wyścig Schroedingera

Obejrzałem wyścig, który bez kozery mogę nazwać najdziwniejszym wyścigiem jaki mi przyszło oglądać (a oglądałem m.in. Monaco 1996). Przedziwny, bo w zasadzie… nie wiem czy się odbył.

Zacznijmy od faktów, bo te nie wszystkim będą znane. Otóż wyścig miał ruszyć o 15.00. Ponieważ lało sakramencko, opóźniono to o jakieś pół godziny (taka procedura), po czym wszystkie samochody ruszyły za samochodem bezpieczeństwa (taka procedura). Przejechały parę okrążeń, nawet nie liczyłem ile, i dyrekcja wyścigu zarządziła: przerywamy zabawę, wszyscy zjeżdżać do alei serwisowej (jest taka procedura).

Samochody postały sobie w alei parę godzin, aż deszcz zelżał, po czym samochód bezpieczeństwa ponownie wyprowadził je na tor. Przejechały parę okrążeń, i kiedy już wypatrywaliśmy chwili, kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał do rozpoczęcia ścigania na mokrym torze, przyszedł kolejny sygnał od dyrekcji wyścigu że przerywamy zabawę… Więcej już nie wyjechali.

Dziwne? Co zrobić, czasem ściganie się 250 km/h jest niebezpieczne dla życia i zdrowia (na amerykańskich owalach chyba w ogóle nie startują jak jest mokro). Znacznie dziwniejsze jest jednak, co powychodziło z tych wszystkich procedur…

Zacznijmy od startu. Zgodnie z regulaminem, kiedy samochód bezpieczeństwa na początku poprowadził stawkę, mieliśmy do czynienia z tzw. okrążeniem formującym lub rozgrzewkowym (formation lap). Ważne jest, że takie okrążenie nie stanowi części wyścigu – ten zaczyna się dopiero z chwilą startu. Normalnie wyścig rusza ze startu zatrzymanego – wiecie, wszyscy stoją, gazują silniki, gasną czerwone światła (artykuł 38.10 regulaminu, dalej będę już tylko numerki podawał)… Jeżeli okrążenie rozgrzewkowe zaczyna się za samochodem bezpieczeństwa, wówczas start zatrzymany (standing start) nadal jest możliwy (43), ale możliwy jest także start lotny (rolling start, 44) – wtedy samochód bezpieczeństwa zjeżdża sam do alei serwisowej, a kierowcy ruszają jak w przypadku „zwykłego” samochodu bezpieczeństwa, rozpoczynając wyścig. O tym że będzie start lotny, powiadamia się w sposób określony w procedurze…

Dziś tego nie było – nastąpiło przerwanie procedury startowej (starting procedure suspended, 45). W takiej sytuacji jeśli wyścig ma ruszyć, to nie ma mowy o starcie zatrzymanym – w grę wchodzi tylko start lotny według procedury restartu w razie przerwania wyścigu (51)… Zaznaczmy jeszcze raz: do tego momentu NIE NASTĄPIŁ start wyścigu, bo procedura startowa została przerwana (dosłownie zawieszona, gdyby jakiś purysta).

Cóż zaś przewiduje procedura restartu? Otóż… wygląda ona w zasadzie tak samo jak procedura startowa, tyle że z alei na odpowiednik okrążenia formującego wyjeżdża się za samochodem bezpieczeństwa. W normalnych warunkach po jednym okrążeniu samochody powinny się ustawić na polach startowych i jazda, natomiast jeżeli warunki nie pozwalają lub nastąpiło zawieszenie procedury startu lub restartu – restart następuje jako start lotny. Tak, w chwili kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał że można się ścigać i zjedzie do alei serwisowej… To zaś nie nastąpiło. Zestawiając jedno z drugim dochodzimy do wniosku, że właściwie start do wyścigu w ogóle nie nastąpił.

Czy jest to całkowicie oczywiste? Na pierwszy rzut oka tak, ale… jest kruczek. Otóż w procedurze restartu są dwa przepisy które sugerują nieco inaczej. Pierwszy przewiduje, że wyścig zostanie wznowiony (resumed) kiedy zapalą się zielone światła i samochód bezpieczeństwa wyjedzie z alei serwisowej (51.8). Drugi przewiduje, że każde okrążenie przejechane za samochodem bezpieczeństwa zalicza się jako okrążenie wyścigu (51.12, piąty akapit). Czy wyścig może być wznowiony, lecz nie zrestartowany (wystartowany)…

To, czy dzisiejszy wyścig w ogóle się odbył (raczej się nie odbył jeśli się nie rozpoczął), będzie przedmiotem wielu dyskusji, ba! może i sporów. Ja pozostanę w konfuzji, przyjmując na prywatny użytek że tego wyścigu jednak nie było (w istocie nie było, a formalnie się odbył skoro sporządzono oficjalny protokół potwierdzający że się odbył). Cóż, wiele dziwnych rzeczy już Formuła 1 widziała przez te 70+ lat.

