Odszkodowania stanu nadzwyczajnego

Robi furorę temat odszkodowań, jakie Skarb Państwa wypłacałby (Pani płaci, Pan płaci) w razie ogłoszenia stanu nadzwyczajnego, w tym także wniosek, że rząd/prezydent/ktokolwiek wstrzymuje się z jego ogłoszeniem właśnie po to, żeby nie musieć ich wypłacać. Przyjrzyjmy się więc temu od początku, czyli od kodeksu cywilnego.

Ogólną zasadą jest, że kto ze swojej winy wyrządził innemu szkodę, jest zobowiązany do jej naprawienia (art. 415 k.c.). Poszkodowany musi więc udowodnić:
1) że poniósł szkodę, na czym ona polega i jaka jest jej wartość
2) kto za to ponosi winę
3) że pomiędzy tym, co winny zrobił (w tym czego nie zrobił, jeśli powinien był) a szkodą, istnieje odpowiedni związek (przyczynowo-skutkowy).
Istnieje też oczywiście szereg zasad poszerzających lub ograniczających te zasady, ale tym się tu nie będziemy zajmować. Szkodą może być zarówno strata majątkowa, jak i utracone korzyści (nie wspominając o tzw. szkodach na osobie, czyli chorobie itp).

Skarb Państwa co do zasady ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przy wykonywaniu władzy publicznej (pomińmy dla uproszczenia działania władz samorządowych, które odpowiadają za siebie), poprzez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie. Dla dochodzenia roszczeń odszkodowawczych niezbędne może być uprzednie wykazanie w innym postępowaniu sądowym, że takie działanie lub zaniechanie (a więc np. wprowadzenie zakazów stanu epidemii) było niezgodne z prawem. Nie ma ograniczenia co do tego, co mogą obejmować roszczenia odszkodowawcze.

Wiemy już zatem, co czeka kogoś, kto poniósł szkodę, i chciałby dochodzić jej naprawienia przez wytoczenie procesu – generalnie sporo pracy (głównie prawników). W przypadku stanów nadzwyczajnych (stan wojenny, stan wyjątkowy lub stan klęski żywiołowej) obowiązuje natomiast pewna szczególna regulacja (ustawa z 2002 roku, nigdy nie zmieniana), którą teraz spokojnie przeanalizujemy.

Otóż pierwszą i podstawową zasadą wynikającą z ustawy jest zdjęcie z poszkodowanego obowiązku wykazywania tego, co wynika z ogólnych zasad odpowiedzialności, i przyjęcie zasady, że można skierować roszczenia po prostu do Skarbu Państwa (bez wnikania, czy za szkodę odpowiada straż pożarna, straż gminna, wojsko, sanepid czy ochotnicy ratujący przed powodzią, kto komu wydał polecenie i czy mógł je wydać…). Skarb Państwa może się jedynie bronić wykazaniem, że za szkodę faktycznie poszkodowany sam jest sobie winien albo winna jest inna konkretna osoba (wtedy poszkodowany powinien dochodzić odszkodowania od takiej osoby). Z pozoru brzmi obiecująco, ale…

Skarb Państwa nie jest aż takim dobrym wujkiem, jakby się komuś wydawało. Żeby dochodzić odszkodowania od państwa, trzeba wykazać, że konkretna szkoda jest skutkiem konkretnego ograniczenia praw i wolności obywatela, wynikającego z zasad ogłoszonego stanu nadzwyczajnego. Jeżeli więc zostanie wprowadzony zakaz prowadzenia sklepów (ograniczenie prowadzenia działalności), to można dochodzić odszkodowania za towary, które się w tym sklepie przeterminowały; jeżeli wojsko zabierze zmagazynowane drewno na budowę umocnień (ograniczenie prawa własności), można za nie dochodzić odszkodowania – ale nie można tego pomieszać, szkoda musi wynikać z konkretnego zakazu.

