Chopin w Excelu

W zeszłym miesiącu odbył się tradycyjny copięcioletni konkurs Chopinowski, nie pisałem o nim, bo po pierwsze nie śledziłem praktycznie (posłuchałem ledwo co paru koncertów w finale), a po drugie żaden ze mnie meloman, nie mówiąc o o znawcy. Obserwowałem jedynie reakcje, i co tu dużo ukrywać, jakoś wyniki nie zachwyciły publiki (i nie chodzi tu o pianistyczny patriotyzm, bo nikt nie oczekiwał cudów po występujących w konkursie polskich pianistach, Zimermanami ani Blecharzami to oni nie byli).

W dyskusjach pojawiały się rozmaite wątki, od teorii spiskowych pt. „kto kogo wyciął”, przez kwestionowanie kompetencji jurorów (a tam połowa to laureaci i finaliści z wcześniejszych edycji), po narzekanie na wadliwy system. Na tym ostatnim się skupię (nie oceniając czy wadliwy), bo to mieści się w granicach moich kompetencji. System był mianowicie czysto matematyczny, grono 17 jurorów (w tym pięcioro Polaków) oceniało każdy występ w skali od 25 („doskonały”) do 1** („słoń nadepnął na ucho i palce”), jeżeli któryś z jurorów uczył danego pianistę w ciągu ostatnich kilku lat lub miał z nim inny związek wpływający na możliwość bezstronnej oceny, to był z oceny wyłączony. Z zebranych not wyciągano średnią, a potem sprawdzano, czy noty poszczególnych jurorów nie odstawały za bardzo od tej średniej – i jeśli odstawały, to następowała „korekta” (coś jak odrzucanie najwyższych i najniższych not w skokach narciarskich czy łyżwiarstwie figurowym, tylko trochę inaczej). Na przykład grający jako pierwszy w pierwszym etapie Piotr Alexewicz miał „czystą średnią 20,88 pkt (przedział „bardzo dobry”), ale od Garricka Ohlssona dostał tylko 15 pkt („średni”), za to od innego Amerykanina Rinka 24 pkt („wyjątkowy”) – więc nota Ohlssona została regulaminowo podwyższona do 17,88 (średnia minus 3), a Rinka obniżona do 23,88 (średnia plus trzy), w kolejnych etapach korekta była do średniej plus minus dwa punkty, ostatecznie wyliczano średnią ze skorygowanych not.

Ostatecznie zatem decydowała najczystsza* matematyka – liczyły się skorygowane średnie z poszczególnych etapów (przy czym etap II był ważniejszy od I, a etap III i finał od etapu II). Po I etapie prowadził Kanadyjczyk Kevin Chen, późniejszy zwycięzca Eric Lu był dopiero siódmy (ale, jak było wspomniane dopiero co, etap I to ledwie taka rozgrzewka była). W etapie II wyraźnie najlepszy był Lu przed Chenem, i taka też była kolejność łączna. W etapie III ponownie błysnął Lu, powiększając przewagę nad Chenem (trzeci w etapie, za Chinką Zitong Wang, która swoim występem awansowała z połowy drugiej dziesiątki na trzeciej miejsce łącznie). W finale znowu najlepszy był Kevin Chen, ale minimalnie przed Ericem Lu i nie nadrobił do niego wcześniejszej straty, Wang utrzymała swoje trzecie miejsce, za to finałową szarżą (jeżeli taka sportowa terminologia to nie przesada) i trzecim wynikiem w finale Piotr Alexewicz wybił się do grona laureatów (5 miejsce ex aequo) pomimo że do finału wszedł o włos z ostatniego miejsca ex aequo. Ostatecznie Eric Lu miał łączną notę 22,43 pkt, Kevin Chen 22,15, Zitong Wang 21,45, a Piotr Alexewicz 21,03*.

Czy jurorzy oceniali dobrze, czy źle, czy miejsca w konkursie powinny być rozdawane w oparciu o cyferki w Excelu – nie mnie oceniać. Porównywać cyferki akurat umiem, więc tym się bawię.

