Iranki

Nie wiem jak się rozwinie trwająca w Iranie fala protestów, czy doprowadzi do upadku reżimu ajatollahów, czy skończy się jak kilka przed nimi. Nie wiem, czy uczestnicy tych protestów mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, w Iranie lub poza nim. Wiem jedno: mają swój moment wolności (jak pisał wieszcz, „Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”).

Media obiegły fotografie, jak Iranki zapalają papierosy od płonących zdjęć ajatollaha. Jedno szczególnie tkwi mi w pamięci: nie dlatego, że płomień na nim wielki, nie dlatego, że kobieta urodziwa, ale bije z niego wspaniała siła, umiejętnie dawkowana pogarda łączy się z poczuciem stylu, iście paryski chic. Zdjęcie zostanie ikoniczne niezależnie od tego co tę kobietę spotka w życiu (a temat dalszych losów bohaterów takich zdjęć bywa smutny).

Nie znam autora zdjęcia (jak poznam to dopiszę), ale prawdopodobnie udało mu się uchwycić XXI-wieczną wolność wiodącą lud na barykady.

filmy niemądre a wesołe

Lubię oglądać filmy. Nie uważam się przy tym za kinomana ani znawcę, część filmów odrzucam na dzień dobry, choćby były uważane za wybitne (Brutalista, Anora, patrzę na was), ze względów przeróżnych, generalnie wolę żeby oglądanie sprawiało mi przyjemność raczej niż przygnębiało, brakami kulturowymi przestałem się przejmować dawno temu. Na dodatek prowadzę sobie notatki co oglądałem (odnotowanie obejrzenia niekoniecznie oznacza że cokolwiek zapamiętałem, ostatnio się tak złapałem przy najnowszym Gliniarzu z Beverly Hills, byłem przekonany że nie widziałem dopóki nie włączyłem), zeszły rok podsumowałem 111 filmami obejrzanymi po raz pierwszy…

Stary rok kończyłem filmowo (niekoniecznie w wieczór sylwestrowy) filmem ze specyficznego gatunku, nietrudnego do odgadnięcia po tytule „Rekiny w Sekwanie”; jeśli zastanawiacie się, czy bliżej mu do „Szczęk” czy do „Sharknado” – cóż, najlepsza odpowiedź to chyba pierwszy „Meg”, czyli film nie udający niepoważnego, ale jednocześnie będący w swojej udawanej powadze formą kpiny z Walki z Potworem. Tu drwina skierowana była zarówno pod adresem niemądrych aktywistów, jak i usual suspects, czyli establishmentu próbującego problem zamiatać pod dywan; sami się domyślicie jak tytuł fantastycznie współgra z rozgrywanymi podczas filmu Zawodami Triathlonowymi W Sekwanie (jeżeli pamiętacie paryskie igrzyska olimpijskie, to tam również takie się odbywały)… O ile jednak duża część filmu biegła w sposób znakomicie przewidywalny, o tyle finał wprawił mnie w stan bliski ekstazy, jeśli rekinie jatki Wam nie przeszkadzają, to sprawdźcie sami dlaczego…

Nowy rok zacząłem zaś od innego gatunku, czyli filmu zatytułowanego „Wybuchowa para”, w którym Tomkruz gra swoją odwieczną rolę Biegającego Superagenta (film jest sprzed 15 lat, więc nawet nie wyglądało to niewiarygodnie), a Cameron Diaz – przypadkowej towarzyszki podróży. Film jest w tonie komediowym, więc tym łatwiej zawieszać niewiarę – z wyjątkiem jednego drobiazgu: otóż mikromotywem jest podróż samochodem gdzie oczy poniosą, aż na Przylądek Horn. I tu, nie powiem, zastrzygłem uszami i uniosłem brwi, bo w odróżnieniu od producentów orientowałem się, że Przylądek Horn leży na wyspie, i to nie tuż obok stałego lądu; gdyby chcieć tym samochodem gnać póki droga prowadzi, to można dotrzeć do Cieśniny Magellana, a po przedostaniu się przez nią promem nawet do Ushuaia nad Kanałem Beagle, ale do Hornu to jeszcze sto pięćdziesiąt kilometrów przez morze i bezdroże…

Niemniej skończyłem nieźle, zacząłem nieźle, niech się dalej dobrze ogląda.