Szczególna odpowiedzialność Skarbu Państwa ma też drugi haczyk – mianowicie w odróżnieniu od ogólnych zasad odpowiedzialności, jest ograniczona tylko do straty majątkowej – a więc tego, co ktoś posiadał przed wyrządzeniem szkody, a potem już nie miał (bo utracone, zniszczone lub uszkodzone). W przykładach z poprzedniego akapitu właściciel towarów czy drewna może więc żądać odszkodowania odpowiadającego cenie zakupu tych rzeczy, ale już nie cenie, po jakiej zamierzał je sprzedać – a już tym bardziej nie może żądać wypłacenia mu przyszłych zysków, jakie spodziewał się osiągnąć po wybudowaniu z tego drewna karczmy. Na potrzeby tej notki bardziej szczegółowo nad zakresem pojęcia „strata majątkowa” się nie będę rozwodzić, może innym razem, ale to co już napisałem, powinno dać do myślenia wyliczającym milionowe straty (a wykazanie wysokości szkody zawsze jest po stronie poszkodowanego).

Dodajmy, że roszczenia odszkodowawcze oparte na tej szczególnej odpowiedzialności za stan nadzwyczajny przedawniają się szybciej – należy wystąpić z roszczeniami w ciągu roku od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się o stracie majątkowej, i nie później niż w ciągu 3 lat od zakończenia stanu wyjątkowego („zwykłe” roszczenia w stosunku do winnego przedawniają się po upływie 3 lat odkąd się dowiedzieliśmy kto i co nam zrobił, ale nie później niż po upływie 10 lat od zdarzenia wywołującego szkodę).

Jakie natomiast jeszcze korzyści mógłby dać poszkodowanym stan nadzwyczajny? Teoretycznie decyzja wojewody w sprawie odszkodowania powinna być wydana w ciągu 3 miesięcy, a potem najpóźniej po 30 dniach wypłata odszkodowania. Jeśli komuś się decyzja nie podoba („niezadowolony”), bo odszkodowanie zbyt niskie lub zgoła żadne, ma 30 dni na wniesienie sprawy – bez opłaty – do zwykłego sądu (odszkodowanie przyznane w decyzji i tak zostanie wypłacone), a sąd… będzie sądzić, na tych szczególnych zasadach, lecz w zwykłym tempie (czyli tak samo jak w przypadku „zwykłych” roszczeń odszkodowawczych).

Wyrok drukarza bez drukarza

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” śpiewał Stuhr*. Też tak miewam, i jak mnie coś zaczyna irytować, to w końcu muszę o tym napisać, a napisanie notki pozwala i rozwinąć się swobodniej, i później łatwiej powielać (nie mówiąc o łatwości znalezienia).

Cóż mnie tak irytuje? Ano reakcje na stanowisko zajęte w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, w głośnej sprawie tzw. wyroku drukarza. Na wypadek gdybyście jakimś cudem nie słyszeli (lub nie kojarzyli), chodzi o sprawę pewnego drukarza, który odmówił wydrukowania plakatów (dla uproszczenia, dokładniej można poczytać u RPO) dla organizacji LGBT, twierdząc że „naszą pracą nie przyczyniamy się do promocji ruchów LGBT” (chodziło o ich treść raczej niż osobę zleceniodawcy). Zostało to uznane przez policję, a następnie sądy, za naruszenie przepisu art. 138 kodeksu wykroczeń, który (wciąż jeszcze, jeśli wierzyć stronie Dziennika Ustaw) brzmi (wytłuszczenie moje):

Art. 138. Kto, zajmując się zawodowo świadczeniem usług, żąda i pobiera za
świadczenie zapłatę wyższą od obowiązującej albo umyślnie bez uzasadnionej
przyczyny odmawia świadczenia, do którego jest obowiązany,
podlega karze grzywny.

Nie spodobało się to panu Prokuratorowi Generalnemu, który zaskarżył przepis do Trybunału twierdząc między innymi, że narusza to konstytucyjną wolność sumienia i religii usługodawcy. I jak brzmi stanowisko w tej sprawie? Ano tak, że przepis narusza Konstytucję, w związku z czym straci moc z chwilą zamieszczenia odpowiedniego ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Tyle że…