*(tu można zadać pytanie, czemu przyznano mu 5 miejsce ex aequo z Malezyjczykiem Ongiem, który miał tylko 21,01, matematycznie to trochę skandal)

**noty niższej niż 8 nie widziałem

czas lokalny, czas…

Dziś ostatni dzień czasu letniego, od kilku dni tradycyjnie narasta awanturka o to czy zmieniać czas, a jeżeli to na jaki – pisałem już na ten temat tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego wolę się dzisiaj skupić na tym skąd właściwie się wziął problem, i wbrew pozorom nie chodzi mi o motywacje do wprowadzenia zmiany czasu, tylko o to jak doszło do tego, że „rządzi” nami zegar.

Pisałem już, że ustalenie godzinowego podziału dnia ma oczywiście funkcję porządkującą, i że problemem jest, że przyzwyczailiśmy się do tego, że określona godzina kojarzy nam się z porą na konkretne czynności – czy będzie to otwieranie sklepów o 6 rano, rozpoczynanie lekcji o 8 rano, niedzielny obiad w południe, popołudniowa herbatka o 5, wieczorny serwis informacyjny w telewizji o 19.30, cokolwiek. Nawyk powoduje, że trzymamy się tych godzin bez względu na to czy jest ciemno, czy jasno (OK, obiad w południe zawsze będzie po jasnemu) i nie chcemy tego zmieniać – prostsze wydaje się nam, że od jutra dodamy czy odejmiemy godzinę i będziemy udawali że wszystko nie jest wcale o zmienionych godzinach.

W istocie cały problem ma charakter cywilizacyjny. 250 lat temu nie istniał w ogóle, każde miasteczko żyło według swojego lokalnego czasu słonecznego; jedynie marynarze mieli na statkach zegar nastawiony według czasu „domowego”, dzięki czemu mieli punkt odniesienia pozwalający im na ustalenie ich aktualnej długości geograficznej. Dopiero kiedy w XIX wieku ruszył rozwój kolei, to szybko różnice pomiędzy czasem lokalnym w poszczególnych miasteczkach (w samej Anglii mogły wynosić po kilkanaście minut) stały się istotne, bo jak ma wyglądać rozkład jazdy, jeżeli między Norwich a Londynem czas lokalny różni się o 10 minut? I tak oto w 1840 roku spółka The Great Western Railway podjęła kluczową decyzję: w swoich rozkładach zaczęła używać wyłącznie średniego czasu Greenwich (GMT), i taki czas pokazywały zegary na „jej” stacjach. Za jej przykładem poszły inne spółki kolejowe, i w ciągu 15 lat 98% miejscowości dostosowało się do „czasu kolejowego” (w wielu miejscowościach zegary miewały dwie wskazówki „minutowe”, jedna pokazywała czas lokalny a druga kolejowy), a w 1880 cała Anglia przyjęła oficjalnie jednolity czas. A w 1884 roku średni czas Greenwich został przyjęty jako punkt odniesienia dla całego świata (choć oczywiście określenie strefy czasowej jest już wewnętrzną sprawą każdego kraju). A jeszcze potem zglobalizowaliśmy się i uważamy, że skoro piłkarska Liga Mistrzów ma zapisane, że mecz zaczyna się o 20.45 („naszego” czasu, czyli obowiązującego od Vigo w hiszpańskiej Galicji do Przemyśla w „naszej” Galicji), to jest to święte – pomimo że z uwagi na rozpiętość geograficzną w Portugalii jest wtedy 19.45, w Stambule 21.45, a w Baku czy Ałmaty i tak gra się o 18.45 (tam wtedy jest odpowiednio 20.45 i 21.45).

