Szklanki

W pierwszych słowach donoszę, że notka może zawierać nazwy produktów handlowych, aczkolwiek nie będzie stanowiła zamierzonego lokowania produktu.

Mam w kuchennych szafkach sporo szklanek „po nutelli”. Nie ma na nich, oczywiście, żadnego śladu, wszystkie etykiety zostały starannie usunięte, ale pamiętam skąd się wzięły. Są praktyczne – z grubym dnem i ściankami (można pić z nich whisky, tzn. ja nie piję wcale, więc nie wiem czy byłaby to wielka profanacja, ale tak się kojarzą), można je wkładać jedna w drugą (mniej miejsca zajmują), nie tłuką się łatwo… Tyle się ich nazbierało, że przestaliśmy kupować w takich opakowaniach, bo i co z nimi dalej robić? (puste słoiki lecą do śmieci, a słoik na dłużej starcza)

Był taki czas (niekoniecznie w tym samym zakątku świata), że używaliśmy dużo więcej różnego rodzaju szklanek pochodzących z takiego „odzysku”. Jakieś dżemy czy miody dały baterię całkiem zgrabnych kufelków (grubościennych), serki topione dostarczały małych szklaneczek i szklanek typu long drink. Pamiętam nawet jednego faceta, który kupił karton serków long drink, a potem pytał, czy ktoś nie chciałby tych serków od niego kupić, byle szklanki oddał (smak tych serków był taki sobie, przyznaję).

W ostatnich tygodniach z zaprzyjaźnionych sklepów znikła seria serków twarogowych w plastikowych kubeczkach (odnotowaliśmy, bo jedną odmianę smakową kupowaliśmy regularnie). Nie znam przyczyn tego zniknięcia, może to zwykłe sprawy handlowe – ale wyobraziłem sobie, że w ramach zmian proekologicznych mogliby zmienić rodzaj ich opakowań z plastikowych na szklane. I nawet nie potrzebuję nowych szklaneczek, mógłbym płacić kaucję za opakowanie zwrotne jak przy butelkach od piwa (i odzyskiwać ją po wyjedzeniu zawartości).

Nie ma w Polsce dwóch matek

Skoro już nawet Kataryna napisała o problemie uchwały NSA w przedmiocie transkrypcji aktu urodzenia wskazującego jako rodziców dwie lesbijki, to i ja się ruszę.

Nie ma jeszcze wprawdzie uzasadnienia tej uchwały, ale z informacji jakie do mnie dotarły wynika, że w brytyjskim akcie urodzenia jako dwie matki są wpisane dwie Polki (to o tyle moim zdaniem istotne, że to w zasadzie gwarantuje, że dziecko ma polskie obywatelstwo wskutek urodzenia przez Polkę). Problem staje się przez to bardziej formalistyczny niż merytoryczny, ponieważ prawo o aktach stanu cywilnego nakazuje dokonywać transkrypcji dokładnie (dozwolone jest tylko dostosowanie pisowni do polskiej) – albo odmówić transkrypcji (zwłaszcza gdyby była sprzeczna z podstawowymi zasadami porządku prawnego RP), nie ma możliwości dokonać jej „częściowo”; jednocześnie nie można „obejść” problemu, bo skoro wystawiono akt urodzenia, to zasadniczo nie można oprzeć się na dokumencie innym niż akt urodzenia (ja bym tu trochę naciągnął, ale nie jestem sędzią NSA, a zwłaszcza siedmioosobowym składem).