Nie ma na razie formalnego uzasadnienia odtwarzającego tok myślenia kryjący się za przedstawionym stanowiskiem, wiemy tylko tyle co w ogłoszonej konkluzji i komunikacie prasowym. Już jednak z tego, co wiadomo, jedno można stwierdzić kategorycznie: oficjalnie nie odniesiono się do stanowiska Prokuratora Generalnego o naruszeniu wolności sumienia i religii. Wyłączną podstawą przedstawionego poglądu o niekonstytucyjności przepisu jest uznanie przewidzianej nim sankcji karnej za nieadekwatną do celu tego przepisu (jaki jest ten cel i dlaczego sankcja karna jest nieadekwatna, tego może się dowiemy jak się pojawi uzasadnienie), zwłaszcza wskutek doszukania się w tym przepisie zbyt małej precyzji sformułowań (w takich sytuacjach mówi się, że dalsza analiza stała się zbędna).

Co to oznacza? Wbrew rozmaitym wypowiedziom (obu stron), Trybunał NIE POWIEDZIAŁ, że wolno odmówić wykonania usługi ze względów religijnych. Kiedy przepis częściowo straci moc, będzie „wolno” BEZ SANKCJI KARNEJ odmówić wykonania usługi z jakiegokolwiek powodu (brak powodu też może być powodem). Dodajmy dla jasności, że zmiana dotyczy tylko usług – ponieważ odmowa sprzedaży towaru jest formalnie sankcjonowana przez inny, analogicznie skonstruowany przepis kodeksu wykroczeń (art. 135), który jednak zaskarżony nie został, więc obowiązuje (domniemanie konstytucyjności, anyone?). Osobną kwestią jest, czy taka odmowa stała się przez to LEGALNA – otóż fakt, że coś nie jest KARALNE, nie powoduje zarazem że jest zgodne z prawem (patrz: prostytucja); nie będę teraz tego rozwijać, ale są przepisy (polskie i unijne, choć te pierwsze głównie inspirowane drugimi) o ochronie konsumentów, o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, o zakazie dyskryminacji… Ten, kto będzie chciał w swojej działalności odmawiać „po uważaniu”, może się mimo wszystko nadziać na rozmaite nieprzyjemności – choć tryb karania za wykroczenie był jednak najprostszy i potencjalnie całkiem dotkliwy.

Należy się spodziewać, że prędzej czy później powrócimy do poszukiwania środków prawnych mocno zniechęcających przedsiębiorców do odmawiania klientom (a przez to lepiej chroniących konsumentów, zwłaszcza tych najsłabszych). Jeśli do tego dojdzie, nie będzie się można powoływać że „Trybunał pozwolił odmawiać ze względu na wolność sumienia” – bo Trybunał wcale się na ten temat nie wypowiedział.

*Jerzy, drogie dzieci, nie Maciek

Lament bieda-biznesmenów

Miałem w zasadzie pisać o czymś zupełnie innym, ale pośród szalejących czerwcowych upałów ze zdwojoną siłą wybuchł coroczny szloch Przedsiębiorców Polskich o składki ZUS. Mechanizm tego zjawiska opisałem rok temu i nie będę przepisywać, powiem tylko że przyczyną łkań i gromów ciskania jest Rekordowy Wzrost Składek, spowodowany ustaleniem w założeniach budżetu kwoty prognozowanego wynagrodzenia w roku 2020 na 5.227 zł, co przekłada się na minimalną podstawę składek w kwocie 3.136,20 zł.

Jakiś domorosły ekonomista porównał na Twitterze przewidywaną wysokość składek do wysokości pensji minimalnej (na rękę). Skontrowałem go szybko przykładami historycznymi pokazującymi, że pokazana przez niego relacja nie jest szczególnie szokująca – a potem postanowiłem sprawdzić jak się ma w ujęciu historycznym relacja podstawy składek do kwoty najniższego wynagrodzenia. W końcu rok temu ją podliczyłem.

Minimalne wynagrodzenie miesięczne w roku 2020 ma wynieść 2.450 zł. Dzieląc zakładaną minimalną podstawę składek przedsiębiorcy przez zakładaną kwotę najniższego wynagrodzenia brutto otrzymujemy 3136,20/2450=128,0%. Faktycznie, wyżej niż w 2019, kiedy było ostatecznie 127,1%, nie mówiąc o 2017, kiedy ta relacja wynosiła 126,9%; wyżej także nieco niż w 2016, kiedy mieliśmy 127,9%. Ale zaraz… to w 2017 była jakby obniżka? A jak było wcześniej?