Wracając na nasze podwórko – jeżeli zrezygnujemy ze zmiany czasu i nie zdecydujemy się na lokalne zmiany harmonogramu dnia, to może warto kompromisowo rozważyć zamiast wyboru między czasem „szczecińskim” (zimowy) a „kijowskim” (letni) przyjęcie czasu „lubelskiego” (GMT plus 1 godzina i 30 minut), „krakowskiego” (GMT plus 1 godzina i 20 minut) lub „gdańskiego” (GMT plus godzina i 15 minut). Strefy czasowe „plus 30 minut” funkcjonują w wielu krajach, „plus 20” póki co chyba w żadnym (ale „plus 45 minut” już jak najbardziej), tyle że pewnie nie będzie nam się podobało sprawdzanie różnic czasowych między krajami. Przypominam, że im większy „plus”, tym później rano będzie jasno na zachodzie kraju, co zimą zrobi różnicę przy zaczynaniu pracy/szkoły

PS w dyskusji ktoś rzucił pomysł, żeby w lecie stosować czas „zimowy plus 2h” (GMT +3) – wtedy wschód słońca byłby bliżej 6, za to zachód słońca o 22 czy 23. Well, myślę sobie – czy wtedy inne pory roku powinny być gorsze? Zróbmy czas zimowy, wiosenny, letni i jesienny!

dwa miejsca

W pierwszym miejscu zamordowano setki cywilów. Zamordowano ich tylko za to, że byli, kim byli – kimś, kogo mordercy chcieli wyeliminować z tego świata.

W drugim miejscu toczyła się bitwa, prowadzona pomiędzy tysiącami cywilów. Bitwa doprowadziła do zniszczenia 70% domów i kosztowała życie kilkudziesięciu tysięcy cywilów, przy znacznie mniejszej liczbie zabitych żołnierzy.

Niektórzy dziś mówią, że śmierć dziesiątek tysięcy cywilów w bitwie to większa zbrodnia niż zamordowanie setek z premedytacją. Kult liczb, sądzę.

To drugie miejsce to Wrocław, oblegany w I połowie 1945 roku przez Armię Czerwoną i broniony przez Niemców „do końca”, czyli do maja (skapitulował w przeddzień kapitulacji III Rzeszy).

To pierwsze miejsce to Palmiry.

Amanda

Ma 23 lata, jest Amerykanką, której rodzice wyemigrowali z Rosji pod koniec ubiegłego stulecia. Jako nastolatka wygrała zawodowy turniej w Bogocie i zagrała w półfinale Roland Garros, później kręciła się w zawodowym tourze bez większych sukcesów, aż ogłosiła przerwę z powodu wypalenia i obawy o zdrowie psychiczne. Wróciła w zeszłym roku z nową siłą, osiągnęła pierwszy w życiu finał turnieju najwyższej rangi (w Toronto), na początku tego roku wygrała w Katarze…

Na Wimbledonie miała turniej życia. Była rozstawiona z numerem 13, w pierwszej rundzie zmiażdżyła rywalkę „rowerkiem”, w półfinale odprawiła liderkę światowego rankingu Sabalenkę. Finał Wimbledonu dawał jej pierwszy w życiu awans do Top10 światowego rankingu.

Fakt, w finale czekała zawodniczka, która nigdy w zawodowej karierze nie przegrała finału wielkoszlemowego, przełamać prawo serii to dodatkowe obciążenie dla debiutantki na takim poziomie. Amanda Anisimova nie udźwignęła ciężaru, została rozbita do zera (nie ugrała ani gema), zdarza się. Chwała zwyciężonym, bez nich nie ma zwycięzców.

PS IGA ŚWIĄTEK MISTRZYNIĄ WIMBLEDONU 2025

13 procent F1

Po premierze znakomitego serialu „Kompania braci” jego główny bohater major Winters powiedział, że liczył na 80% autentyczności. Producent Tom Hanks odpowiedział mu, że w Hollywood uważa się twórców za geniuszy, jeśli osiągną 12% autentyczności, a producenci serialu celowali w 17%.

