Miley

Jednym z moich ulubionych zajęć jest zapewnianie transferu międzyserwisowego – jak znajdę coś ładnego na fejsie, to przenoszę na twittera, jak znajdę coś ładnego na twitterze, to przenoszę na fejsa; dzięki temu radość mam poniekąd podwójną. Kiedy znalazłem na twitterze okolicznościowy żart z fikcyjnym festiwalem muzycznym, nie wahałem się ani chwili – zwłaszcza że zanosiłem się śmiechem po przeczytaniu że jednym z fikcyjnych wykonawców będzie MILEY VIRUS.

miley virus

O sparodiowanej w ten sposób Miley Cyrus niewiele w sumie mogę powiedzieć (a nie robiłem riserczu, świadomie piszę z ulotnej pamięci). Kiedyś była chyba gwiazdą młodzieżowych programów Disneya (z jakimś Efronem albo bez), potem dorosła przynajmniej metrykalnie i zajęła się byciem znaną. Coś zapewne nagrywała i koncertowała (nie mam pojęcia, nie kojarzę żadnej piosenki, więc nawet nie powiem jakie mam zdanie na temat tego co i jak śpiewa), bardziej mi się zapamiętały plotki o skandalikach scenicznych, wskazujące na ratowanie statusu celebrytki w sposób dość rozpaczliwy raczej niż na robienie kariery jako wciąż młodej gwiazdy.

miley woody

Tym większym dla mnie zaskoczeniem było, kiedy ją zobaczyłem w serialu Woody’ego Allena „Kryzys w sześciu scenach”. Sam serial to takie trochę rozciągnięcie typowych grepsów Woody’ego z rozmiaru filmu do sześcioodcinkowego miniserialu komediowego osadzonego w latach 60-tych, w którym postać Miley – dość jednowymiarowa, jak w zasadzie wszystkie postacie serialu – stanowi spiritus movens (w fabułę nie będę wchodzić, jak kto ciekaw to na Amazon Prime obejrzy). Oprócz niej (i Woody’ego oczywiście) mamy cudownie sepleniącą Elaine May oraz w drugoplanowej roli przemykającą Rachel Brosnahan, czyli panią Maisel. Parę żartów naprawdę udanych, jak kto lubi Woody’ego to zapraszam, jak nie lubi – to na własną odpowiedzialność.

Krajobrazy ekranowe

Kiedyś, dawno temu, w czasach przedinternetowych, niektóre filmy oglądało się także dlatego, że pokazywały piękne krajobrazy z różnych zakątków świata, do których człowiek nawet nie spodziewał się że kiedykolwiek dotrze, a nawet nie wiedział kiedy będzie okazja je zobaczyć w kolorze (albumy z pięknymi krajobrazami wciąż zachowują pewną popularność). Z tego wynikała choćby jakaś część popularności „Bondów”, bo agent 007 krążył po przeróżnych, zwykle uroczych, zakątkach świata (filmowanych przynajmniej częściowo na miejscu).

Dziś każdy prawie zakątek świata można sobie zobaczyć w licznych internetowych galeriach zdjęć, jeśli nie bezpośrednio w Google Street View – no i znacznie łatwiej przemierzyć pół świata (nie mówiąc o połowie Unii Europejskiej), żeby w takie zakątki świata dotrzeć. Większym problemem jest dzisiaj, jak wybrać te miejsca do oglądania, bo nawet na wirtualne podróże życia nie starczy. I tu okazuje się, że filmy (a także seriale) pozwalają wiele rzeczy obejrzeć „przy okazji”, a nadto można sobie wybierać coś do oglądania w taki sposób, żeby łączyć śledzenie fabuły z podziwianiem okolic.

Obejrzałem w ostatnich miesiącach dwa sezony serialu „Detektyw” (nawet o tym wspominałem) – pierwszy i trzeci (każdy jest zupełnie odrębny, więc nie było problemu ciągłości). Pierwszy dzieje się w mało uczęszczanej przez filmowców małomiasteczkowej Luizjanie, trzeci zaś w Arkansas, na kuszącej górskimi krajobrazami wyżynie Ozark (przyznam, że rozważałem kiedyś oglądanie serialu „Ozark” głównie po to, żeby przy okazji popatrzeć właśnie na tę krainę…) Sezon drugi – pomijając słabsze recenzje – to dla odmiany znacznie bardziej oklepana Kalifornia. Oczywiście, nie oznacza to że odrzucam oglądanie seriali rozgrywających się w Kalifornii. Byłem na przykład zauroczony widokami w „Wielkich kłamstewkach”, gdzie już w czołówce jesteśmy częstowani wysokimi brzegami okolic Monterey (o ileż one piękniejsze od plaż okolic LA).