Rok 2016, ostatni według liczb zaplanowanych przez rządy PO – 131,5%.
Rok 2015 – 135,7%.
Rok 2012, kiedy wskaźniki ustalano z wizją ciepłej wody w kranie – 141%.
Rok 2010, kiedy wskaźniki ustalano w apogeum kryzysu światowego – 143,3%.
Rok 2009, czas tego apogeum – 150,1%.
Rok 2007, kiedy PO dochodziła do władzy – 171,4%.
Rok 2005, kiedy PiS dochodził do władzy – 166,7%.
Rok 2000 – 158%.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy: nigdy w historii składek ZUS przedsiębiorcy nie płacili tych składek od kwoty tak bliskiej najniższemu wynagrodzeniu, jak w latach 2017-2020. Gdyby ich zapytać, czy prowadzą firmy, żeby zarabiać mniej niż 130% najniższego wynagrodzenia, obraziliby się śmiertelnie – a jednak składki płacą od takich właśnie kwot i narzekają że „za drogo”. Później będzie zdziwienie, że emerytury takie niskie jak u Cugowskiego (o zasiłkach chorobowych nawet nie mówię, bo polski przedsiębiorca albo „nie choruje”, albo przed planowym zabiegiem starannie podwyższa tę podstawę składki, nawet jeśli w tej chwili się mniej już opłaca).

Drodzy lamentujący, bieda-biznesmeny jesteście (bez względu na płeć).

Czy bywamy przestępcami?

Jesteśmy niewątpliwie wszyscy cnotliwi i uważający, łamanie prawa to nie my, przestępców należy ukarać. Czy zawsze wiemy kiedy pozostajemy w granicach prawa? Dla uproszczenia pominę wykroczenia typu „na pustej drodze można śmiało jechać 90, bo ograniczenia do 70 są dla innych sytuacji”.

Wyobraźmy sobie na moment, że mamy jedno dziecko lat 17, a drugie niespełna 15, znamy ich szkolnych czy okolicznych kolegów, orientujemy się w ich wieku (w sumie nie musimy sobie wyobrażać że mamy dzieci w takim wieku, bo ważniejsze czy znamy wiek innych). W ciepły majowy czy letni wieczór idziemy sobie koło domu czy też patrzymy z balkonu, i dostrzegamy dwoje znajomych dzieci (nie własnych, zaznaczam) w czułym, acz namiętnym uścisku, bardzo namiętnym; jedno z tych dzieci ma skończone 17, drugie nieskończone 15…

Co robimy? Bo właśnie w tym momencie aktywuje nam się pewien obowiązek: prawny obowiązek zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa dopuszczenia się innej czynności seksualnej wobec małoletniego poniżej lat 15. Mamy bezsprzecznie wiarygodną wiadomość, jesteśmy świadkiem dokonania (a co najmniej usiłowania) czynu z art. 200 paragraf 1 kodeksu karnego, jeśli nie zawiadomimy – podlegamy karze pozbawienia wolności do lat 3 (art. 240 paragraf 1 kk). Odwrócenie wzroku tego nie zmieni.

Co robić? Gdyby uczestniczyło w tym nasze dziecko, moglibyśmy się wykręcić odpowiedzialnością karną grożącym najbliższym (art. 240 par. 3 kk), ale dlatego założyliśmy, że to nie o nie chodzi. Raczej nie możemy się powoływać na przekonanie, że organa już i tak wiedzą (art. 240 par. 2 kk), chyba że widzimy, że na tę scenę patrzy też sąsiad policjant czy prokurator. Nie chciałbym dywagacji, czy ten uścisk małolatów ma znikomą szkodliwość społeczną, albo czy nasze niezawiadomienie w takiej sytuacji ma znikomą szkodliwość społeczną (art. 1 par. 2 kk). Co zostaje? Huknąć na małolatów, żeby przestali (bo jedno za młode), czym zapobiegniemy dalszemu popełnianiu usiłowanego czynu zabronionego (art. 240 par. 2 in fine kk).

Hukniecie, czy będziecie kryć?