nowe ładki

Widmo krąży po Polsce – widmo zmian w systemie podatkowym, zwanych potocznie Nowym Ładem. Dyskusje wzbierają, bo slajdy w Powerpoincie i deklaracje z konferencji prasowych zostały przełożone na język przepisów, projekt wielkiej nowelizacji (jak pierwszy raz ją przeglądałem to zażądałem napisania od nowa ustawy o PIT, bo już i tak ani się nie da jej czytać, ani nawet za bardzo po niej nawigować) został opublikowany. Pojawiły się kalkulatory udające symulację ile kto na Nowym Ładzie straci…

Ja tam w obce kalkulatory nie wierzę, wolę samemu posprawdzać, więc z pewną taką niechęcią do projektu zajrzałem. Oczywiście, bez trudu znajduje się w nim to co najłatwiejsze do znalezienia, czyli kwotę wolną od PIT w wysokości 30 tysięcy złotych (choć zapisane jako kwota do odjęcia od podatku). Znacznie bardziej z wielu względów ciekawiło mnie jak to dokładnie ma być z tą składką zdrowotną, którą na działalności gospodarczej ma się płacić od całości dochodów – a tu i diabeł, i inni szatani czynni są w szczegółach. I powiem wam…

Więc zasadniczo podstawą składki zdrowotnej ma być dochód podatkowy – pomniejszony o zapłacone składki na „zwykły ZUS” (w przyszłym roku, powiedzmy dla uproszczenia, 1200 zł). Jeżeli więc ktoś zarobi – po opłaceniu kosztów – 10 tysięcy miesięcznie, to składkę zdrowotną 9% zapłaci od 10.000-1.200=8.800 zł, czyli 792 zł. Wygląda niemało, zwłaszcza że wg luźnych szacunków wg dotychczasowych zasad przyszłoroczna składka zdrowotna wynosiłaby ok. 400 zł. Jeżeli ktoś zarobi w miesiącu 5200, to składka zdrowotna 9% od 5.200-1.200=4.000 zł wyniesie już tylko 360 zł, mniej niż w tym roku… A jak ktoś będzie mieć słaby miesiąc (bo wpadnie składka na OC/AC albo z innego powodu) i zostanie mu 2000 zł dochodu, czyli po odliczeniu składki ZUS 800 zł… wstrzymajcie konie, aż tak dobrze nie będzie, miesięczna podstawa składki zdrowotnej nie może być niższa niż minimalne wynagrodzenie, czyli w przyszłym roku najprawdopodobniej 3000 zł, a więc 270 zł trzeba będzie wybulić tak czy siak. I na dodatek trzeba będzie co miesiąc do ZUS wysyłać informację ile wyniósł dochód (do urzędu skarbowego aktualnie nie trzeba, nie wiem czy sam ZUS będzie z tego powodu szczęśliwy).

Jeśli jesteście czujni lub macie doświadczenie, to macie na końcu języka pytanie: zaraz, to czy jeśli płaci się od rzeczywistego dochodu, a w niektórych miesiącach (kiedy jest niski dochód lub zgoła strata) więcej, to czy to nie powinno być jakoś wyrównywane? Otóż… i tak, i nie. Nie, bo nie ma mechanizmu rozliczania tego na bieżąco. Tak, bo można to zrobić – uwaga – po zakończeniu roku. Pod warunkiem jednak że złoży się w terminie wniosek (pomijam inne drobiazgi), a jak się wniosku w określony sposób nie złoży to umarł w butach.

Oczywiście, to tylko PROJEKT i to jeszcze nawet nie skierowany do Sejmu, tylko na etapie konsultacji społecznych. Jeżeli to jednak przejdzie w takiej formie (a mam w sobie wystarczająco dużo pesymizmu, żeby w to wierzyć), to czeka nas sporo zabawy.

popłynąć jak do Tokio i z powrotem

Przyznam, że nadchodzącymi Igrzyskami Olimpijskimi jakoś się zupełnie dotąd nie przejmowałem (co najwyżej okazjonalną myślą, czy w ogóle się odbędą), nawet za bardzo nie wiedziałem kto z polskich sportowców się tam wybiera i po co (po wiktorię i glorię, czy po coubertinowski udział). Mam jedynie świadomość, że w każdej dyscyplinie, a może nawet konkurencji, trzeba spełnić określone wymagania, żeby móc wystartować, inaczej w zasadzie mogliby wystartować prawie wszyscy i byłby jeden wielki radosny bałagan