Prawo o aktach stanu cywilnego w przepisie definiującym treść polskiego aktu urodzenia nakazuje wymienienie danych RODZICÓW dziecka (art. 60 pkt 4) i niektórzy argumentują, że należy przez to rozumieć wszystkich których uważa się za „rodziców”. Nie ujmując pewnej słuszności temu rozumowaniu, zauważę jednak, że polska ustawa odwołuje się do polskiej siatki pojęciowej, w szczególności do przepisów rozdziału IA tytułu II kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, noszącego nazwę „Rodzice i dzieci”; nie ma w nim wprawdzie jednoznacznej definicji że „rodzicami są matka i ojciec”, niemniej rozdział I „Pochodzenie dziecka” obejmuje wyłącznie oddziały „Macierzyństwo” i „Ojcostwo” – co traktowałbym jako określenie że rodzicami są zgodnie z podstawową biologią matka i ojciec. Jest tam między innymi wyraźny przepis definiujący kto jest matką (nawet kiedyś o nim wspominałem) – wyłącznie ta kobieta, która dziecko urodziła (definicji ojca nie ma, są tylko domniemania, ewentualnie przełamujące te domniemania ustalenia biologiczne…), zatem „matka” w znaczeniu genetycznym (jako dawczyni komórki jajowej i genów w niej zawartych) nie jest dla polskiego prawa matką w żaden sposób. Pozostałe przepisy prawa o aktach stanu cywilnego – w tym sąsiadujące z art. 60 – też zresztą do tych pojęć nawiązują, przez co czytanie tych przepisów łącznie nakazuje moim zdaniem uznanie, że konsekwentnie jako „rodziców” uznaje się matkę (jedną) i ojca (jednego). Mam własne zdanie na temat ogólnej konstrukcji pojęć pokrewieństwa i podobnych (łączące biologię z rzeczywistością społeczną), ale zachowam je na inną okazję…

Czy istnieje więc w Polsce możliwość legalnego „posiadania” rodziców jednopłciowych? Wbrew pozorom tak, ale tylko w pewnej sytuacji – a mianowicie kiedy jedno z rodziców „biologicznych” następnie zmieni płeć, jak w przypadku Anny Grodzkiej (której syn ma matkę płci żeńskiej i ojca płci żeńskiej). Ciekawiłoby mnie jak USC zareagowałby na akt urodzenia wskazujący kobietę jako OJCA (a nie drugą matkę), niemniej w takim przypadku nie spodziewałbym się żeby NSA czynił przeszkody do rejestracji takiego aktu urodzenia.

PS Pisząc tę notkę nie dokonywałem przeglądu orzecznictwa i piśmiennictwa, są to moje własne rozważania na kanwie przepisów – jak ktoś chce mi wytknąć że o czymś nie wiem, to proszę bardzo.

PPS Temat przysposobienia celowo został pominięty.

Liczba dnia

Dla niektórych najważniejszą liczbą powyborczego dnia jest 48 foteli senatorskich dla PiS i tyleż dla Paktu Senackiego (co w połączeniu z rozkładem foteli „niezależnych” sugeruje brak większości partii rządzącej w tej izbie).

Dla innych najważniejszą liczbą dnia jest 235 mandatów poselskich PiS – tak samo co 4 lata temu (ale dzięki niezmiernie niskiej liczbie głosów „zmarnowanych” uzyskane przy poparciu o sześć punktów procentowych więcej).

Dla jeszcze innych najważniejszą liczbą dnia jest 49 mandatów dla komitetu Lewicy (w tym 6 dla przedstawicieli partii Razem), włącznie ze startującymi z list Koalicji Obywatelskiej oznacza to ponad 50 lewicowych posłanek i posłów w Sejmie.

Dla co poniektórych najważniejszą liczbą dnia jest liczba głosów, o którą wygrali lub przegrali mandat.

Dla mnie najważniejsza liczba dnia to 18.678.457. To liczba ważnych kart wyjętych z urn wyborczych (nieco ponad 200 tysięcy z nich stanowiło głosy nieważne). Daje to najwyższą od 1989 frekwencję wyborczą na poziomie 61,74%, udział w głosowaniu wzięło o 3 miliony wyborców więcej niż 4 lata temu.

Krajobrazy ekranowe

Kiedyś, dawno temu, w czasach przedinternetowych, niektóre filmy oglądało się także dlatego, że pokazywały piękne krajobrazy z różnych zakątków świata, do których człowiek nawet nie spodziewał się że kiedykolwiek dotrze, a nawet nie wiedział kiedy będzie okazja je zobaczyć w kolorze (albumy z pięknymi krajobrazami wciąż zachowują pewną popularność). Z tego wynikała choćby jakaś część popularności „Bondów”, bo agent 007 krążył po przeróżnych, zwykle uroczych, zakątkach świata (filmowanych przynajmniej częściowo na miejscu).