pradziadkowie

Wszystkich Świętych to moment refleksji. Także nad tym, że przy cmentarzach widuje się samochody z mniej i bardziej odległych stron, kiedy ludzie odwiedzają rodziny; ja wprawdzie nabijam zwykle wtedy kilometry jeżdżąc od miasta do miasta, ale to wszystko jednak w obrębie parudziesięciu kilometrów. Cóż, rodziny bywają czasem rozległe, odległe i zakręcone…

Więc pradziadek S., po którym noszę nazwisko. Urodził się na Żmudzi w polskiej rodzinie szlacheckiej, posiadającej mająteczek ziemski, lecz nie bardzo duży, zwłaszcza przy kilkorgu dzieci. Wyuczył się na buchaltera, znalazł pracę w majątku ziemskim na Zadnieprzu. Ożenił się z córką właścicieli majątku, ale po ich rychłej śmierci znalazł nową pracę w innym okraju Imperium, na moje szczęście w Priwislu, a nie na Kaukazie. Historia rozdzielała go z rodziną, na groby rodziców pojechał po normalizacji stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą.

Więc prababcia W. z Galicji przy granicy z Kongresówką, o której wiadomo tyle, że jej nazwisko rodowe zachęcało do, he, he, seksu. Może dlatego urodziła pradziadkowi J. dziewiątkę dzieci i umarła mając lat 55, nie doczekawszy wnuków z mojej linii rodzinnej.

Więc pradziadek T., o którym wiem tyle, ile jego syn malarz napisał do swoich akt personalnych. Murarz z chłopskiej rodziny, nawet nie wiadomo gdzie pochowany, bo podczas I wojny światowej umarł na tyfus i leży w jakimś wspólnym grobie, nie wiem czy na froncie, w obozie czy jeszcze inaczej.

Więc prababcia A., z rodziny o pospolitym polskim nazwisku. Wątły przekaz rodzinny głosi, że pracowała jako służąca. Jedyny pewnik to akt ślubu z F. i trójka synów urodzonych na okrajach Lasów Janowskich, w tym jeden który po wojnie powrócił od Andersa.

Więc pradziadek J., z rodziny małomiasteczkowych organistów znad Sanu. Jego córka musiała aż na białoruskie Polesie wyjechać do pracy w szkole, żeby spotkać swojego męża pochodzącego ze wsi raptem 30 km odległej od jej miejsca urodzenia. Zmarł pod koniec wojny, ale raczej śmiercią emeryta.

Więc prababcia A., z ruskiej rodziny szlacheckiej (nazwisko jej rodziny występuje w carskich wykazach szlachty). W wieku 18 lat wyszła za mąż, urodziła syna, po czym następnego 10 lat później urodziła już drugiemu mężowi, Polakowi-buchalterowi, za którym przeprowadziła się na ówczesne pogranicze rosyjsko-pruskie. Wiosną 1914 roku pojechała z synem w odwiedziny na rodzinne Zadnieprze i wrócili do Polski po 10 latach. Mieszkańcy rodzinnego majątku wstawili się za nią i synem, ratując ich przed rozstrzelaniem, jej starsza siostra miała mniej szczęścia.

Więc pradziadek F., z rodziny o niemiecko brzmiącym nazwisku, choć nic nie wskazuje na kolonistę na Lubelszczyźnie. Oprócz tego, że się ożenił z A. i spłodził synów, wiadomo o nim tylko tyle, że miał siostrę, która utrzymywała przynajmniej jednego z jego synów podczas nauki szkolnej.

Więc prababcia M., o której rodzinny przekaz niesie że popełniła mezalians z T. i zamieszkała z nim na wsi w dawnym księstwie siewierskim. Po jego śmierci przeprowadziła się z piątką małoletnich dzieci z powrotem do nieodległego rodzinnego miasta i tam jakoś przetrwała (tak, dzieci szły do pracy).

Dwoje odwiedziłem, do dwojga mi za daleko. Groby czworga nawet nie wiem czy istnieją.

barażyk

Przyznam szczerze, że eliminacje do przyszłorocznych zamorskich mistrzostw świata w piłce nożnej wzbudziły we mnie bardzo umiarkowane zainteresowanie – czy to z racji tego, że się zestarzałem i futbol nie budzi już we mnie takich namiętności jak kiedyś, czy z racji tego, że wcześniejsze wyczyny reprezentacji przysparzały emocji jak u dentysty, czy może wreszcie z racji tego, że lokalizacja (przynajmniej częściowo) w dzikim obecnie kraju oraz dość poroniony format nie budzą entuzjazmu dla samego turnieju.