I tu nagle pojawiła się informacja o naszym może nie tak wielkim i na pewno nie radosnym, ale bałaganie w związku pływackim. Co dokładnie się stało, bardziej wierzę niż wiem, samemu w ogóle nie zgłębiałem zasad kwalifikacji pływaków. Na ile rozumiem, pływaczki i pływacy mieli określone dwa poziomy wyników gwarantujących ich możliwości „na poziomie olimpijskim”, a to minimum A i minimum B (dla każdego stylu i dystansu). Minimum A daje zawodnikowi gwarancję startu indywidualnego, minimum B – gwarancję startu w sztafecie i prawo ubiegania się o start indywidualny, jeśli nie będzie dość takich z minimum A… I tu zdaje się pojawia się regulaminowy kruczek – jak pływaczkę/ka z minimum B zgłosi się tylko do sztafety, to może zapomnieć o starcie indywidualnym; jeżeli natomiast zgłosi się taką osobę do startu i w sztafecie, w i indywidualnie – to jeżeli nie znajdzie się dla niej miejsce indywidualnie, to wypada ze składu całkowicie.

W składzie polskiej reprezentacji pływackiej na Tokio, zatwierdzonym i ogłoszonym na początku czerwca, znalazło się:

  • 9 zawodników z minimum A
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych i do sztafet i indywidualnie.

I co się stało? No tak, nietrudno się domyślić: z tej siódemki z minimum B, zgłoszonych także indywidualnie, zgodę na start dostała tylko 1 osoba. Pozostała szóstka już w Japonii w zasadzie mogła tylko zacząć szukać biletu powrotnego do domu, a tam oburze, gromy, wywiady w mediach… Choć, wybaczcie tę uwagę, na długo wcześniej powinni byli wiedzieć że coś jest na rzeczy, skoro mieli minimum tylko na sztafetę, a zgłoszenie także na start indywidualny, nie wiem na ile zainteresowanym trudno było samodzielnie dotrzeć do warunków wstępu na Igrzyska, rzecz dla nich najważniejszą w ostatniej cztero- czy pięciolatce.

W zasadzie mógłbym o tym wszystkim napisać, ale kiedy próbowałem to wszystko zweryfikować i zrozumieć, jedna rzecz mnie uderzyła jako szczególnie niesprawiedliwa. Otóż – jak wyliczałem powyżej – do Tokio poleciało 7 osób z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet, i 6 osób z minimum B zgłoszonych także indywidualnie, dla których zabrakło miejsca. Ponieważ – jak rozumiem – bez tej szóstki nie dało się skompletować zadeklarowanych sztafet, w wyniku przeprowadzonych „negocjacji” ustalono że trójka z tej szóstki jednak dostanie szansę występu olimpijskiego. Niestety, oznaczało to, że do domu powrócić musi trójka z tych pływaków, którzy z minimum B byli zgłoszeniu tylko do sztafet, parafrazując Kaczmarskiego, MKOl-owi liczba się musi zgadzać…

Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek z tych sztafet miała szansę na olimpijski sukces, nie wiem czy mierzyliśmy dla nich wyżej niż udział w finale. Każdy wynik będzie tu gorzki.

wimbledońskie podatki

Wyobraźmy sobie osobę grającą w tenis (dla uproszczenia pomińmy płeć tej osoby), która wybrała się do Anglii na turniej na kortach Wimbledonu i poszło jej znakomicie. Emocje, endorfiny, sława, zdjęcia z kibicami, wywiady.. (wizyty w zakładach pracy raczej niekoniecznie, to już nie ta epoka) Ale też – nie ukrywajmy – pieniądze, osoba wygrywająca turniej zarabia 1,7 mln funtów, osoba, która tylko wystartowała w pierwszej rundzie, zarobiła funtów 48 tysięcy.

Zarobiła… znaczy można opodatkować. Osoba z Polski, zakładamy, płaci podatki w Polsce; już te 48 tysięcy funtów „za start” to po obecnym kursie ze ćwierć miliona, urząd skarbowy uśmiecha się drugą stawką, a jak sukces to nawet danina solidarnościowa patrzy z zaciekawieniem… Zaraz, chwilunia, a co na to Her Majesty’s Revenue and Customs? A HMRC na to: to miło, że do nas przyjechałeś, skoro u nas zarobiłeś, to serdecznie dziękujemy za podzielenie się z nami, dola wynosi 45% (czyli osoba odpadająca w pierwszej rundzie zostawia królowej 21.600 funtów podatku, a wygrywająca drobne 765 tysięcy funtów). Nie wspominajmy już nawet o tym, że HMRC patrzy z uwagą na opaskę z nazwą sponsora i delikatnie przypomina, że czas pobytu w gościnie królowej uważa za czas pracy na rzecz sponsora, zatem odpowiednia część wynagrodzenia od sponsora to też zarobek uzyskany w Anglii, podlegający opodatkowaniu…

Co na to nasz rodzimy urząd skarbowy? Patrzy ze smutkiem na kwit o potrąceniu 45% podatku, bo jednak rodzima stawka niższa. Niższa, a podatek potrącony przez HMRC odlicza się od podatku należnego w Polsce. Uff, tylko do wysokości tego co byloby do zapłaty w Polsce.