Dziś każdy prawie zakątek świata można sobie zobaczyć w licznych internetowych galeriach zdjęć, jeśli nie bezpośrednio w Google Street View – no i znacznie łatwiej przemierzyć pół świata (nie mówiąc o połowie Unii Europejskiej), żeby w takie zakątki świata dotrzeć. Większym problemem jest dzisiaj, jak wybrać te miejsca do oglądania, bo nawet na wirtualne podróże życia nie starczy. I tu okazuje się, że filmy (a także seriale) pozwalają wiele rzeczy obejrzeć „przy okazji”, a nadto można sobie wybierać coś do oglądania w taki sposób, żeby łączyć śledzenie fabuły z podziwianiem okolic.

Obejrzałem w ostatnich miesiącach dwa sezony serialu „Detektyw” (nawet o tym wspominałem) – pierwszy i trzeci (każdy jest zupełnie odrębny, więc nie było problemu ciągłości). Pierwszy dzieje się w mało uczęszczanej przez filmowców małomiasteczkowej Luizjanie, trzeci zaś w Arkansas, na kuszącej górskimi krajobrazami wyżynie Ozark (przyznam, że rozważałem kiedyś oglądanie serialu „Ozark” głównie po to, żeby przy okazji popatrzeć właśnie na tę krainę…) Sezon drugi – pomijając słabsze recenzje – to dla odmiany znacznie bardziej oklepana Kalifornia. Oczywiście, nie oznacza to że odrzucam oglądanie seriali rozgrywających się w Kalifornii. Byłem na przykład zauroczony widokami w „Wielkich kłamstewkach”, gdzie już w czołówce jesteśmy częstowani wysokimi brzegami okolic Monterey (o ileż one piękniejsze od plaż okolic LA).

Brytyjski serial „Durrellowie” zacząłem oglądać także po to, żeby przypomnieć sobie czarowne krajobrazy zwiedzanej kiedyś wyspy Korfu. „Paragraf 22” cieszył oko słonecznymi wybrzeżami Sardynii. Włączyłem dziś intrygujący serial „Owieczki boże” i zaraz po zakończeniu odcinka gorączkowo szukałem, skąd pochodziły widziane na ekranie krajobrazy (Nowa Południowa Walia). I tak sobie można zwiedzać zakątki świata na ekranie telewizyjnym… Czasem to nawet nie kwestia piękna, tylko możliwości wyobrażenia sobie, jak mogą wyglądać rozmaite miejsca, nawet znajdujące się nieopodal tych wielokrotnie widzianych.

Podobno coraz ładniej wypadają krajobrazy – prawdziwe lub fikcyjne – w grach komputerowych, ale tu jednak nie czuję się ekspertem (choć kiedyś, dawno temu, kiedy włączyłem nową grę wyścigową, to zachwycałem się realizmem – jak na tamte czasy – odtworzenia ulic Monaco).

Wiedeń robi rzeźbę

Wiedeń. Miasto pałaców, ogrodów i zdobionych kamienic (i wielu innych rzeczy, bo to miasto o dużej różnorodności). Gdy się tak spaceruje tu i tam, to można napotkać wiele ciekawych przejawów sztuki przestrzennej, przy których w zależności od preferencji można unieść brwi lub podrapać się głowę (bądź zrobić wiele innych rzeczy, bo co będziemy kogoś ograniczać.

Weźmy taki ogród przed dolnym Belwederem, wypełniony jeszcze w osiemnastym wieku marmurowymi piersiastymi sylwetkami. Idziesz sobie podziwiając kontrast bieli z intensywną zielenią żywopłotów, i nagle zadajesz sobie pytanie: co poeta… rzeźbiarz miał na myśli?

Wien Belvedere

Albo taki Schweizer Garten. Niby park jak każdy inny, a tu nagle coś na człowieka wyziera, i znajome się wydaje. Patrzysz raz, drugi – Frycek to czy jak? Znajdujesz tabliczkę informacyjną i faktycznie, tylko jakiś taki płaski i dziurawy, i coś mu koło głowy furga.