W każdym razie, przetłukliśmy fazę grupową nawet bez większego wstydu, zajęliśmy dumnie znakomite drugie miejsce i z tegoż drugiego miejsca gramy w barażach (w sumie jak cztery lata temu). Z racji znakomitości (niedoskonałej) naszego drugiego miejsca w losowaniu byliśmy rozstawieni na tyle, że w pierwszym meczu mieliśmy zagwarantowany mecz na własnym stadionie. I oto w efekcie losowania 26 marca 2025 roku zagramy – może w Chorzowie, może w Warszawie – z Albanią, a jeśli* wygramy, to 31 marca 2025 roku o awans na mundial zagramy z Ukrainą lub Szwecją.

W tym miejscu przyznaję się do malutkiej ignorancji – mianowicie pozostawałem w nieuzasadnionym przekonaniu, że drużyna z wyższym rozstawieniem w losowaniu będzie w drugim meczu gospodarzem (byłoby to zresztą logiczne, prawda?), ale właśnie się wyprowadziłem z błędu – gospodarz drugiego meczu był losowany i będzie nim (w naszym przypadku) zwycięzca meczu Ukraina-Szwecja. W każdym razie, odkąd zerknąłem na format baraży (jeszcze bez wgłębiania się), dręczyła mnie myśl: jak w FIFA wyobrażają sobie organizowanie meczu międzynarodowego w ciągu kilku dni, skoro w czwartek wieczorem będzie wiadomo gdzie mecz powinien się odbyć, a w najbliższy wtorek stadion powinien być gotowy na przyjęcie piłkarzy, sędziów i kibiców….?

Otóż rozwiązanie jest zgoła genialne: obaj potencjalni gospodarze rozegrają u siebie mecz tego dnia. Ci szczęśliwsi baraż, ci mniej szczęśliwi mecz towarzyski z drugimi mniej szczęśliwymi (PDF).

A zatem użyta dwa akapity wyżej *gwiazdka prowadzi do następującego sprecyzowania: niezależnie od tego czy wygramy z Albanią, 31 marca 2026 roku zagramy z Ukrainą lub Szwecją (ze Szwecją w Sztokholmie, w przypadku Ukrainy trudno nawet zgadywać gdzie właściwie) – baraż o awans do mistrzostw świata lub, well, barażyk o honor.

leniwa listopadowa niedziela

Wstałem o 9.11. Słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie rozświetlając świat…

Tego dnia słońce wzeszło o 6.36, zachodzić miało o 16.23. Dzień miał więc trwać 9 godzin i 47 minut (587 minut). Skoro wstałem o 9.11, czyli 2 godziny 35 minut (inaczej: 155 minut) po wschodzie słońca, to znaczy że przespałem 26,4% czasu, kiedy słońce było na niebie. Czyli ponad jedną czwartą dnia. Czy w takiej sytuacji wypadałoby mi narzekać na to, że dzień jest zbyt krótki?

W dyskusji nad tym, jaki powinniśmy mieć czas, niebagatelną rolę odgrywa bowiem „wojenka” między „skowronkami” a „sowami” – ci pierwsi wstają wcześnie i dzień mają dłuższy, ci drudzy wolą siedzieć do późna, a „siódma rano to dla mnie noc”. Ci drudzy są też nieporównywalnie głośniejsi w nawoływaniach, że dzień „ma być dłuższy” (czyli powinniśmy mieć na stałe czas letni), bo „nie mają kiedy zażyć słońca” (oczywiście nigdy też nie dostrzegają, że za sprawą czasu letniego wstają o tę godzinę wcześniej, co mogliby zrobić dokładnie tak samo w czasie zimowym, tylko wolą „spać rano”)…

Ostatnie trzy godziny niedzielnego dnia (światła, gdyby ktoś miał wątpliwości) spędziłem na powietrzu. Pewnie mógłbym dłużej, gdyby….