Nie zarabia to państwo polskie na wimbledońskich wiktoriach, oj nie zarabia.

jak nie spalić

Krzysztofowi w uznaniu jego dociekliwości, choć bardziej go obchodziło dlaczego, niż jak

Trwa Euro, dziwne choćby dlatego że przenoszone zeszłoroczne, więc powracają dyskusje piłkowe i okołopiłkowe. Nie może zabraknąć więc i tematu nieśmiertelnego spalonego, tego zjawiska magicznego, którego rozumienie ma odróżniać chłopców od mężczyzn (i przypominać o seksistowskim stereotypie że futbol jest dla mężczyzn, bo kobiety nie potrafią zrozumieć co to spalony…).

Co to takiego ten spalony? To co do zasady sytuacja, w której piłka jest zagrywana „do przodu” (przyjmując że przód-tył oceniamy wzdłuż linii bocznej boiska, w kierunku bramki przeciwnika lub własnej) i w momencie zagrania „adresat” zagrania znajduje się „za obrońcami”, czyli między nim a bramką znajduje się najwyżej jeden piłkarz drużyny przeciwnej (zwykle bramkarz, ale nie jest to wcale częścią definicji). Dokładnego brzmienia przepisów nie przytaczam żeby nie zanudzić…

Właśnie: przepisów. Prawnik słysząc o przepisach natychmiast zaczyna myśleć o ich stosowaniu w praktyce, i co tu ukrywać, stosowanie przepisów gry w piłkę nożną (lubię oficjalną angielską nazwę Laws of the Game) to nieustająca zabawa z ocenami sytuacji boiskowych. Sędziowie raz za razem oceniają czy zostały spełnione kryteria takiego czy innego przepisu, czy dane zachowanie zaklasyfikować jako X czy jako Y. Zapytacie może co tu oceniać przy spalonym? No, na sam początek trzeba dostrzec w którym dokładnie ułamku sekundy nastąpiło zagranie (już samo to, że decyduje moment dotknięcia piłki butem czy głową, a nie moment kiedy to dotknięcie się skończyło, niech będzie wskazówką poziomu trudności). Trzeba prawidłowo ocenić w którym dokładnie miejscu znajdował się atakujący, a w którym obrońca (i nie wspominajmy że decydować może czubek buta lub fragment barku, o miejscu gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę nie wspominając). A do tego jeszcze i różne inne regulaminowe niuanse…

Przyjrzyjmy się temu na przykładach, wybrałem sobie parę z meczu Walia-Turcja. Na początek sytuacja, która akurat bramką się nie zakończyła (choć zasadniczo powinna):

Linię spalonego – narysowaną bardzo orientacyjnie – wyznacza jakaś część ciała obrońcy wyróżnionego na biało. Nawet bez tej linii potrafimy stwierdzić, że napastnik wyróżniony na czerwono jest za tą linią, a więc.. Ale ten napastnik to wie, więc sobie tylko spaceruje udając że zabłądził, dzięki czemu jest na pozycji spalonej, ale nie na spalonym (bo nie bierze udziału w akcji). Piłka zostanie natomiast zagrana do napastnika podkreślonego na zielono, który w momencie podania znajduje się przed linią ostatniego obrońcy, i spalonego nie ma… a to wszystko z piłką lecącą parędziesiąt metrów na sekundę i piłkarzami biegającymi w tempie kilku metrów na sekundę, decydować będą centymetry.

Spójrzmy na kolejną sytuację, tym razem to zdobycie drugiej bramki przez Walijczyków.

W zasadzie można zapytać gdzie tu spalony jeśli mamy strzał na bramkę, a nie zagranie do kolegi… Ale spalony może być także wtedy, kiedy kolega znajduje się na pozycji spalonej (bliżej bramki niż obrońcy) i chociaż nie zamierza piłki dotknąć, to daje korzyść swojej drużynie np. zasłaniając bramkarzowi. Czy zatem dryblas zaznaczony na żółto jest na spalonym? Spójrzmy z innego miejsca, decyduje wszak stan rzeczywisty, a nie wybrane ujęcie…

Stąd widać, że po pierwsze raczej jednak bramkarzowi nie przeszkadza w obronie strzału (zielone linie pokazują potencjalne uderzenia), bo znajduje się za bardzo z boku (żółtych linii pokazujących gdzie go byłoby widać zrobiło się aż za dużo). Po drugie zaś – czego nie było widać na pierwszy rzut oka – linię spalonego (czerwoną) wyznacza nam zagubiony gdzieś w rogu pola karnego obrońca, wcześniej ośmieszająco tam ograny, a teraz na dodatek wykluczający nawet pozycję spaloną…

Spalony to w praktyce ciężki kawałek chleba. Po to są na boisku dwaj sędziowie boczni, żeby to lepiej widzieć, po to jest sędzia z telewizorkiem (ścianą monitorów), który przygląda się różnym ujęciom żeby to wszystko ocenić i podpowiedzieć, czy jednak czubek buta był bliżej, czy dalej niż bark.

