refleksje statystyczne

Wyobraźmy sobie organy ścigania, które działają wzorcowo. Wzorcowo, czyli znają doskonale wszystkie przepisy proceduralne i przeprowadzają wszystkie czynności, zwłaszcza dowodowe, bez najmniejszego im uchybienia. Wzorcowo, czyli precyzyjnie, bez naciągania i z uwzględnieniem wszystkich niezbędnych przesłanek składają wnioski do sądu (i innych instytucji). Wzorcowo, czyli sprawę kierują do sądu mając pewność co do winy oskarżonego, opartą na niezbitych dowodach. Wzorcowo, czyli nie popełniają błędu w postępowaniu przed sądem, a kontrdowody obrony nie są w stanie przełamać pewności wynikającej z dowodów oskarżenia.

Zastanówmy się na moment, jaki byłby praktyczny skutek takiego wzorcowego działania. Skoro organy dzałają wzorcowo, to wnioski kierowane do sądu powinny uwzględniać wszystkie za i przeciw, a bilans tej oceny powinien jednoznacznie przemawiać za uwzględnieniem wniosku przez sąd. Analogicznie skoro akt oskarżenia wnoszony jest na podstawie dowodów niepodważalnych proceduralnie, logicznie ani merytorycznie, wykazujących popełnienie przestępstwa przez oskarżonego ponad wszelką wątpliwość – to skazanie oskarżonego powinno być formalnością (koszmar obrony, której zostawałaby walka o wymiar kary). W zasadzie przy takim wzorcowym działaniu należałoby oczekiwać stuprocentowej skuteczności organów…

Takie myśli nasunęły mi się dziś kiedy czytałem, że sądy uwzględniają 99,45% wniosków o podsłuchy. Ton dyskusji wokół tej liczby jest podobny jak za każdym razem, kiedy wspomina się o 98% wyroków skazujących czy 90% uwzględnianych wniosków o tymczasowe aresztowanie… I nie, nie zamierzam twierdzić że organy ścigania (ani sądy) działają wzorcowo (zresztą nie mają 100% skuteczności), tylko że takie wskaźniki bynajmniej nie są dowodem patologii. W orzeczeniu w sprawie ekstradycji Edwarda Mazur amerykański sędzia Arlander Keys przyznał że w ciągu 12,5 roku pracy nigdy nie odrzucił wniosku o ekstradycję, ani nawet nigdy nie był temu bliski (aż do wniosku rządu polskiego o ekstradycję Mazura, oczywiście).

PS opinia społeczna nie chciałaby tak wzorcowo działających organów ścigania, bo wiele spraw – w tym głośnych – czekałoby na osiągnięcie pewności przez organy

czy jesteśmy na szczycie

W jednej z powieści McLeana jest scena, w której okręt podwodny z powodu dziury (zamykalnej, prawda) zanurza się w Oceanie Arktycznym i marynarze z przerażeniem patrzą na głębokościomierz raportując: „spadamy… spadamy… spadamy nieco wolniej… spadamy wolno… zatrzymaliśmy się… idziemy w górę…” Przypominała mi się ta scena kiedy – jak ci marynarze – bezsilnie i z przerażeniem patrzyliśmy na statystyki nowych zakażeń wirusem SARS-Cov-2 (jak niepozornie nazywa się przyczyna naszej zarazy znanej jako COVID-19), szukając w nich oznak spowolnienia, a może i zatrzymania fali.

Analiza tych danych nie jest prosta, bo same dane wykazują dość regularną zmienność w cyklu tygodniowym, dlatego najlepiej się posiłkować średnią z ostatnich 7 dni, która tę zmienność „wygładza” (pomijamy tu podejrzenia o manipulowanie danymi, bo z jednej strony nic lepszego niż oficjalnie podawane dane nie mamy, a z drugiej strony jeśli w zmanipulowanych danych są prawidłowości, to możliwe że dane nie są zmyślone, a jedynie „podrasowane”). Jeżeli spojrzymy na wartości tej średniej w ostatnich 7 dniach to mamy:
28.03 – 27372
29.03 – 27713
30.03 – 28302
31.03 – 28716
01.04 – 28873
02.04 – 28217
03.04 – 27690

Widzicie to co ja widzę? Przez pierwsze dni ta średnia rośnie po kilkaset przypadków dziennie. W prima aprilis rośnie zauważalnie mniej („spadamy wolniej!”), po czym w następnych dniach zaczyna zmieniać kierunek. Czy to przypadek, czy to coś oznacza…

Oczywiście nie ma gwarantowanej odpowiedzi na pytanie „co to znaczy”. W tym miejscu sięgniemy jednak do danych z pierwszej połowy listopada, kiedy szczytowała „druga” fala zakażeń:
07.11 – 22701
08.11 – 23789
09.11 – 24665
10.11 – 25540
11.11 – 25615
12.11 – 24978
13.11 – 24545

Widać podobny przebieg, niczym wierzchołek ostrej turni: najpierw mocne wzrosty, potem raptowne zmniejszenie wzrostu – i już jesteśmy po optymistycznej stronie krzywej (spadki trwały wtedy nieprzerwanie do połowy grudnia). Mam nawet wykres pokazujący przebieg „drugiej” i „trzeciej” fali…