Na ekranach kin jest film F1. Wiadomo, że producenci robili co mogli, żeby zapewnić widzom wrażenie autentyczności – zdjęcia kręcono podczas weekendów Grand Prix (włącznie ze stworzeniem w padoku siedziby fikcyjnego zespołu), pomiędzy prawdziwymi kierowcami i członkami zespołów, z kamerami umieszczonymi na bolidach rzeczywiście startujących w wyścigach. Wielu kierowców przewija się na ekranie, szefowie zespołów mają nawet mówione rólki (Guenter Steiner nie, gdybyście na to właśnie liczyli), niektóre zespoły udostępniły swoje siedziby. W scenach wyścigowych czuć szybkość, cała otoczka pokazana z rozmachem…

A jednocześnie fani F1 czują się jak major Winters. Nie wiem na ile czuje to przeciętny widz netfliksowego Drive to Survive, ale fani mają do wyboru uśmiechać się z politowaniem, lub śmiać się do rozpuku. Pokazana „droga sportowa” słusznie została określona w filmie jako wymagająca cudu, a cuda, jak wiadomo, niewiele mają wspólnego z realizmem. Każdy fan może wybrać sobie moment który go najbardziej rozśmieszył, drinking game „pijemy jak zobaczymy absurd” wymagałaby bardzo mocnej głowy.

Niemniej ogląda się znakomicie. Realizm oceniam na 13%, jak będę chciał 80% to będę musiał poszukać w kinie transmisji wyścigu….

przeliczyć głosy

Już trzeci tydzień mija odkąd mieliśmy drugą turę wyborów prezydenckich, poszliśmy tłumnie, głosy rozłożyły się niemal po równo (przy 21 mln głosów różnica między wynikami dwóch kandydatów to niecałe 370 tysięcy). Pojawiają się sugestie, że głosy nie wszędzie zostały prawidłowo policzone (z przyczyn dowolnych), nawet kilka kontrolnych przeliczeń to potwierdziło (w, powiedzmy, 10 komisjach na 32 tysiące). Jest już nawet akcja „Przeliczmy Głosy”…

Zastanawiam się luźno nad jedną kwestią: czy proponujący takie ponowne liczenie głosów zdają sobie sprawę, że takie przeliczenie nie jest w stanie zmienić wyniku wyborów? O, powie wiele osób, na pewno nie zmieni bo Izba Która Nie Jest Sądem nie uzna – ale ja nie o tym. Otóż bez względu na to, ile głosów faktycznie oddano na którego z kandydatów (wiemy ile ich było w protokole sporządzonym przez Państwową Komisję Wyborczą, która jednak opiera się tylko na przesłanych jej protokołach z komisji niższego szczebla, a nie przegląda samodzielnie tych 21 mln kart do głosowania, leżących zresztą grzecznie w województwach), wybory wygrał i prezydentem został Karol Nawrocki, a nie Rafał Trzaskowski – bo tak stanowi protokół (i uchwała) Państwowej Komisji Wyborczej.

W przypadku, gdyby się okazało, że Rafał Trzaskowski jednak otrzymał w drugiej turze więcej głosów niż Karol Nawrocki, Sąd Najwyższy zgodnie z prawem może jedynie stwierdzić nieważność wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta. Nie oznacza to absolutnie wyboru Rafała Trzaskowskiego, ale… konieczność zarządzenia nowych wyborów prezydenckich. Czyli przeliczylibyśmy głosy po to, żeby (ewentualnie) móc za nie więcej niż 2,5 miesiąca zagłosować ponownie (przy czym powtarzamy całą procedurę, zaczynając od zbierania podpisów pod kandydaturami…).

Nie piszę tego, żeby argumentować przeciw (lub za) ponownemu przeliczeniu głosów. Piszę to tylko po to, żeby wszyscy* mieli świadomość, jak to się potencjalnie zakończy.

*wszyscy którzy to przeczytają, oczywiście

miejsca pracy dla idiotów

Jak zapewne zauważyliście (a może nie śledzicie, to nie wiecie), Sejm przegłosował ustawę o obniżeniu składki zdrowotnej dla przedsiębiorców (jeszcze Senat i ewentualny podpis prezydenta, ale ja nie o tym).