PS zdjęcia z relacji TVP Sport

palestyński Finlandczyk

Zdziwiłem się kiedyś nawet trochę, że dowiedziałem się, że istnieje słowo „Finlandczyk”, które oznacza po prostu obywatela Finlandii, bez względu na narodowość – a więc nie tylko Fina, ale także Szweda, Saama (kiedyś: Lapończyka), Karela, Rosjanina, Kurda, Araba czy Nigeryjczyka. Podejrzewam, że każdy „intuicyjnie” uznaje że ktoś z Finlandii jest Finem i basta.

Ubolewam przy tym, że nie mamy w Polsce odpowiednika tego słowa, co wpływa na mylne utożsamianie „Polaka” z obywatelem Polski i członkiem narodu polskiego zarazem. Oczywiście, w Konstytucji mamy pamiętną frazę „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”, która sugeruje tożsamość przynależności do narodu i obywatelstwa, ale jednak nie budzi najmniejszych wątpliwości, że Polacy jako naród w znaczeniu etnicznym to inna kategoria (gdyby próbować wyciągać dalej idące wnioski z tej definicji, to etniczni Polacy żyjący poza Rzecząpospolitą i pozbawieni jej obywatelstwa nie należeliby do narodu). Z formalnego punktu widzenia uznajemy wszak istnienie w Polsce kilkunastu mniejszości narodowych i etnicznych (rozróżnienie między mniejszością narodową i etniczną sprowadza się tylko i wyłącznie do posiadania własnego państwa przez daną grupę, Ukraińcy mają swoje państwo, a Łemkowie – nie); czy są zatem „Polakami” Dietmar Brehmer (Niemiec), Eugeniusz Czykwin (Białorusin) czy Natalia Hładyk (Łemkini)? Czy są Polakami imigranci z polskim obywatelstwem tacy jak John Godson, Petros Tovmasyan lub Natalia Nguyen? Że też nie wspomnę o grupach mieszkańców Polski które od narodowości polskiej się odcinają, choć Polska nie uznaje ich odmienności…

Temat powrócił mi na marginesie dyskusji o terminologii dotyczącej kraju między Jordanem a Morzem Śródziemnym. Zawsze mam bowiem problem jak pisać o nieżydowskich mieszkańcach Izraela (posiadających obywatelstwo tego państwa) – słownik mówi że są oni Izraelczykami na równi z izraelskimi Żydami (choć nie mam pewności czy oni sami chcieliby tak o sobie mówić). Można byłoby o nich z dużą pewnością mówić „Palestyńczycy”, aczkolwiek pojawia się wtedy pytanie jak odróżnić ich od mieszkańców Autonomii Palestyńskiej (Palestyńczycy autonomiczni i Palestyńczycy izraelscy?). Osobiście najchętniej używam formy „izraelscy Arabowie”, choć pewnie i temu można wytknąć jakąś niepoprawność.

Zapewne istnieją też i Palestyńczycy z obywatelstwem Finlandii, tytuł z jednej strony miał być chwytliwy, a z drugiej łączyć wątki.

mity o marnowaniu szczepionek

Akcja szczepień przeciwko COVID-19 idzie jak idzie, tak krawiec kraje jak mu materiału… Ocena – przyznam – nie jest łatwa, dane są dostępne fragmentarycznie, czasem trzeba odgadywać co i jak. Narastają przez to oczywiście rozmaite mity, w tym że szczepionki są marnowane.

Więc na początek zaznaczmy, że marnuje się niewiele, około 1,3 promila wykorzystanych dawek, czyli 13 dawek na użytych 10 tysięcy. Marnowanie może mieć przeróżne formy – znany jest przypadek, kiedy przesyłkę z 90 szczepionkami kurier zostawił w sekretariacie, a sekretariat nie wiedział że to szczepionki, które należy pilnie umieścić w lodówce… Zmarnowanie może też nastąpić w wyniku najbardziej banalnego upuszczenia fiolki, która się stłucze lub wyleje zawartość. Do „zmarnowania” dojdzie również, kiedy z powodu ludzkiej omylności czy niezręczności nie uda się z fiolki „wydobyć” tylu dawek, ile dopuszcza norma (Pfizer 6, AstraZeneca 10).