Chopin w Excelu

W zeszłym miesiącu odbył się tradycyjny copięcioletni konkurs Chopinowski, nie pisałem o nim, bo po pierwsze nie śledziłem praktycznie (posłuchałem ledwo co paru koncertów w finale), a po drugie żaden ze mnie meloman, nie mówiąc o o znawcy. Obserwowałem jedynie reakcje, i co tu dużo ukrywać, jakoś wyniki nie zachwyciły publiki (i nie chodzi tu o pianistyczny patriotyzm, bo nikt nie oczekiwał cudów po występujących w konkursie polskich pianistach, Zimermanami ani Blecharzami to oni nie byli).

W dyskusjach pojawiały się rozmaite wątki, od teorii spiskowych pt. „kto kogo wyciął”, przez kwestionowanie kompetencji jurorów (a tam połowa to laureaci i finaliści z wcześniejszych edycji), po narzekanie na wadliwy system. Na tym ostatnim się skupię (nie oceniając czy wadliwy), bo to mieści się w granicach moich kompetencji. System był mianowicie czysto matematyczny, grono 17 jurorów (w tym pięcioro Polaków) oceniało każdy występ w skali od 25 („doskonały”) do 1** („słoń nadepnął na ucho i palce”), jeżeli któryś z jurorów uczył danego pianistę w ciągu ostatnich kilku lat lub miał z nim inny związek wpływający na możliwość bezstronnej oceny, to był z oceny wyłączony. Z zebranych not wyciągano średnią, a potem sprawdzano, czy noty poszczególnych jurorów nie odstawały za bardzo od tej średniej – i jeśli odstawały, to następowała „korekta” (coś jak odrzucanie najwyższych i najniższych not w skokach narciarskich czy łyżwiarstwie figurowym, tylko trochę inaczej). Na przykład grający jako pierwszy w pierwszym etapie Piotr Alexewicz miał „czystą średnią 20,88 pkt (przedział „bardzo dobry”), ale od Garricka Ohlssona dostał tylko 15 pkt („średni”), za to od innego Amerykanina Rinka 24 pkt („wyjątkowy”) – więc nota Ohlssona została regulaminowo podwyższona do 17,88 (średnia minus 3), a Rinka obniżona do 23,88 (średnia plus trzy), w kolejnych etapach korekta była do średniej plus minus dwa punkty, ostatecznie wyliczano średnią ze skorygowanych not.

Ostatecznie zatem decydowała najczystsza* matematyka – liczyły się skorygowane średnie z poszczególnych etapów (przy czym etap II był ważniejszy od I, a etap III i finał od etapu II). Po I etapie prowadził Kanadyjczyk Kevin Chen, późniejszy zwycięzca Eric Lu był dopiero siódmy (ale, jak było wspomniane dopiero co, etap I to ledwie taka rozgrzewka była). W etapie II wyraźnie najlepszy był Lu przed Chenem, i taka też była kolejność łączna. W etapie III ponownie błysnął Lu, powiększając przewagę nad Chenem (trzeci w etapie, za Chinką Zitong Wang, która swoim występem awansowała z połowy drugiej dziesiątki na trzeciej miejsce łącznie). W finale znowu najlepszy był Kevin Chen, ale minimalnie przed Ericem Lu i nie nadrobił do niego wcześniejszej straty, Wang utrzymała swoje trzecie miejsce, za to finałową szarżą (jeżeli taka sportowa terminologia to nie przesada) i trzecim wynikiem w finale Piotr Alexewicz wybił się do grona laureatów (5 miejsce ex aequo) pomimo że do finału wszedł o włos z ostatniego miejsca ex aequo. Ostatecznie Eric Lu miał łączną notę 22,43 pkt, Kevin Chen 22,15, Zitong Wang 21,45, a Piotr Alexewicz 21,03*.

Czy jurorzy oceniali dobrze, czy źle, czy miejsca w konkursie powinny być rozdawane w oparciu o cyferki w Excelu – nie mnie oceniać. Porównywać cyferki akurat umiem, więc tym się bawię.

*(tu można zadać pytanie, czemu przyznano mu 5 miejsce ex aequo z Malezyjczykiem Ongiem, który miał tylko 21,01, matematycznie to trochę skandal)

**noty niższej niż 8 nie widziałem

czas lokalny, czas…

Dziś ostatni dzień czasu letniego, od kilku dni tradycyjnie narasta awanturka o to czy zmieniać czas, a jeżeli to na jaki – pisałem już na ten temat tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego wolę się dzisiaj skupić na tym skąd właściwie się wziął problem, i wbrew pozorom nie chodzi mi o motywacje do wprowadzenia zmiany czasu, tylko o to jak doszło do tego, że „rządzi” nami zegar.