Wien Chopin

Albo jak się wybierzesz zobaczyć budynki ONZ… i przy okazji zwiedzasz Nowoczesną Dzielnicę ozdobioną Nowoczesnymi Rzeźbami. Oglądasz taką rzeźbę z lewej, z prawej, z tyłu, z przodu, nawet od dołu próbujesz (żeby od góry to trzeba by drona lub gościnności kogoś z wyższych pięter) – i nadal nie bardzo wiesz o co chodzi. Podchodzisz do tabliczki informacyjnej i dowiadujesz się że to rzeźba „Bez tytułu”.

Wien VIC 1
Wien VIC 2

A potem idziesz wstrząśnięty i lekko zmieszany ulicą, napotykasz kolejny błyszczący obiekt trójwymiarowy i odczuwasz wielką potrzebę trollingu przez odkręcenie takiej tabliczki „Bez Tytułu” i przykręcenie jej pod tym nieoznaczonym obiektem.

Wien Hydrant

Gdybyście chcieli zapytać, jak w Wiedniu robią masę, to może przy innej okazji (ale robią lepiej).

100 odcinków

Długo, bardzo długo omijałem serwisy pozwalające na oglądanie czegoś przez internet. Wróć: Netfliksa kiedyś nawet testowałem jak wszedł do Polski (w ramach darmowego miesiąca), ale zwinąłem się stwierdzając, że nie ma tam nic na tyle interesującego, żebym miał nad tym spędzać całe godziny (z Breaking Bad obejrzałem trzy czy cztery odcinki z początku i końca, z Orange Is The New Black jakieś cztery minuty…). Poza tym jestem staromodny i seriale lubię oglądać po odcinku, z przerwami, jak w telewizji – a nie maratonami.

Dopiero w maju stanąłem przed w zasadzie koniecznością – „Paragraf 22” był niestety dostępny wyłącznie w serwisie abonamentowym. Stwierdziłem, że może przy okazji zobaczę coś z pozycji bardziej lub mniej reklamowanych, i założyłem konto HBO GO (odnotowując przy okazji, że też dają pierwszy miesiąc za darmo). I tak sobie oglądałem, i oglądałem… Kiedy zbliżał się koniec pierwszego miesiąca, podliczyłem notatki i uznałem, że jak za tę ilość obejrzanych pozycji to wręcz nieuprzejmością byłoby czegoś nie zapłacić. I tak upłynął miesiąc pierwszy, i drugi, i…

Do końca trzeciego miesiąca jeszcze trochę zostało, ale dziś w notatkach pojawiła się znamienna liczba: 100 odcinków seriali obejrzanych od początku przygody z HBO GO (nie licząc powtórek, filmów i pozycji obejrzanych niezależnie przez innych domowych użytkowników…). Nawet tak pokombinowałem, że setnym odcinkiem był finał drugiego sezonu znakomitego Killing Eve z niesamowitą Jodie Comer. Na te 100 odcinków złożyło się w sumie 10 różnych seriali – Paragraf 22 i Killing Eve już wymieniałem, do tego dorzuciłem pierwszy sezon Westworld (nie zawiódł oczekiwań, choć wątpię czy będę kontynuował), dwa sezony Detektywa (pierwszy i trzeci), niesamowity Czarnobyl, dwa (z haczykiem) sezony cudownego Mr Robota, pierwszy sezon intrygujących Wielkich kłamstewek

Plan jest taki, że jeszcze z miesiąc pewnie dorzucę – mam zresztą cztery seriale do dokończenia i listę paru pozycji do spróbowania – ale we wrześniu zrobię sobie prawdopodobnie oddech, także dlatego, że na nowe sezony Mr Robota i Killing Eve trzeba będzie poczekać. Kto wie, może dam drugą szansę Netfliksowi (gdzie już miałem zrobioną listę propozycji)…

Straszny to złodziej czasu, ta telewizja… także w wersji internetowej.