Tu dochodzimy do kwestii „przeterminowania”. Szczepionki Pfizera przechowuje się w temperaturze około -80 stopni, a po wyjęciu ich z takiej temperatury należy je zużyć w ciągu kilku dni (potem „śmietnik”). Szczepionki AZ można przechowywać w zwykłej lodówce przez 2 miesiące, ale po otwarciu fiolki należy ją zużyć w ciągu 48 godzin (krócej, jeśli jest trzymana poza lodówką). Dlatego istotne jest, żeby osoby zapisane przychodziły na szczepienie, bo jeśli nie…

Pojawia się czasem mit, że przepisy nie pozwalają (i przez to się marnuje). Fakt, nie pozwalają na praktyki jak w Izraelu, że pod koniec dnia „naganiano” każdego przechodzącego, żeby może wstąpił się zaszczepić – co jednak nie znaczy, że nic się nie da zrobić. Rozporządzenie określające kolejność szczepień wyróżnia obecnie 15 grup, które co do zasady powinny być szczepione w kolejności (obecnie szczepimy grupę 11, czyli seniorów, a ponieważ wielu z nich nie może być szczepiona preparatem AZ – to w tym zakresie już co najmniej dotarliśmy do grupy 13). I teraz istotna rzecz: rozporządzenie pozwala – „w sytuacji ryzyka niewykorzystania szczepionki” – pominięcie kolejności wynikającej z kolejności grup i zaszczepienie osób z grup późniejszych. A że w grupie 15 mamy między innymi żołnierzy, policjantów, strażaków, prokuratorów… – to potencjalnych kandydatów do zaszczepienia nie powinno zabraknąć. Oczywiście, jeśli zostanie to odpowiednio przygotowane, czyli jeśli listy chętnych (szczepienie przeciwko COVID nie jest wszak przymusowe) zostaną przygotowane i będą dostępne wraz z danymi kontaktowymi…

Zatem: lepiej nie marnować, zwłaszcza że wkrótce powinniśmy znacząco zwiększać skalę szczepień i o zmarnowanie może być łatwiej.

ty, Moteusz…

Naprawdę nieraz nie rozumiem przyczyn, dla których media (i ludzie) zajmują się danym tematem czy osobą (nigdy na przykład nie pojąłem fenomenu procesu Ewy Tylman).

Ostatnio zadziwia mnie sprawa Moteusza, syna eks-prezydenta. No był se chłop pastorem, zgubił gdzieś powołanie, zdarza się. Poszedł do zwykłej roboty w handlu, normalna rzecz, i nawet nieszczególnie dziwi, że ojciec załatwił mu fuchę w firmie znajomego. A nuż sprzedaż folii bąbelkowej to prawdziwe powołanie… A tu artykuły, dyskusje, oświadczenia o wsparciu. OK, nawet trochę rozumiem że jeśli wcześniej ojciec publicznie pokazywał się z nim w mediach jak z misiem na Krupówkach, to ludzie pamiętają.

Zdecydowanie bardziej mnie zadziwia że chłop przy tej okazji zmienił nazwisko. Zmiana nazwiska w Polsce to w ogóle nie jest małe miki, trzeba mieć ważny powód do zmiany nazwiska, kierownik USC wydaje w tym zakresie ważną decyzję, a minister nadzoruje kształtowanie jednolitej polityki w zakresie zmiany nazwisk. Tak, oczywiście co roku w Polsce tysiące ludzi zmieniają nazwisko przy okazji małżeństwa (część także przy okazji rozwodu), ale żeby przy ślubie zmieniać nazwisko na panieńskie własnej matki to musi zajść wyjątkowa koincydencja.

Zastanawiam się luźno, dlaczego przy okazji Moteusz nie zmienił również dość charakterystycznego imienia. Na przykład na Amos.

Odszkodowania stanu nadzwyczajnego

Robi furorę temat odszkodowań, jakie Skarb Państwa wypłacałby (Pani płaci, Pan płaci) w razie ogłoszenia stanu nadzwyczajnego, w tym także wniosek, że rząd/prezydent/ktokolwiek wstrzymuje się z jego ogłoszeniem właśnie po to, żeby nie musieć ich wypłacać. Przyjrzyjmy się więc temu od początku, czyli od kodeksu cywilnego.

Ogólną zasadą jest, że kto ze swojej winy wyrządził innemu szkodę, jest zobowiązany do jej naprawienia (art. 415 k.c.). Poszkodowany musi więc udowodnić:
1) że poniósł szkodę, na czym ona polega i jaka jest jej wartość
2) kto za to ponosi winę
3) że pomiędzy tym, co winny zrobił (w tym czego nie zrobił, jeśli powinien był) a szkodą, istnieje odpowiedni związek (przyczynowo-skutkowy).
Istnieje też oczywiście szereg zasad poszerzających lub ograniczających te zasady, ale tym się tu nie będziemy zajmować. Szkodą może być zarówno strata majątkowa, jak i utracone korzyści (nie wspominając o tzw. szkodach na osobie, czyli chorobie itp).