Krótka (ale nie aż tak) historia artykułu 196 kk

Zapewne nie udało się Wam nie zauważyć awantur wokół tęczowych aureol przydanych Matce Boskiej Częstochowskiej i późniejszego zatrzymania o 6 rano osoby, która te aureole namalowała (a później rozlepiała wraz z wizerunkiem). Reaktywowało to spór o stanowiący podstawę dochodzenie w sprawie przepis art. 196 kodeksu karnego, nie wyłączając publicznego wypominania kto konkretnie stał za uchwaleniem tego przepisu… Zatem dziś nieco historii.

Zacznijmy od samego przepisu, który brzmi następująco:
Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”

Oficjalnie uchwalono go (wraz z całym nowym kodeksem karnym) w dniu 6 czerwca 1997 roku, po podpisaniu przez prezydenta Kwaśniewskiego ogłoszono go w Dzienniku Ustaw Nr 88 z dnia 2 sierpnia 1997 roku, obowiązuje od 1 września 1998 roku. Przez 20 lat z haczykiem nie uległ żadnej zmianie, statystykami jego stosowania za wszystkich kolejnych rządów zupełnie nie będziemy się zajmować.

Ale… ten przepis wcale nie był nowością. Identyczne znamiona czynu i zasadniczo identyczne kary przewidywał już poprzedni kodeks karny z 1969 roku – z tą tylko różnicą, że za Polski Ludowej najpierw grożono karami najsurowszymi, aż do najłagodniejszej. No i artykuł miał numer 198.

art 198 dkk

Ale! To wcale nie był wymysł jurystów z czasów gomułkowskich. Oni… przepisali starszy przepis, a konkretnie artykuł 5 dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania (tylko kary zmniejszyli). Dekretu z 5 sierpnia 1949 roku, podpisanego przez ministra Świątkowskiego, premiera Cyrankiewicza i prezydenta Bieruta. Dziw bierze, że odrodzona prokuratura tak gorliwie stosuje przepis zrodzony w czasach stalinizmu…

art 5 dekretu 1949

Byłoby jednak niesprawiedliwością nie zajrzeć do wprowadzonego rozporządzeniem prezydenta Mościckiego międzywojennego kodeksu karnego z 1932, zwanego potocznie kodeksem Makarewicza. Tam w artykule 173 znajdujemy karalność nie tylko znieważenia (publicznego) przedmiotu czci religijnej lub miejsca kultu, ale także także wyszydzanie dogmatów lub wierzeń… Nie ma jedynie tego budzącego emocje sformułowania „uczucia religijne”. Ale! Cały rozdział XXVI, w którym umieszczony jest ten przepis, jest zatytułowany „Przestępstwa przeciw uczuciom religijnym”…

art 173 kk 1932

Wypominając autorstwo przepisu, oddawajmy autorom, co autorskie.

Powróćmy do starych podatków

Dawno, dawno temu… kiedy nie istniały jeszcze blogi, a internet w Polsce w najlepszym wypadku próbował podnieść główkę, wprowadzono w Polsce podatek dochodowy od osób fizycznych (niektórzy pamiętają). I tak mnie naszło na sprawdzenie: co by było, gdyby utrzymać w pierwotnym kształcie (przynajmniej jeśli chodzi o stawki, a nie o potężnie rozbudowane szczegóły) ówczesny kształt tego podatku z 1992 roku?

Dla tych co nie wiedzą, lub nie pamiętają, na początek opis. Były trzy stawki podatkowe: 20%, 30% i 40%. Pierwsza obejmowała dochody nieprzekraczające (wtedy jeszcze chyba Rada Języka Polskiego kazała to pisać rozdzielnie…) kwoty 64,8 miliona złotych, druga od 64,8 mln zł do 129,6 mln zł, trzecia była przeznaczona dla hektomilionerów o dochodach powyżej 129,6 mln zł. Podatek pomniejszano o kwotę 864 tysięcy złotych, czyli tzw. kwota wolna wynosiła 4 mln 320 tysięcy złotych rocznie.