Na hori

Dysząc szalenie, na szczyt się w końcu wydrapałem. Cała ekipa sprawdziła zapasy wody -byliśmy wszak najwyżej w połowie drogi – i jedynie słuszną myślą było: uzupełnić. Poszedłem więc do schroniska, stanąłem w kolejce, zacząłem rejestrować otaczającą rzeczywistość…

Szybko odnotowałem, że chłopak (przepraszam za familiarność, z wiekiem przychodzi że tak mówię o młodych, nawet jeśli mają obrączkę na palcu) za kontuarem mówi ze wschodnim akcentem (przechodziłem podobne rozważania jakiś czas temu w sklepie w mojej wiejskiej dzielnicy). Pomyślałem sobie: „wysoko dotarło łatanie dziur pracownikami z zagranicy”. Potem usłyszałem jak wydawalnia posiłków wywołuje klientów… a kiedy stanąłem blisko, to już się tylko zastanawiałem czy cała załoga schroniska jest z Ukrainy.

I wtedy myśli moje zaczęły płynąć w różnych kierunkach. Samo pytanie „jak się rekrutuje zagranicznych pracowników do pracy w górskich schroniskach” było w gruncie rzeczy banalne, niektórym może nie robić różnicy gdzie dokładnie będą pracować, tylko ile za ile. Potem zacząłem się zastanawiać, czy nocują „na miejscu” na górze – i wtedy jak wygląda ich życie poza pracą,  czy też mieszkają „na dole” – a wtedy czy mają w warunkach pracy wjazd i zjazd kolejką (chyba kosztowałoby to więcej niż sama ich praca…), czy też mają zapewniony wjazd/zjazd samochodem z dostawami, czy też muszą sobie radzić sami, 2h w górę, 1h w dół… (w sumie jeśli mieszkają na górze, to problem jest ten sam kiedy chcą zejść). Przeszło mi też przez głowę, czy zbieranie na halach jagód (sprzedawanych potem w schronisku za ciężkie pieniądze) mają w godzinach pracy, czy zbierają sobie ekstra i odsprzedają dzierżawcy schroniska. O zupełnie formalnych aspektach typu legalność i podstawa zatrudnienia oraz czas pracy już w ogóle nie wspomnę.

Nie pytałem ich o to oczywiście, bo ani ja miałem na to czas, ani oni, ani też moja to działka. To zadanie dla reportera raczej, żeby podpytać i opisać jak to wygląda, na tej górze bądź innych. W redakcjach pewnie nie ma na to chętnych, nawet redaktor Woś na takimi rzeczywistymi zagadnieniami ludzkiej pracy się raczej nie pochyli.

Mnie została myśl o tym jak bardzo tradycyjna jest kuchnia góralska, jeśli posiłki przygotowują zagraniczni pracownicy. Oraz na ile tradycyjny jest w schronisku nalewak prosecco.

Białystok

Nigdy nie byłem w Białymstoku – nie złożyło się, ode mnie to dość daleko i nie po drodze, podróże odbywałem w wielu innych kierunkach, miasto ponoć ładne. Znam stamtąd kilka osób, nie wnikając w szczegóły czy są tam od urodzenia, czy miały tam epizod dłuższy czy krótszy, są to – jak to się obecnie mówi – znajomości dobre (fakt, że gdyby dobrze nie rokowały, to by się nie rozwinęły).

Nie byłem w Białymstoku także i na wczorajszej paradzie równości, nawet starannie omijałem wszelkie relacje wizualne, opisów w social mediach w zupełności mi wystarczyło. Inni wystarczająco dobrze skomentowali lub skomentują za mnie nienawiść „protestujących”, łatwiej mi dzięki temu zapanować nad emocjami. Czytam jednak różne generalizujące wypowiedzi o Białymstoku i jego mieszkańcach… Białystok to miasto blisko trzystutysięczne, w wyborach europejskich uprawnionych do głosowania było 220 tysięcy. Z tych 220 tysięcy uprawnionych do wyborów poszła mniej więcej połowa, na nacjonalistów (naturalne zaplecze tego nienawistnego tłumu, choć rzecz jasna bez gwarancji że tylko takie) głosowało blisko 7 tysięcy, na ludzi przeciwnych takim zachowaniom – dobrze ponad 50 tysięcy.