W wyniku ewentualnego wejścia w życie tej ustawy – jeżeli Was to interesuje – szewc, który ma miesięczne dochody niższe niż 3/4 minimalnej krajowej, zapłaci taką samą składkę jak informatyk na b2b, który wystawiając faktury trzem firmom inkasuje półtorej średniej krajowej plus VAT. Jednocześnie menedżer zarabiający „na fakturę” tyle co cały podległy mu dział łącznie, zapłaci znacznie niższą składkę zdrowotną niż cały ten dział łącznie – i znacznie mniej niż menedżer kierujący sąsiednim działem za takie samo wynagrodzenie, ale zatrudniony normalnie na etacie. Nie wspominając o (nielicznych wciąż) lekarzach, którzy „na kontraktach” wyciągają ponad 100 tys. zł miesięcznie, oni też zapłacą od tego znacznie niższą składkę zdrowotną. Ale ja w sumie też nie o tym.

Apologeci tej zmiany – przynajmniej niektórzy, bo inni jawnie cieszą się, że wyrwali dla siebie i swoich – opowiadają fantastyczne bzdury, że dzięki niej będzie przestrzeń do rozwoju i tworzenia miejsc pracy przez kwiaciarki, szewców, właścicieli małych sklepów (nie wiem czy żabka się łapie, czy nie). Popatrzmy na to przez chwilę.

Załóżmy, że nowe miejsce pracy ma zostać stworzone dzięki obniżce składki zdrowotnej, wynoszącej (wciąż jeszcze) 9% dochodu. Przyjmijmy dla uproszczenia, że nowelizacja zupełnie wyrzuca składkę zdrowotną naliczaną od dochodu i zostawia tylko minimalne „pogłówne”. Minimalne wynagrodzenie to dziś 4666 zł brutto, zatem dzielimy kwotę minimalnego wynagrodzenia przez 9%: 4.666 zł : 0,09 = 51.844,44 zł. Tyle sklepikarz musi mieć dochodu, żeby dzięki obniżce składki zdrowotnej „móc sfinansować” jedno miejsce pracy. Miesięcznie. I tak, całkowicie świadomie pominąłem fakt, że sklepikarz z takim dochodem miesięcznym nie będzie się rozliczał z PIT na zasadach ogólnych (tylko na liniówce, gdzie składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu – czyli „potrzebny” jest dochód miesięczny przekraczający 95 tysięcy złotych), podobnie jak dodatkowe koszty związane z zatrudnieniem pracownika.

Powiedzcie sobie uczciwie: czy ktoś, kto zarabia miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych (nie liczyłem ile dokładnie „na rękę”, ale nie mniej niż 30), potrzebuje jakiejkolwiek zachęty, żeby zatrudnić pracownika (pierwszego lub dodatkowego)?

Oczywiście, możemy przyjąć, że chodzi o nowych pracowników w sklepach jubilerskich, salonach samochodów sportowych lub luksusowych hotelach, w których zaoszczędzone pieniądze zostawią obdarowani przez Sejm właściciele firm.

Za to kolejki do lekarzy się wydłużą.

czas na czas

Dziś po raz kolejny przestawialiśmy zegary (swoją drogą ciekawe ile w tym rzeczywistej czynności, a ile działania oprogramowania) na czas letni. Oczywiście jak zwykle przy tej okazji powracają dyskusje czy w ogóle zmieniać, a jeżeli przestać zmieniać – to czy zostawić czas zimowy (czyli „naturalny”), czy letni. W praktyce to można ująć po prostu jako pytanie „do jakiej strefy czasowej chcemy należeć”, bez podtekstów ideolo czy nacjo.