Pisałem już, że ustalenie godzinowego podziału dnia ma oczywiście funkcję porządkującą, i że problemem jest, że przyzwyczailiśmy się do tego, że określona godzina kojarzy nam się z porą na konkretne czynności – czy będzie to otwieranie sklepów o 6 rano, rozpoczynanie lekcji o 8 rano, niedzielny obiad w południe, popołudniowa herbatka o 5, wieczorny serwis informacyjny w telewizji o 19.30, cokolwiek. Nawyk powoduje, że trzymamy się tych godzin bez względu na to czy jest ciemno, czy jasno (OK, obiad w południe zawsze będzie po jasnemu) i nie chcemy tego zmieniać – prostsze wydaje się nam, że od jutra dodamy czy odejmiemy godzinę i będziemy udawali że wszystko nie jest wcale o zmienionych godzinach.

W istocie cały problem ma charakter cywilizacyjny. 250 lat temu nie istniał w ogóle, każde miasteczko żyło według swojego lokalnego czasu słonecznego; jedynie marynarze mieli na statkach zegar nastawiony według czasu „domowego”, dzięki czemu mieli punkt odniesienia pozwalający im na ustalenie ich aktualnej długości geograficznej. Dopiero kiedy w XIX wieku ruszył rozwój kolei, to szybko różnice pomiędzy czasem lokalnym w poszczególnych miasteczkach (w samej Anglii mogły wynosić po kilkanaście minut) stały się istotne, bo jak ma wyglądać rozkład jazdy, jeżeli między Norwich a Londynem czas lokalny różni się o 10 minut? I tak oto w 1840 roku spółka The Great Western Railway podjęła kluczową decyzję: w swoich rozkładach zaczęła używać wyłącznie średniego czasu Greenwich (GMT), i taki czas pokazywały zegary na „jej” stacjach. Za jej przykładem poszły inne spółki kolejowe, i w ciągu 15 lat 98% miejscowości dostosowało się do „czasu kolejowego” (w wielu miejscowościach zegary miewały dwie wskazówki „minutowe”, jedna pokazywała czas lokalny a druga kolejowy), a w 1880 cała Anglia przyjęła oficjalnie jednolity czas. A w 1884 roku średni czas Greenwich został przyjęty jako punkt odniesienia dla całego świata (choć oczywiście określenie strefy czasowej jest już wewnętrzną sprawą każdego kraju). A jeszcze potem zglobalizowaliśmy się i uważamy, że skoro piłkarska Liga Mistrzów ma zapisane, że mecz zaczyna się o 20.45 („naszego” czasu, czyli obowiązującego od Vigo w hiszpańskiej Galicji do Przemyśla w „naszej” Galicji), to jest to święte – pomimo że z uwagi na rozpiętość geograficzną w Portugalii jest wtedy 19.45, w Stambule 21.45, a w Baku czy Ałmaty i tak gra się o 18.45 (tam wtedy jest odpowiednio 20.45 i 21.45).

Wracając na nasze podwórko – jeżeli zrezygnujemy ze zmiany czasu i nie zdecydujemy się na lokalne zmiany harmonogramu dnia, to może warto kompromisowo rozważyć zamiast wyboru między czasem „szczecińskim” (zimowy) a „kijowskim” (letni) przyjęcie czasu „lubelskiego” (GMT plus 1 godzina i 30 minut), „krakowskiego” (GMT plus 1 godzina i 20 minut) lub „gdańskiego” (GMT plus godzina i 15 minut). Strefy czasowe „plus 30 minut” funkcjonują w wielu krajach, „plus 20” póki co chyba w żadnym (ale „plus 45 minut” już jak najbardziej), tyle że pewnie nie będzie nam się podobało sprawdzanie różnic czasowych między krajami. Przypominam, że im większy „plus”, tym później rano będzie jasno na zachodzie kraju, co zimą zrobi różnicę przy zaczynaniu pracy/szkoły

PS w dyskusji ktoś rzucił pomysł, żeby w lecie stosować czas „zimowy plus 2h” (GMT +3) – wtedy wschód słońca byłby bliżej 6, za to zachód słońca o 22 czy 23. Well, myślę sobie – czy wtedy inne pory roku powinny być gorsze? Zróbmy czas zimowy, wiosenny, letni i jesienny!

dwa miejsca

W pierwszym miejscu zamordowano setki cywilów. Zamordowano ich tylko za to, że byli, kim byli – kimś, kogo mordercy chcieli wyeliminować z tego świata.