Brytyjski serial „Durrellowie” zacząłem oglądać także po to, żeby przypomnieć sobie czarowne krajobrazy zwiedzanej kiedyś wyspy Korfu. „Paragraf 22” cieszył oko słonecznymi wybrzeżami Sardynii. Włączyłem dziś intrygujący serial „Owieczki boże” i zaraz po zakończeniu odcinka gorączkowo szukałem, skąd pochodziły widziane na ekranie krajobrazy (Nowa Południowa Walia). I tak sobie można zwiedzać zakątki świata na ekranie telewizyjnym… Czasem to nawet nie kwestia piękna, tylko możliwości wyobrażenia sobie, jak mogą wyglądać rozmaite miejsca, nawet znajdujące się nieopodal tych wielokrotnie widzianych.

Podobno coraz ładniej wypadają krajobrazy – prawdziwe lub fikcyjne – w grach komputerowych, ale tu jednak nie czuję się ekspertem (choć kiedyś, dawno temu, kiedy włączyłem nową grę wyścigową, to zachwycałem się realizmem – jak na tamte czasy – odtworzenia ulic Monaco).

100 odcinków

Długo, bardzo długo omijałem serwisy pozwalające na oglądanie czegoś przez internet. Wróć: Netfliksa kiedyś nawet testowałem jak wszedł do Polski (w ramach darmowego miesiąca), ale zwinąłem się stwierdzając, że nie ma tam nic na tyle interesującego, żebym miał nad tym spędzać całe godziny (z Breaking Bad obejrzałem trzy czy cztery odcinki z początku i końca, z Orange Is The New Black jakieś cztery minuty…). Poza tym jestem staromodny i seriale lubię oglądać po odcinku, z przerwami, jak w telewizji – a nie maratonami.

Dopiero w maju stanąłem przed w zasadzie koniecznością – „Paragraf 22” był niestety dostępny wyłącznie w serwisie abonamentowym. Stwierdziłem, że może przy okazji zobaczę coś z pozycji bardziej lub mniej reklamowanych, i założyłem konto HBO GO (odnotowując przy okazji, że też dają pierwszy miesiąc za darmo). I tak sobie oglądałem, i oglądałem… Kiedy zbliżał się koniec pierwszego miesiąca, podliczyłem notatki i uznałem, że jak za tę ilość obejrzanych pozycji to wręcz nieuprzejmością byłoby czegoś nie zapłacić. I tak upłynął miesiąc pierwszy, i drugi, i…

Do końca trzeciego miesiąca jeszcze trochę zostało, ale dziś w notatkach pojawiła się znamienna liczba: 100 odcinków seriali obejrzanych od początku przygody z HBO GO (nie licząc powtórek, filmów i pozycji obejrzanych niezależnie przez innych domowych użytkowników…). Nawet tak pokombinowałem, że setnym odcinkiem był finał drugiego sezonu znakomitego Killing Eve z niesamowitą Jodie Comer. Na te 100 odcinków złożyło się w sumie 10 różnych seriali – Paragraf 22 i Killing Eve już wymieniałem, do tego dorzuciłem pierwszy sezon Westworld (nie zawiódł oczekiwań, choć wątpię czy będę kontynuował), dwa sezony Detektywa (pierwszy i trzeci), niesamowity Czarnobyl, dwa (z haczykiem) sezony cudownego Mr Robota, pierwszy sezon intrygujących Wielkich kłamstewek

Plan jest taki, że jeszcze z miesiąc pewnie dorzucę – mam zresztą cztery seriale do dokończenia i listę paru pozycji do spróbowania – ale we wrześniu zrobię sobie prawdopodobnie oddech, także dlatego, że na nowe sezony Mr Robota i Killing Eve trzeba będzie poczekać. Kto wie, może dam drugą szansę Netfliksowi (gdzie już miałem zrobioną listę propozycji)…

Straszny to złodziej czasu, ta telewizja… także w wersji internetowej.

Cztery godziny Yossariana

Cztery godziny Yossariana, jakie daje nam serial wyprodukowany przez Hulu (sześć odcinków circa po 40 minut), nazwijmy go dla pewnego uproszczenia serialem Clooneya (był jednym z reżyserów i producentów), to więcej niż sto minut Yossariana, jakie dawał nam film Nicholsa. Choć oczywiście mniej niż 42 rozdziały książki.