Zastanówmy się przez moment nad naszą rzeczywistością geograficzno-astronomiczną. W Nowy Rok wschód słońca w Ustrzykach Górnych wypadał o 7:23, natomiast w Świnoujściu o 8:21. Tego dnia zachód Słońca w Sejnach nastąpił o 15:14 (po dniu trwającym 7 godzin i 28 minut), natomiast w Zgorzelcu o 15:52 (dzień trwał tam 7 godzin 59 minut, a w Ustrzykach nawet 8 godzin 18 minut). Jak w takiej sytuacji ustawić strefę czasową, żeby wszyscy mogli „korzystać ze światła” (najczęstszy argument za czasem bardziej opóźnionym względem Greenwich)? A przecież to nie są wartości ekstremalne – w połowie grudnia w Sejnach słońce zachodziło o 15:03, a dzień trwał nawet poniżej 7 godzin i 21 minut.

Spójrzmy na wartości nie tyle ekstremalne, ile na okresy. Wg czasu GMT+1 w Świnoujściu słońce wschodziło nie wcześniej niż o 8 od 2 grudnia do 25 stycznia (gdybyśmy przeszli na GMT+2, wstawałoby w tym okresie nie przed 9), o godzinie 6 słońce pojawiło się dopiero 22 marca. W Sejnach słońce zachodziło przed 16 od 28 października do 28 stycznia, za to wschodziło nie przed 7 od 18 listopada do 8 lutego (przy GMT+2 w tym okresie wschodziłoby nie wcześniej niż o 8, najpóźniej o 8:46); wschód słońca o 6 nastał dopiero 7 marca. Ten okres „zimowy” trzeba jakoś przetrwać, pytanie czy lepiej mieć „więcej światła” rano czy popołudniu… może oczywiście zależeć od indywidualnych preferencji. Niemniej jakoś mi się przypomniało, że w krajach, które stosują czas właściwy dla miejsca położonego dużo dalej na wschodzie (w Madrycie wschód słońca wypadał po 8 od połowy listopada do połowy lutego), życie… zaczyna się jakoś później.

Spójrzmy na inne okresy. Przez cały maj w Sejnach słońce wstawało między 4 a 5 czasu letniego (czyli między 3 a 4 zimowego), w Ustrzykach Górnych zachodziło między 19:46 a 20:25. W czerwcu najpóźniejsza godzina zachodu słońca w Świnoujściu to była 21:38, w Ustrzykach równo godzinę wcześniej; słońce wstawało wtedy w Sejnach najwcześniej o 3:52 (czyli 2:52 zimowego), w Zgorzelcu o 4:32. Nie robi zatem wielkiej różnicy czy mamy czas letni czy zimowy… bo poranne słońce tak czy owak przesypiamy.

Może zatem nie mamy problemy czasu/strefy czasowej, tylko problem umownego rozkładu dnia?

trzej królowie

Czy może być coś piękniejszego sportowo, niż walka o zwycięstwo do ostatniej chwili? W tym roku w Turnieju Czterech Skoczni od początku rządziła trójka Austriaków: weteran Stefan Kraft, Jan Hoerl i młody Daniel Tschofenig (urodzony już po historycznym szlemie Svena Hannawalda). W Oberstdorfie wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem, w Ga-Pa wygrał Tschofenig, a dwaj pozostali nie zmieścili się na podium. W Innsbrucku wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem…

…i przed ostatnim konkursem w klasyfikacji TCS trzeciego Tschofeniga od pierwszego Krafta dzieliło 1,3 punktu, mniej niż metr. A w Bischofshofen można polatać… I latali. Kraft wygrał kwalifikacje, Tschofenig był czwarty, Hoerl szósty. Kraft wygrał pierwszą serię, Hoerl przed ostatnim skokiem tracił 2,7 punktu, Tschofenig 6,5…

Było wiadomo, że w ostatniej serii skoki będą o być albo nie być. Tschofenig skakał jako pierwszy (z piątego miejsca), oddał skok niemal perfekcyjny (58 pkt za styl). Hoerl (z trzeciego miejsca) odpowiedział skokiem poza rozmiar skoczni, ale nie wytrzymał lądowania, „szesnastki” od sędziów oznaczały że spadł za Tschofeniga nie tylko w klasyfikacji konkursu, ale i całego Turnieju. Kraft miał „prostą drogę” – ale z uwagi na zawirowania wiatru długo czekał na górze (schodząc z belki). Kiedy skoczył, nie wykorzystał tego, że wiatr w plecy ma słabszy niż rywale (co teoretycznie pozwala lecieć dalej, ale daje mniej punktów za wiatr) – wylądował bliżej, i spadł na trzecie miejsce w obu klasyfikacjach. Ostatecznie różnica między pierwszym a trzecim zawodnikiem wyniosła 4,1 pkt (tak, pamiętam jak Janda i Ahonen mieli na koniec Turnieju różnicę 0,0 pkt).