Na Facebooku znajomej z Białegostoku znalazłem rano tekst nauczyciela z Pomorza, który napisał między innymi:
Ale mnie najbardziej zastanowiły ciche głosy mieszkańców Białegostoku, którzy mówią, że to przecież nie my wszyscy rzucaliśmy kamieniami w uczestników marszu. Nie my wszyscy pluliśmy. Nie my wszyscy kazaliśmy wypierdalać. Wielu z nas uczestniczyło w tym marszu.”
Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni to dla miasta to jak uważać, że krakowscy kibole są reprezentatywni dla Krakowa. Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni dla polskiego katolicyzmu, to jak uważać że ks. Paweł Kania jest reprezentatywny dla polskiego LGBT. Nie generalizujmy.

Autostrady są nudne

Autostrady są praktyczne i wygodne (o ile nie są akurat w remoncie) – ze dwa pasy, przyzwoity asfalt, bezkolizyjne skrzyżowania, po prostu nic tylko jechać by dojechać. Jednocześnie kiedy się nimi jedzie nie forsując tempa, to na tym przyzwoitym asfalcie jazda robi się zwyczajnie nudna, samochód połyka te kilometry w tempie dwóch na minutę, człowiek z nudów zaczyna bawić się tempem czy zmieniać pasy ruchu, bo zwyczajnie się robi senny. A jednocześnie czasem spogląda poza autostradę i widzi tam inne drogi, a jak jeszcze jedzie przez góry, to nawet sobie zaczyna wzdychać za jazdą taką wijącą się górską drogą (ja tak zwykle miewam mknąc przez włoskie Alpy w kierunku Adriatyku lub z powrotem).

Podobne odczucia mam na autostradzie Katowice-Kraków. O ile do Krakowa jakoś zwykle tak się składa, że się spieszę, o tyle z powrotem jadę raczej spokojnie – aż do znudzenia (dam sobie włosy uciąć, że już o tym pisałem). W efekcie przerobiłem już wiele dróg powrotnych omijających tę autostradę, byle mieć jakieś urozmaicenie (na niektóre kategorycznie nie chcę wracać, a przynajmniej do czasu jakiejś poważniejszej przebudowy).

Podobnie było i wczoraj. Już prawie byłem pewien, że będę wracać przez Olkusz (nie każdy wie że od Olkusza jest niewiele tylko gorsza dwupasmówka), ale traf chciał, że skręciłem w inną stronę i wyniosło mnie na A4 na południe od Krakowa. A że miałem ustawione w nawigacji „prowadź bez opłat”, to ściągnęło mnie z autostrady na węźle Bielany – i poprowadziło w nieznane. I tak jechałem sobie odkrywając nieznane zakamarki Małopolski: zalewy w Budzyniu, cudowny przejazd niezagospodarowanym grzbietem między Czułowem a Sanką, górski zjazd do Zalasu, przejazd przez lasy Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego, drewnianą dzwonnicę przy kościele w Tenczynku… Potem wyniosło mnie na autostradę na węźle Rudno (z ominięciem bramek) na kilkanaście kilometrów – po to, by nakazać opuszczenie jej na węźle Byczyna i stamtąd opłotkami Jaworzna i Mysłowic prowadzić do domu (zwłaszcza w Mysłowicach asfalt nie zachęcał do powtarzania tego rodzaju eksperymentu), przy okazji pozwalając wczuć się w mentalność janusza, który dla 20 złotych oszczędności będzie kombinować z drogą alternatywną.

Z węzła Bielany do domu jechałem półtorej godziny, autostradą pewnie mogłem zaoszczędzić z pół godziny (na bramkach wielkich kolejek nie było). Ale na czasie mi nie zależało, a radość na tych bocznych drogach była naprawdę duża. Ani przez moment się nie nudziłem (OK, może w tych fragmentach Mysłowic które już i tak dobrze znałem z zupełnie innych podróży).