pit1992

Oczywiście pamiętacie (zyg zyg marchewka), że 1 stycznia 1995 roku wprowadzono denominację złotówki, i wszystkie liczby należy podzielić przez 10 tysięcy – co daje kwotę wolną 432 zł, pierwszy próg 6.480 zł i drugi próg 12.960 zł. To już nie wygląda tak obiecująco, prawda? Ale! W tamtych czasach ceny i pensje rosły po kilkadziesiąt procent rocznie, więc przezorny ustawodawca (wtedy się zdarzał) zapisał mechanizm waloryzacji wszystkich kwot skali podatkowej o wskaźnik wzrostu wynagrodzeń ogłaszany przez GUS (wskaźnikiem wzrostu przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego za III kwartały w porównaniu do tego samego okresu roku poprzedniego, gdyby to kogoś interesowało. Problem w tym, że z uwagi na stan budżetu jakoś szybko tych waloryzacji zaniechano…

Postanowiłem spróbować policzyć, jak powinny te progi wyglądać dzisiaj (pamiętając że stawki też po drodze parę razy zmieniano). Komunikat GUS z listopada 1992 podawał przeciętne wynagrodzenie w III kwartale 1992 roku w kwocie 3.090 tys. zł (po denominacji: 309 zł). Komunikat GUS z listopada 2018 roku podawał przeciętne wynagrodzenie w III kwartale 2018 roku w kwocie 4.580,20 zł. Proste? Oczywiście jest haczyk – wynagrodzenia są podawane brutto, czyli wg stanu na 2018 z uwzględnieniem składek na ubezpieczenie społeczne, a wg stanu na 1992 bez, bo wliczanie składek do wynagrodzenia brutto wprowadzono od 1999 roku. Przeciętne wynagrodzenie z 1992 roku należy więc ubruttowić wskaźnikiem, którym „podwyższano” wszystkie wynagrodzenia w 1999 roku, wynoszącym 123,0164% – zatem do porównania należy przyjąć kwotę 309 x 1,230164 = 380,12 zł. Wychodzi na to, że w latach 1992-2018 przeciętne wynagrodzenie wzrosło: 4.580,12/380,12=12,049, dwunastokrotnie…

Kiedy przemnożymy wszystkie liczby z pierwotnej skali wskaźnikiem 12,049, to mamy następującą skalę podatkową:
– do kwoty 78.077,52 zł podatek wynosi 20% minus 1.041,03 zł
– od kwoty 78.077,52 zł do kwoty 156.155,04 zł podatek wynosi 14.574,47 zł plus 30% nadwyżki nad 78.077,52 zł
– powyżej kwoty 156.155,04 zł podatek wynosi 37.997,73 zł plus 40% nadwyżki nad 156.155,04 zł
(kwota wolna wynosi 5.205,15 zł rocznie, czyli ok. 433,76 zł miesięcznie)

Dla porządku przypomnijmy, że w obecnej skali podatkowej płacimy 18% podatku od dochodu do 85.528 zł, a przy dochodzie ponad 85.528 zł – 15.395,04 zł + 32% nadwyżki ponad 85.528 zł (z kwotą wolną zasadniczo 3.089 zł, ale dla najniższych dochodów dążącą do 8000 zł, a dla wysokich – do zera). Oczywiście jeśli ktoś płaci według tej skali… ale to temat na inną okazję.

Stopnie ostrożności

Obserwuję – nieco z boku – kłótnie o to, jak wygląda, a jak powinna wyglądać sytuacja pieszych na polskich przejściach, zwłaszcza w kontekście smutnych statystyk o ilości wypadków, w tym śmiertelnych. I tak mi od dawna chodzi po głowie, żeby o paru drobiazgach w tym zakresie napisać.

Czym jest przejście dla pieszych? Zasadniczo miejscem, gdzie pieszy ma pierwszeństwo przed samochodem – kiedy już na to przejście wejdzie; zasadniczo, bo nie powinien na nie wchodzić, jeżeli samochód właśnie jedzie przez przejście lub zaraz na nie wjedzie. Nie ma natomiast pierwszeństwa, jeżeli tylko chce na przejście wejść (tu właśnie pojawiają się propozycje, by wzorem różnych innych krajów przyznać pierwszeństwo pieszemu, który na przejście właśnie chciałby wejść, najlepiej jeśli sygnalizuje to zachowaniem). Tym właśnie przejście różni się od skrzyżowania – na skrzyżowaniu pierwszeństwo jest wyznaczone już samym układem dróg lub znaków drogowych, wskazującym który z samochodów powinien ustąpić pierwszeństwa innym.

