu, o tyle w serialu przyjęto bardziej nutę opowieści o Elojach spędzających czas w słonecznej Italii – z przerażeniem przyjmujących te chwile, w których Morloki wojny wyciągają po nich swoje ręce. W pewnej chwili uświadamiamy sobie, że Yossarian zamiast od tego wszystkiego uciec, bardziej próbuje wojnę ograć na różne sposoby – aż po finał, który z jednej strony jest kreatywnym rozwinięciem motywów powieści, a z drugiej strony jest bardziej Yossariana porażką, niż zwycięstwem (i gryzie mnie, odkąd sobie to uświadomiłem).

Czy jestem zadowolony? Ogólnie tak, bo mieć cztery godziny znakomitego Yossariana to lepiej niż ich nie mieć. Mam jednak poczucie niewykorzystanej szansy – że starając się wykroić materiał na zaledwie sześć odcinków, zbyt wiele odrzucono; tytułowy Paragraf pojawia się bodaj tylko raz (oczywiście w najbardziej klasycznej wersji), nie ma choćby sceny kiedy opowiada o nim stara kobieta z apartamentu w Rzymie. Chronologiczne podejście do narracji powoduje, że nie ma już miejsca na powrót do serialu (retrospektywa zupełnie by się nie sprawdziła, nie w tej chwili), a jednocześnie zbyt wiele miejsca relatywnie zostawiono Clooneyowi (skądinąd znakomitemu). Długo się zastanawiałem, czy nie dałoby się tego konceptu ekranizacji podzielić na dwa mini-sezony po sześć odcinków, zamiast jednego sześcioodcinkowego – i poszerzyć o postaci, sceny i żarty, których zabrakło.

Czy polecam? Jak najbardziej. Bo to cztery godziny Yossariana, i każdy fan Paragrafu w niektórych momentach doskonale wie, co będzie dalej (choć w wielu innych będzie mniej lub bardziej zaskoczony). Nie jestem niestety w stanie skomentować z punktu widzenia nie-fana, serce nie jest w stanie się wyłączyć.