Skarb Państwa co do zasady ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przy wykonywaniu władzy publicznej (pomińmy dla uproszczenia działania władz samorządowych, które odpowiadają za siebie), poprzez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie. Dla dochodzenia roszczeń odszkodowawczych niezbędne może być uprzednie wykazanie w innym postępowaniu sądowym, że takie działanie lub zaniechanie (a więc np. wprowadzenie zakazów stanu epidemii) było niezgodne z prawem. Nie ma ograniczenia co do tego, co mogą obejmować roszczenia odszkodowawcze.

Wiemy już zatem, co czeka kogoś, kto poniósł szkodę, i chciałby dochodzić jej naprawienia przez wytoczenie procesu – generalnie sporo pracy (głównie prawników). W przypadku stanów nadzwyczajnych (stan wojenny, stan wyjątkowy lub stan klęski żywiołowej) obowiązuje natomiast pewna szczególna regulacja (ustawa z 2002 roku, nigdy nie zmieniana), którą teraz spokojnie przeanalizujemy.

Otóż pierwszą i podstawową zasadą wynikającą z ustawy jest zdjęcie z poszkodowanego obowiązku wykazywania tego, co wynika z ogólnych zasad odpowiedzialności, i przyjęcie zasady, że można skierować roszczenia po prostu do Skarbu Państwa (bez wnikania, czy za szkodę odpowiada straż pożarna, straż gminna, wojsko, sanepid czy ochotnicy ratujący przed powodzią, kto komu wydał polecenie i czy mógł je wydać…). Skarb Państwa może się jedynie bronić wykazaniem, że za szkodę faktycznie poszkodowany sam jest sobie winien albo winna jest inna konkretna osoba (wtedy poszkodowany powinien dochodzić odszkodowania od takiej osoby). Z pozoru brzmi obiecująco, ale…

Skarb Państwa nie jest aż takim dobrym wujkiem, jakby się komuś wydawało. Żeby dochodzić odszkodowania od państwa, trzeba wykazać, że konkretna szkoda jest skutkiem konkretnego ograniczenia praw i wolności obywatela, wynikającego z zasad ogłoszonego stanu nadzwyczajnego. Jeżeli więc zostanie wprowadzony zakaz prowadzenia sklepów (ograniczenie prowadzenia działalności), to można dochodzić odszkodowania za towary, które się w tym sklepie przeterminowały; jeżeli wojsko zabierze zmagazynowane drewno na budowę umocnień (ograniczenie prawa własności), można za nie dochodzić odszkodowania – ale nie można tego pomieszać, szkoda musi wynikać z konkretnego zakazu.

Szczególna odpowiedzialność Skarbu Państwa ma też drugi haczyk – mianowicie w odróżnieniu od ogólnych zasad odpowiedzialności, jest ograniczona tylko do straty majątkowej – a więc tego, co ktoś posiadał przed wyrządzeniem szkody, a potem już nie miał (bo utracone, zniszczone lub uszkodzone). W przykładach z poprzedniego akapitu właściciel towarów czy drewna może więc żądać odszkodowania odpowiadającego cenie zakupu tych rzeczy, ale już nie cenie, po jakiej zamierzał je sprzedać – a już tym bardziej nie może żądać wypłacenia mu przyszłych zysków, jakie spodziewał się osiągnąć po wybudowaniu z tego drewna karczmy. Na potrzeby tej notki bardziej szczegółowo nad zakresem pojęcia „strata majątkowa” się nie będę rozwodzić, może innym razem, ale to co już napisałem, powinno dać do myślenia wyliczającym milionowe straty (a wykazanie wysokości szkody zawsze jest po stronie poszkodowanego).

Dodajmy, że roszczenia odszkodowawcze oparte na tej szczególnej odpowiedzialności za stan nadzwyczajny przedawniają się szybciej – należy wystąpić z roszczeniami w ciągu roku od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się o stracie majątkowej, i nie później niż w ciągu 3 lat od zakończenia stanu wyjątkowego („zwykłe” roszczenia w stosunku do winnego przedawniają się po upływie 3 lat odkąd się dowiedzieliśmy kto i co nam zrobił, ale nie później niż po upływie 10 lat od zdarzenia wywołującego szkodę).

Jakie natomiast jeszcze korzyści mógłby dać poszkodowanym stan nadzwyczajny? Teoretycznie decyzja wojewody w sprawie odszkodowania powinna być wydana w ciągu 3 miesięcy, a potem najpóźniej po 30 dniach wypłata odszkodowania. Jeśli komuś się decyzja nie podoba („niezadowolony”), bo odszkodowanie zbyt niskie lub zgoła żadne, ma 30 dni na wniesienie sprawy – bez opłaty – do zwykłego sądu (odszkodowanie przyznane w decyzji i tak zostanie wypłacone), a sąd… będzie sądzić, na tych szczególnych zasadach, lecz w zwykłym tempie (czyli tak samo jak w przypadku „zwykłych” roszczeń odszkodowawczych).