Piszę „Yossariana”, bo to nim książka stoi, chyba nie ma rozdziału w którym by nie wystąpił choćby przez moment. Serial też się głównie na nim opiera, nawet jeśli są dłuższe sceny pozbawione go (jak w książce). Niemniej wydaje się z perspektywy całości, że tych scen bez niego jest zwyczajnie za mało. Oczywiście, to pewna adaptacja (nieraz wręcz „na motywach”), więc pewne osoby, wątki czy sceny wypadają z uwagi na brak miejsca, nieprzystawalność do przyjętej koncepcji czy wręcz nieopowiadalność językiem filmowym (jak przedstawić Wintergreena?!?). Sceny i wątki najważniejsze są, choć przy jednym bałem się, że licentia poetica pójdzie za daleko, nie spoileruję przy jakim (choć uspokajam, że nie poszła). Jest więc Cathcart i Korn, Scheisskopf i Dreedle, Orr i Nately, Daneeka i Tappman (to że kogoś nie wymieniłem, nie oznacza automatycznie że ich nie ma, a to że wymieniłem – że są tacy sami jak w powieści). Jednocześnie z takiej czy innej potrzeby mamy sceny dopisane całkiem od nowa (Nichols w sumie też tak robił, patrz Milo w Rzymie), inne oczywiście nieco poprzerabiane (i u Clooneya, i u Nicholsa jest scena z awansowaniem Majora, u obu oczywiście zupełnie inaczej niż u Hellera).

Od wierności ważniejszy jest duch, a tego zasadniczo nie zabrakło. O ile jednak Nichols spróbował w pewien sposób odtworzyć strukturę powieści w duchu krępującego wszystko absurdu, o tyle w serialu przyjęto bardziej nutę opowieści o Elojach spędzających czas w słonecznej Italii – z przerażeniem przyjmujących te chwile, w których Morloki wojny wyciągają po nich swoje ręce. W pewnej chwili uświadamiamy sobie, że Yossarian zamiast od tego wszystkiego uciec, bardziej próbuje wojnę ograć na różne sposoby – aż po finał, który z jednej strony jest kreatywnym rozwinięciem motywów powieści, a z drugiej strony jest bardziej Yossariana porażką, niż zwycięstwem (i gryzie mnie, odkąd sobie to uświadomiłem).

Czy jestem zadowolony? Ogólnie tak, bo mieć cztery godziny znakomitego Yossariana to lepiej niż ich nie mieć. Mam jednak poczucie niewykorzystanej szansy – że starając się wykroić materiał na zaledwie sześć odcinków, zbyt wiele odrzucono; tytułowy Paragraf pojawia się bodaj tylko raz (oczywiście w najbardziej klasycznej wersji), nie ma choćby sceny kiedy opowiada o nim stara kobieta z apartamentu w Rzymie. Chronologiczne podejście do narracji powoduje, że nie ma już miejsca na powrót do serialu (retrospektywa zupełnie by się nie sprawdziła, nie w tej chwili), a jednocześnie zbyt wiele miejsca relatywnie zostawiono Clooneyowi (skądinąd znakomitemu). Długo się zastanawiałem, czy nie dałoby się tego konceptu ekranizacji podzielić na dwa mini-sezony po sześć odcinków, zamiast jednego sześcioodcinkowego – i poszerzyć o postaci, sceny i żarty, których zabrakło.

Czy polecam? Jak najbardziej. Bo to cztery godziny Yossariana, i każdy fan Paragrafu w niektórych momentach doskonale wie, co będzie dalej (choć w wielu innych będzie mniej lub bardziej zaskoczony). Nie jestem niestety w stanie skomentować z punktu widzenia nie-fana, serce nie jest w stanie się wyłączyć.

Odcinek kultu

Ludzie dzielą się na trzy grupy: tych, którzy tej książki nie czytali, tych którzy przeczytali i przeszli do następnej, oraz wyznawców. Ja należę do tej trzeciej grupy.

