jak grać żeby nie przegrać

Piłkarz Krychowiak grał w rosyjskim Krasnodarze. Kiedy Rosja napadła na Ukrainę, piłkarz Krychowiak nie bardzo chciał grać dalej w Krasnodarze, więc zaczepił się w Atenach – ale jakoś po kilku miesiącach już go nie chcieli. Piłkarz Krychowiak wrócił więc do Krasnodaru, ale grać mu się za bardzo nie uśmiechało – nie tylko dlatego że wojna za rogiem (bo nie w Krasnodarze), ale także dlatego że na jesieni mundial w Katarze, a piłkarze grający w Rosji z polską reprezentacją na mundial nie pojadą. W ostatniej chwili złapał fuchę w Arabii Saudyjskiej…

I tu się zaczyna dziać coś dziwnego. Otóż niektórzy polscy żurnaliści sportowi z niezrozumiałych przyczyn zaczęli traktować Arabię Saudyjską jako kraj równy putinowskiej Rosji, formalnie powołując się na udział Saudyjczyków w wojnie domowej w Jemenie. Zapytani o to, czy zaprawdę nie widzą różnicy pomiędzy ordynarną agresją zmierzającą co najmniej do oderwania części niepodległej Ukrainy (a de facto, czego Putin nie kryje, do podporządkowania sobie całości Ukrainy), a interwencją – polegającą głównie na nalotach – wspierającą legalny i uznany międzynarodowo rząd Jemenu, atakowany (i w zasadzie wygnany) przez rebeliantów Houthi, zachowują się jak rasowi rosyjscy propagandyści, sięgając nawet po argument z rasizmu, że niby „to co, białe ofiary nalotów na Ukrainie wam przeszkadzają, a ciemnoskóre ofiary nalotów w Jemenie już nie?”.

Logika ta jest fascynująca, bo jako żywo nie słyszałem słowa protestu, kiedy rosyjskie pociski zabijały ciemnoskórych Syryjczyków podczas wojny domowej w Syrii, a finansowani przez Saudyjczyków rosyjscy żołnierze mordowali ciemnoskórych Libijczyków podczas wojny domowej w Libii (wtedy rosyjskie kluby były OK). Ot, rozumiecie, najwyraźniej są lepsi i gorsi ciemnoskórzy, bo jednych żal tak straszliwie, a drugich – wcale, w zależności od tego którzy byli przeciwko rosyjskiej stronie.

Piłkarzy Krychowiak dał sobie szansę i być może na mundial do Kataru pojedzie (nie wnikam w jakiej będzie formie po tym kopaniu piłki u Saudyjczyków). Żurnaliści mieli szansę, ale nie z niej nie skorzystali.

patrzę na mapę Ukrainy

Widzę: krainę zajętą przez zielone ludziki na wschodzie głęboko, z udawanymi pretensjami rozciągającymi się na północ w stronę granicy rosyjskiej i nieco na zachód, w formalnych granicach obwodów ługańskiego i donieckiego.

Widzę: na południu okupowany przez Rosję Krym.

Widzę: atak putinowski od południa i od wschodu, który teoretycznie miałby zmierzać do przejęcia kontroli nad kolejnymi kradzionymi Ukrainie terytoriami.

Widzę: atak putinowski od północnego wschodu, na Sumy i Charków.

Widzę: atak putinowski od północy, z kraju usłużnego Łuki, idący na Kijów po obu stronach Dniepru.

Widzę: wrzesień 1939, II Rzeczypospolitą z jej frontami od Gdyni po Suwałki i od Kłobucka po Sanok.

Widzę: oczami wyobraźni już prawie, bo rozdzielczość mapy nie pozwala, malutki Ostriw Zmijinyj, ukraińskie Westerplatte, gdzie ukraiński dowódca został nowym Cambronnem, odpowiadając na wezwanie do poddania się: російський військовий корабель, іди нахуй

Путин хуйло.

СЛАВА ГЕРОЯМ!