Wyrok drukarza bez drukarza

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” śpiewał Stuhr*. Też tak miewam, i jak mnie coś zaczyna irytować, to w końcu muszę o tym napisać, a napisanie notki pozwala i rozwinąć się swobodniej, i później łatwiej powielać (nie mówiąc o łatwości znalezienia).

Cóż mnie tak irytuje? Ano reakcje na stanowisko zajęte w siedzibie Trybunału Konstytucyjnego w Warszawie, w głośnej sprawie tzw. wyroku drukarza. Na wypadek gdybyście jakimś cudem nie słyszeli (lub nie kojarzyli), chodzi o sprawę pewnego drukarza, który odmówił wydrukowania plakatów (dla uproszczenia, dokładniej można poczytać u RPO) dla organizacji LGBT, twierdząc że „naszą pracą nie przyczyniamy się do promocji ruchów LGBT” (chodziło o ich treść raczej niż osobę zleceniodawcy). Zostało to uznane przez policję, a następnie sądy, za naruszenie przepisu art. 138 kodeksu wykroczeń, który (wciąż jeszcze, jeśli wierzyć stronie Dziennika Ustaw) brzmi (wytłuszczenie moje):

Art. 138. Kto, zajmując się zawodowo świadczeniem usług, żąda i pobiera za
świadczenie zapłatę wyższą od obowiązującej albo umyślnie bez uzasadnionej
przyczyny odmawia świadczenia, do którego jest obowiązany,
podlega karze grzywny.

Nie spodobało się to panu Prokuratorowi Generalnemu, który zaskarżył przepis do Trybunału twierdząc między innymi, że narusza to konstytucyjną wolność sumienia i religii usługodawcy. I jak brzmi stanowisko w tej sprawie? Ano tak, że przepis narusza Konstytucję, w związku z czym straci moc z chwilą zamieszczenia odpowiedniego ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Tyle że…

Nie ma na razie formalnego uzasadnienia odtwarzającego tok myślenia kryjący się za przedstawionym stanowiskiem, wiemy tylko tyle co w ogłoszonej konkluzji i komunikacie prasowym. Już jednak z tego, co wiadomo, jedno można stwierdzić kategorycznie: oficjalnie nie odniesiono się do stanowiska Prokuratora Generalnego o naruszeniu wolności sumienia i religii. Wyłączną podstawą przedstawionego poglądu o niekonstytucyjności przepisu jest uznanie przewidzianej nim sankcji karnej za nieadekwatną do celu tego przepisu (jaki jest ten cel i dlaczego sankcja karna jest nieadekwatna, tego może się dowiemy jak się pojawi uzasadnienie), zwłaszcza wskutek doszukania się w tym przepisie zbyt małej precyzji sformułowań (w takich sytuacjach mówi się, że dalsza analiza stała się zbędna).

Co to oznacza? Wbrew rozmaitym wypowiedziom (obu stron), Trybunał NIE POWIEDZIAŁ, że wolno odmówić wykonania usługi ze względów religijnych. Kiedy przepis częściowo straci moc, będzie „wolno” BEZ SANKCJI KARNEJ odmówić wykonania usługi z jakiegokolwiek powodu (brak powodu też może być powodem). Dodajmy dla jasności, że zmiana dotyczy tylko usług – ponieważ odmowa sprzedaży towaru jest formalnie sankcjonowana przez inny, analogicznie skonstruowany przepis kodeksu wykroczeń (art. 135), który jednak zaskarżony nie został, więc obowiązuje (domniemanie konstytucyjności, anyone?). Osobną kwestią jest, czy taka odmowa stała się przez to LEGALNA – otóż fakt, że coś nie jest KARALNE, nie powoduje zarazem że jest zgodne z prawem (patrz: prostytucja); nie będę teraz tego rozwijać, ale są przepisy (polskie i unijne, choć te pierwsze głównie inspirowane drugimi) o ochronie konsumentów, o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, o zakazie dyskryminacji… Ten, kto będzie chciał w swojej działalności odmawiać „po uważaniu”, może się mimo wszystko nadziać na rozmaite nieprzyjemności – choć tryb karania za wykroczenie był jednak najprostszy i potencjalnie całkiem dotkliwy.

Należy się spodziewać, że prędzej czy później powrócimy do poszukiwania środków prawnych mocno zniechęcających przedsiębiorców do odmawiania klientom (a przez to lepiej chroniących konsumentów, zwłaszcza tych najsłabszych). Jeśli do tego dojdzie, nie będzie się można powoływać że „Trybunał pozwolił odmawiać ze względu na wolność sumienia” – bo Trybunał wcale się na ten temat nie wypowiedział.

*Jerzy, drogie dzieci, nie Maciek