Od wczoraj jest dostępny na HBO GO (wiem, lokowanie produktu) serial nakręcony na podstawie Paragrafu 22 (ściślej: na razie są dostępne dwa odcinki). Obserwowałem wieści o jego produkcji z równie wielkim zainteresowaniem, co niepokojem – zepsuć łatwo, a nie ma nic gorszego niż zawiedzione oczekiwania. Co prawda George Clooney jako Scheisskopf zapowiadał się obiecująco…

Obejrzałem pierwszy odcinek, drugi zamierzam dziś wieczorem (należę do tych co sobie dawkują, a nie do tych którzy oglądają hurtem). Moje uczucia wyznawcy nie zostały urażone, nawet jeśli mruczę sobie pod nosem „to słowa Cargilla, a nie Cathcarta” – ważniejsze jest, jak zdania i motywy zostały wykorzystane. Widzę bowiem, że – przynajmniej na razie – twórcy starannie szyją z materiału powieściowego, tak aby w ciągu tych 4 godzin zmieścić jak najwięcej momentów, nie tracąc zasadniczego sensu tej opowieści. Dramat (i rutyna) wydarzeń wojennych tak się przeplata ze skocznymi nutkami orkiestry Glenna Millera, że cel zostaje osiągnięty. Raczej będę zadowolony, nawet jeśli nie pojawią się cytrynowe majtki Michaeli.

Wojny nie zawsze znaczą pieniądze

Zdradzę taki malutki sekret: spędzam nieraz sporo czasu na robieniu różnych dziwnych rzeczy w internecie, na przykład na flejmach o bógwico albo na zgłębianiu tematów, które przestaną mi być potrzebne po 5 minutach (ale może się przydadzą jeszcze raz za 5 lat). Kolejny sekret-niesekret jest taki, że część tego czasu poświęcam na tematy związane z Gwiezdnymi Wojnami, w aspekcie filmowym głównie.

Ostatnio – od nastania rządów Disneya w zasadzie – gorącym tematem jest rola Star Wars w najbardziej współczesnej popkulturze, w tym w wymiarze finansowym (a mówiąc językiem prostym – czy SW są nadal najlepszą marką filmową, czy przegoniły je komiksy filmowe Marvela). Niechętni Disneyowym SW twierdzą, że wyniki kasowe ostatnich filmów świadczą o upadku polityki Disneya. Ja zaś postanowiłem zgłębić – przynajmniej liczbowo – pewne trendy w przychodach z wyświetlania największych hitów.

W tym celu zagłębiłem się w dane dostępne w serwisie Box Office Mojo i przejrzałem wyniki w różnych krajach dla szeregu wybranych filmów, a konkretnie dla 10 największych hitów światowych (z wyłączeniem USA) ostatniej dekady, czyli akurat po wciąż rekordowym Avatarze; wyłączenie USA pozwala na lepsze wyłapanie trendów regionalnych, a ograniczenie się do okresu 2011-2019 (efektywnie) minimalizuje wpływ inflacji, poza porównaniem pozostają Avatar i Titanic (nr 1 i 2 światowych list). W tej dziesiątce mamy ostatniego Harry’ego Pottera, dwa filmy z serii Jurassic World, dwa z serii Szybcy i wściekli, „Przebudzenie Mocy” oraz cztery odcinki serii Avengers (włącznie z tym obecnym w kinach od tygodnia, co docelowo zmieni szczegółowe dane, ale trendy bardzo dobrze pokazuje już teraz). Tych 10 filmów zarobiło „na świecie” średnio ponad miliard dolarów każdy, najsłabszy 891 milionów (górna granica to na razie 1369 milionów, ale Avengers:Endgame ma już wcale niedaleko, choć czy dorówna dwóm miliardom Avatara to się okaże). Nie analizowałem wszystkich możliwych krajów, wybrałem kilka największych (dokładnie dwanaście plus Polskę), które łącznie na świecie przynoszą średnio 70% wpływów, trendy są reprezentatywne.

Największym rynkiem dla blockbusterów (poza USA oczywiście) są Chiny, średnio filmy z tej dziesiątki zarobiły tam ponad ćwierć miliarda dolarów każdy. Średnio – bo Przebudzenie Mocy nie wyrobiło nawet połowy tej kwoty, a Endgame zmierza śmiało do pół miliarda. Ba, wszystkie cztery filmy SW „od Disneya” z trudem uzbierały łącznie te ćwierć miliarda. Chińczykom najwyraźniej stylistyka Gwiezdnych Wojen nie pasuje, wolą co innego, średni udział Chińczyków w światowych przychodach z SW to zaledwie 10%. Jest to zresztą pogląd Azjatom dość wspólny, bo równie źle Star Wars wypadają w Korei (Południowej), nie mówiąc już o Indiach; dość, bo z kolei Japonia od Gwiezdnych Wojen bardziej lubiła tylko niemałego już czarodzieja. Entuzjazmu dla SW nie znajdziemy też w Ameryce Łacińskiej, Brazylijczycy i Meksykanie wyraźnie wolą „Marvele”. Zdecydowanie inaczej przedstawia się natomiast w Australii, nie mówiąc o Europie – dość powiedzieć, że w Wielkiej Brytanii (największy rynek po Chinach, choć o trzykrotnie niższych przychodach) Gwiezdne Wojny ogląda więcej widzów niż w Chinach (Rosja w tym zestawieniu lokuje się bliżej Azji niż Europy). Nawet w naszej wciąż nie za bogatej Polsce średni przychód z wyświetlania badanej dziesiątki to blisko 6 milionów dolarów, ale samo Przebudzenie Mocy przyniosło 16 milionów, Ostatni Jedi – 12, a Łotr Jeden – 8 (nawet ten biedny Solo przyniósł ponad 3 miliony, mniej więcej połowę tego co poprzedni Avengersi…).