I pieszy, i kierowca mają obowiązek zachować przed przejściem „szczególną ostrożność”. Taką samą ostrożność kierowca ma obowiązek zachować też przed skrzyżowaniem, oraz przed przejazdem kolejowym. Różnica polega jednak na tym, że kierowca ma obowiązek:
– przed przejściem – ustąpić pieszemu będącemu na przejściu,
– przed skrzyżowaniem – ustąpić nadjeżdżającemu samochodowi,
– przed przejazdem – upewnić się czy nie nadjeżdża pociąg…

Różnica w określeniu obowiązków związanych ze „szczególną ostrożnością” ma swoje uzasadnienie przede wszystkim w fizyce. Pieszy ma 60 kg i porusza się z prędkością 5 km/h. Samochód ma 600 kg (czasem i 6000 kg) i porusza się z prędkością 50 km/h. Pociąg waży 60.000 kg albo i 160.000 kg i nawet jeśli porusza się tylko z prędkością 50 km/h, to jego pęd i energia kinetyczna są na tyle duże, że samochód nie wyjdzie dobrze ze starcia z pociągiem, a zarazem odpowiednio trudniejsze jest jego wyhamowanie. Różnica pomiędzy pieszym a samochodem – w zakresie pędu, energii kinetycznej oraz skutków zderzenia – jest niewiele mniejsza, a na dodatek pieszy może się zatrzymać praktycznie w miejscu, w odróżnieniu od samochodu. Mówiąc najkrócej: nikt lepiej nie uchroni pieszego przed niekorzystnym działaniem praw fizyki, niż sam pieszy.

Oczywiście, nie oznacza to, że nie należy szukać lepszej ochrony dla słabszego uczestnika ruchu, ani nie usprawiedliwia tych kierowców, którzy wymóg ostrożności zlekceważą (gdyż to przekraczanie dozwolonej prędkości lub inne przewinienia drogowe stanowią przyczynę większości przypadków na przejściach).

PS Wpis został popełniony w oparciu o stan prawny na 17.03.2019, który w przyszłości może ulec zmianie (w odróżnieniu od praw fizyki). Poniżej wyciąg z przepisów prawa o ruchu drogowym (niektóre fragmenty przepisów pominięto* dla przejrzystości).

Art. 13 ust. 1:
„Pieszy, przechodząc przez jezdnię lub torowisko, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność oraz korzystać z przejścia dla pieszych*. Pieszy znajdujący się na tym przejściu ma pierwszeństwo przed pojazdem.”

Art.14 pkt 1 lit a):
„Zabrania się wchodzenia na jezdnię bezpośrednio przed jadący pojazd, w tym również na przejściu dla pieszych.”

Art. 2 pkt 23:
„ustąpienie pierwszeństwa – powstrzymanie się od ruchu, jeżeli ruch mógłby zmusić innego kierującego do zmiany kierunku lub pasa ruchu albo istotnej zmiany prędkości, a pieszego – do zatrzymania się, zwolnienia lub przyspieszenia kroku”

Art. 26 ust. 1
„Kierujący pojazdem, zbliżając się do przejścia dla pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na przejściu.”

Art. 25 ust. 1
„Kierujący pojazdem, zbliżając się do skrzyżowania, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa pojazdowi nadjeżdżającemu z prawej strony*”

Art. 28 ust. 1
„Kierujący pojazdem, zbliżając się do przejazdu kolejowego oraz przejeżdżając przez przejazd, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność. Przed wjechaniem na tory jest on obowiązany upewnić się, czy nie zbliża się pojazd szynowy, oraz przedsięwziąć odpowiednie środki ostrożności*”

Art.28 ust. 2:
„Kierujący jest obowiązany prowadzić pojazd z taką prędkością, aby mógł go zatrzymać w bezpiecznym miejscu, gdy nadjeżdża pojazd szynowy*”