W drugim miejscu toczyła się bitwa, prowadzona pomiędzy tysiącami cywilów. Bitwa doprowadziła do zniszczenia 70% domów i kosztowała życie kilkudziesięciu tysięcy cywilów, przy znacznie mniejszej liczbie zabitych żołnierzy.

Niektórzy dziś mówią, że śmierć dziesiątek tysięcy cywilów w bitwie to większa zbrodnia niż zamordowanie setek z premedytacją. Kult liczb, sądzę.

To drugie miejsce to Wrocław, oblegany w I połowie 1945 roku przez Armię Czerwoną i broniony przez Niemców „do końca”, czyli do maja (skapitulował w przeddzień kapitulacji III Rzeszy).

To pierwsze miejsce to Palmiry.

Amanda

Ma 23 lata, jest Amerykanką, której rodzice wyemigrowali z Rosji pod koniec ubiegłego stulecia. Jako nastolatka wygrała zawodowy turniej w Bogocie i zagrała w półfinale Roland Garros, później kręciła się w zawodowym tourze bez większych sukcesów, aż ogłosiła przerwę z powodu wypalenia i obawy o zdrowie psychiczne. Wróciła w zeszłym roku z nową siłą, osiągnęła pierwszy w życiu finał turnieju najwyższej rangi (w Toronto), na początku tego roku wygrała w Katarze…

Na Wimbledonie miała turniej życia. Była rozstawiona z numerem 13, w pierwszej rundzie zmiażdżyła rywalkę „rowerkiem”, w półfinale odprawiła liderkę światowego rankingu Sabalenkę. Finał Wimbledonu dawał jej pierwszy w życiu awans do Top10 światowego rankingu.

Fakt, w finale czekała zawodniczka, która nigdy w zawodowej karierze nie przegrała finału wielkoszlemowego, przełamać prawo serii to dodatkowe obciążenie dla debiutantki na takim poziomie. Amanda Anisimova nie udźwignęła ciężaru, została rozbita do zera (nie ugrała ani gema), zdarza się. Chwała zwyciężonym, bez nich nie ma zwycięzców.

PS IGA ŚWIĄTEK MISTRZYNIĄ WIMBLEDONU 2025

13 procent F1

Po premierze znakomitego serialu „Kompania braci” jego główny bohater major Winters powiedział, że liczył na 80% autentyczności. Producent Tom Hanks odpowiedział mu, że w Hollywood uważa się twórców za geniuszy, jeśli osiągną 12% autentyczności, a producenci serialu celowali w 17%.

Na ekranach kin jest film F1. Wiadomo, że producenci robili co mogli, żeby zapewnić widzom wrażenie autentyczności – zdjęcia kręcono podczas weekendów Grand Prix (włącznie ze stworzeniem w padoku siedziby fikcyjnego zespołu), pomiędzy prawdziwymi kierowcami i członkami zespołów, z kamerami umieszczonymi na bolidach rzeczywiście startujących w wyścigach. Wielu kierowców przewija się na ekranie, szefowie zespołów mają nawet mówione rólki (Guenter Steiner nie, gdybyście na to właśnie liczyli), niektóre zespoły udostępniły swoje siedziby. W scenach wyścigowych czuć szybkość, cała otoczka pokazana z rozmachem…

A jednocześnie fani F1 czują się jak major Winters. Nie wiem na ile czuje to przeciętny widz netfliksowego Drive to Survive, ale fani mają do wyboru uśmiechać się z politowaniem, lub śmiać się do rozpuku. Pokazana „droga sportowa” słusznie została określona w filmie jako wymagająca cudu, a cuda, jak wiadomo, niewiele mają wspólnego z realizmem. Każdy fan może wybrać sobie moment który go najbardziej rozśmieszył, drinking game „pijemy jak zobaczymy absurd” wymagałaby bardzo mocnej głowy.

Niemniej ogląda się znakomicie. Realizm oceniam na 13%, jak będę chciał 80% to będę musiał poszukać w kinie transmisji wyścigu….