Wszystkich Świętych to moment refleksji. Także nad tym, że przy cmentarzach widuje się samochody z mniej i bardziej odległych stron, kiedy ludzie odwiedzają rodziny; ja wprawdzie nabijam zwykle wtedy kilometry jeżdżąc od miasta do miasta, ale to wszystko jednak w obrębie parudziesięciu kilometrów. Cóż, rodziny bywają czasem rozległe, odległe i zakręcone…
Więc pradziadek S., po którym noszę nazwisko. Urodził się na Żmudzi w polskiej rodzinie szlacheckiej, posiadającej mająteczek ziemski, lecz nie bardzo duży, zwłaszcza przy kilkorgu dzieci. Wyuczył się na buchaltera, znalazł pracę w majątku ziemskim na Zadnieprzu. Ożenił się z córką właścicieli majątku, ale po ich rychłej śmierci znalazł nową pracę w innym okraju Imperium, na moje szczęście w Priwislu, a nie na Kaukazie. Historia rozdzielała go z rodziną, na groby rodziców pojechał po normalizacji stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą.
Więc prababcia W. z Galicji przy granicy z Kongresówką, o której wiadomo tyle, że jej nazwisko rodowe zachęcało do, he, he, seksu. Może dlatego urodziła pradziadkowi J. dziewiątkę dzieci i umarła mając lat 55, nie doczekawszy wnuków z mojej linii rodzinnej.
Więc pradziadek T., o którym wiem tyle, ile jego syn malarz napisał do swoich akt personalnych. Murarz z chłopskiej rodziny, nawet nie wiadomo gdzie pochowany, bo podczas I wojny światowej umarł na tyfus i leży w jakimś wspólnym grobie, nie wiem czy na froncie, w obozie czy jeszcze inaczej.
Więc prababcia A., z rodziny o pospolitym polskim nazwisku. Wątły przekaz rodzinny głosi, że pracowała jako służąca. Jedyny pewnik to akt ślubu z F. i trójka synów urodzonych na okrajach Lasów Janowskich, w tym jeden który po wojnie powrócił od Andersa.
Więc pradziadek J., z rodziny małomiasteczkowych organistów znad Sanu. Jego córka musiała aż na białoruskie Polesie wyjechać do pracy w szkole, żeby spotkać swojego męża pochodzącego ze wsi raptem 30 km odległej od jej miejsca urodzenia. Zmarł pod koniec wojny, ale raczej śmiercią emeryta.
Więc prababcia A., z ruskiej rodziny szlacheckiej (nazwisko jej rodziny występuje w carskich wykazach szlachty). W wieku 18 lat wyszła za mąż, urodziła syna, po czym następnego 10 lat później urodziła już drugiemu mężowi, Polakowi-buchalterowi, za którym przeprowadziła się na ówczesne pogranicze rosyjsko-pruskie. Wiosną 1914 roku pojechała z synem w odwiedziny na rodzinne Zadnieprze i wrócili do Polski po 10 latach. Mieszkańcy rodzinnego majątku wstawili się za nią i synem, ratując ich przed rozstrzelaniem, jej starsza siostra miała mniej szczęścia.
Więc pradziadek F., z rodziny o niemiecko brzmiącym nazwisku, choć nic nie wskazuje na kolonistę na Lubelszczyźnie. Oprócz tego, że się ożenił z A. i spłodził synów, wiadomo o nim tylko tyle, że miał siostrę, która utrzymywała przynajmniej jednego z jego synów podczas nauki szkolnej.
Więc prababcia M., o której rodzinny przekaz niesie że popełniła mezalians z T. i zamieszkała z nim na wsi w dawnym księstwie siewierskim. Po jego śmierci przeprowadziła się z piątką małoletnich dzieci z powrotem do nieodległego rodzinnego miasta i tam jakoś przetrwała (tak, dzieci szły do pracy).
Dwoje odwiedziłem, do dwojga mi za daleko. Groby czworga nawet nie wiem czy istnieją.