Konkludując: trendy na świecie pokazują, że Disney nie ma co liczyć na rekordowe wyniki Star Wars na dwóch kontynentach (choć trochę próbował, widać to w wynikach Łotra Jeden), w związku z czym co mają te filmy zarobić na siebie – to muszą zarobić w USA, Europie, Japonii i Australii. W sumie cztery filmy zarobiły prawie 5 miliardów dolarów, i co z tego że jeden dwa miliardy a drugi niecałe 400 milionów. Najnowsze (ostatnie na jakąś chwilę) Gwiezdne Wojny już w grudniu… ile zarobią, tyle zarobią.

Wszystko już było?

Wybrałem się do kina. Na tyle pokombinowałem z porą, że widzów na sali (włącznie ze mną) można było liczyć na palcach, i jedna ręka wystarczała, można było zupełnie nie przejmować się miejscem wybranym sobie przy kasie (gdyby którykolwiek ze współwidzów jakkolwiek przeszkadzał). Ale w sumie to już kiedyś było (tu byłby link do starej notki, ale do starego bloga linkować nie chcę bo się link zepsuje, a archiwum jeszcze niegotowe), przejdźmy więc może do meritum.

Otóż poszedłem sobie na Marvela najnowszego, z marvelowych najmarvelowszego, gdyż nawet Marvela w tytule mającego: Kapitan Marvel. W kinach od względnie niedawna, więc jeśli ktoś cierpi na SPOILERofobię, to niech przestanie czytać do czasu obejrzenia lub zamilknie na wieki (powiedziałbym, że to już było, ale w naszych ceremoniach ślubnych takie rzeczy jednak nie występują).

No więc film jest superbohaterski. Oczywiście to już było, wszystkie filmy Marvela są o superbohaterach, jeden lepszy od drugiego, od czasu do czasu pojawia się w tych filmach kwestia który jest bardziej super od innych, w sumie już od czasów Supermana można się nad tym zastanawiać. Na całe szczęście dostajemy też bardziej ludzkie kawałki niż superbohaterskie (te superbohaterskie są zwykle najbardziej widowiskowe), ogólnie wyważenie jest całkiem niezłe. Bardzo przyjemnie się oglądało klimat lat 90., aż sobie uświadomiłem że wcześniej z podobną nostalgią oglądałem filmy dziejące się w latach 80…70… lat 60 i wcześniejszych oczywiście nie jestem w stanie pamiętać, ale zwykle ogląda się dobrze. W tych najbardziej „ludzkich” scenach też towarzyszyło mi uczucie, że już to kiedyś widziałem. Kiedy superbohaterka toczy swoją kluczową walkę, przeciwnik mówi do niej imieniem przez siebie nadanym, i zaraz wyskakuje przed oczy niezapomniany Matrix i „my name is Neo”; bohaterka upada, ale się podnosi bo duch jest silniejszy od ciała, jak Kapitan Ameryka (zanim został superbohaterem), jak Rocky, jak wielu bohaterów podkreślających że ludzka wiara w siebie góry przenosi.

Film jest ogólnie bardzo sympatyczny, Samuel L. Jackson na swoim poziomie, Ben Mendelsohn czarował zwłaszcza głosem (dubbing odebrałby tę drobną przyjemność), pobrzękiwały najntisowe kawałki, spodziewana dawka marvelowskiego poczucia humoru. Wizualnie w porządku, nawet jeśli nie było Scen Na Które Koniecznie Trzeba Do Kina, momentami było tak przesadzone jak przesadzony jest superbohater(ka). O Brie Larson mówią że grała jedną miną, bo i scenariusz jej zbytnio na inne nie pozwalał, w sumie jak Keanu Reeves w Matriksie, mówiłem że wszystko było.  Nie powiem tylko czy była już „kobieca” perspektywa w patrzeniu na kino superbohaterskie… bo nie widziałem Wonder Woman.