PS chciałbym pretendować do autorstwa błyskotliwego tytułu, ale wszyscy komentatorzy zdążyli go oklepać do zanudzenia

PPS oczywiście piękniejsze by było gdyby o zwycięstwo walczył Polak lub nawet trzech Polaków, ale z czysto sportowego punktu widzenia to bez znaczenia

oceania, oceania, oceania

Dawno, dawno temu (OK, w latach 30. XX wieku) polscy marynarze pojechali do włoskiej stoczni w Monfalcone, żeby obserwować budowę nowego polskiego transatlantyka m/s Piłsudski. Stocznia słynęła z tego, że zbudowała będące chlubą włoskiej floty transatlantyki Vulcania, Neptunia i Oceania – i na wszelkie pytania (a zwłaszcza wątpliwości) Polaków Włosi odpowiadali „nic się nie bójcie, będzie dobrze, my zbudowaliśmy Vulcanię, Neptunię i Oceanię!” (po polsku: „będzie pan zadowolony”), że aż Borchardt uwiecznił to w jednym ze swoich opowiadań z tomu Znaczy Kapitan, zatytułowanym „Vulcania, Neptunia, Oceania”.

Nie mogła mi się ta historyjka nie przypomnieć (i nie tylko mnie zresztą), kiedy wczoraj głośna zrobiła się „sprawa Oceanii”. Tym razem „Oceania” to nazwa statku badawczego Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, który zamieścił na FB dość dramatyczne oświadczenie o „wstrzymaniu finansowania statku przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego”. Ministerstwo nie ma ostatnio najlepszej prasy, więc nie dziwi, że dziennikarze skoczyli na to oświadczenie jak kozy na pochyłe drzewo. Po krótkim czasie okazało się że „wstrzymane finansowanie” tak naprawdę było dotacją, o którą Instytut ubiegał się co roku (a od 35 lat zwykle dofinansowanie na utrzymanie statku dostawał) – i w 2024 roku wniosek Instytutu miał zostać „pozytywnie oceniony, ale nie skierowany do realizacji„. W międzyczasie ministerstwo opublikowało krótki komunikat, zgodnie z którym konkurs (w którym Instytut ubiegał się na dotację na utrzymanie Oceanii) „został rozstrzygnięty na podstawie ocen naukowców-ekspertów”. Równolegle pojawiły się komentarze, że „minister nie znalazł 10 mln dla Oceanii, bo trzeba oszczędzać” (choć w żadnym z komunikatów wątek oszczędności się nie pojawił). Szybko też nadano sprawie wymiar czysto polityczny, uznając temat za symbol polityki rządu, jak też kwestionując „merytorycznie” (bez jakiejkolwiek wiedzy na ten temat) potrzebę utrzymywania statku…

Kiedy piszę te słowa, nie wiem ani jak dokładnie przebiegał konkurs, w którym „poległ” wniosek Instytutu, czy jest w tym coś „podejrzanego” (jakieś ręczne sterowanie, złośliwość, you name it), ani czy Oceania ostatecznie dostanie jakieś dofinansowanie na przegląd i bieżący remont potrzebny do dalszego prowadzenia badań naukowych. W tym wpisie skupiam się tak naprawdę na dochodzeniu do „ostatniej wersji prawdy”, jak śpiewał Klaus Mitffoch, i na tym, że wyskakiwanie z mocnymi wnioskami w oparciu o fragmentaryczne informacje jest tak mocno Vulcania, Neptunia, Oceania.