Czy ten scenariusz się powtórzy, zobaczymy, po prostu skoro widać niemal identyczną „formację” to w zasadzie czemu mielibyśmy przyjmować że nie… Oczywiście nie wiemy co się zdarzy wskutek Świąt, dane z okresu Bożego Narodzenia sugerują że ludzie chodzili się testować i przed Świętami, i w samą Wigilię, więc pewnie nie ma co spodziewać się dziwnego wyniku jutro, ale już w poniedziałek i wtorek wyniki będą „świątecznie” zaniżone zapewne i dopiero w drugiej połowie tygodnia może będziemy wiedzieć czy trend się zamierza utrzymać (a skutki ewentualnych świątecznych zakażeń pewnie zobaczymy dopiero w następnym tygodniu).

jak nie używać kalkulatorów przy szczepieniach

COVID-19 towarzyszy światu od około roku (alarmy były z rok temu, pandemią oficjalnie został w lutym czy marcu, do nas zawitał w marcu), a od mniej więcej miesiąca widać światełko w tunelu w postaci pociągu ze szczepionką (przepraszam za ten żart, nie mogłem się powstrzymać). Szczepienia rozpoczęły się i u nas, aferki pominiemy bo w perspektywie tej notki nie mają znaczenia, do wczoraj zaszczepiono około 200 tysięcy osób (na razie pierwszą dawką, druga po kolejnych kilku tygodniach), nawet znam osoby już zaszczepione, podobno nic im szczególnego nie wyrosło.

Modne jest dziś przeliczanie, w jakim to tempie idzie akcja szczepień i ile lat jeszcze potrwa, nawet najsłynniejszy tegoroczny maturzysta Michał Rogalski się temu poddał (i wyszło mu oczywiście że idzie za wolno, bo te 200 tysięcy to w ciągu jakichś 9 dni, zapewne roboczych). Większości jednak – mam wrażenie – umyka jeden dość istotny drobiazg: mianowicie żeby szczepić, to trzeba mieć czym, a szczepionki przeciwko COVID (odmiennie niż szczepionki na ospę w roku pańskim 1963) nie produkujemy u siebie, tylko otrzymujemy od zagranicznych producentów w ramach dostaw wynegocjowanych przez Unię Europejską (ponad które zasadniczo nie powinniśmy nawet próbować kupować, słynne tu i ówdzie niemieckie „dodatkowe zakupy” to przejęcie nadwyżek przeznaczonych pierwotnie dla innych państw unijnych, które zrezygnowały z części swoich dostaw). A ile tych dostaw jest? Otóż na razie – wg dzisiejszego komunikatu, dostępnego na pewno na Twitterze, a może i gdzie indziej – otrzymaliśmy szczepionki na milion dawek (i to chyba licząc już po sześć dawek z fiolki, pierwotnie producent i UE pozwalali na pięć, ale w fiolce zostawało). Z tego miliona (z małym haczykiem ponad połowę odłożyliśmy żeby było na drugą dawkę (jak przyjdą kolejne dostawy to będą przeznaczone dla nowych osób), 200 tysięcy już podaliśmy, a w tym tygodniu planowane jest podanie kolejnych 250 tysięcy (po 50 tysięcy dziennie). A potem dopóki nie przyjdą kolejne dawki…

Odwołam się teraz do liczb podawanych przez przedstawicieli rządu, bo innych nie ma: do końca marca mamy dostać jeszcze około 5 mln dawek – co z grubsza pozwoli na utrzymanie tempa 250 tysięcy szczepień tygodniowo (zakładając że dostawy będą przychodzić równomiernie). Od kwietnia zaś do końca roku mamy otrzymać jeszcze około 54 mln dawek, czyli średnio po 6 mln miesięcznie (czyli tyle ile w całym pierwszym kwartale). Przy założeniu równomierności dostaw tempo szczepień można wtedy śmiało potroić – o ile oczywiście przygotowane będą również zespoły szczepiące w wystarczającej liczbie, i ludzie będą się stawiać terminowo (podobno odsetek zapisujących się i nieprzychodzących potrafi przekraczać 5%, nie rozumiem tego). A jeżeli dostawy nie będą przychodzić równomiernie… (pluję przez lewe ramię)

Powiem otwarcie: jestem optymistą, mam przekonanie że najdalej na jesieni wszyscy chętni zostaną zaszczepieni (dziś chętnych jest ponoć 68%, ciekawe jak wzrośnie), w razie perturbacji może skończymy gdzieś na początku przyszłego roku. Wyliczenia zaś obecnego tempa szczepień porównałbym do prognozowania czasu jazdy samochodem (i zużycia paliwa) na dystansie 100 km w oparciu o czas spędzony na jeździe na pierwszym i drugim (może nawet trzecim) biegu podczas rozpędzania – będą matematycznie poprawne, ale z niewielkim sensem.

Obyśmy zdrowi byli.

dlaczego nie przeraża mnie odsetek testów

Pandemia jaka jest, każdy widzi, wszyscy Polacy są ekspertami od epidemiologii, zaleceń WHO i dezynfekcji (to ostatnie akurat nie jest dalekie od prawdy). Poziom wykrytych przypadków waha się od prawie dwóch tygodni pomiędzy 21 a 28 tysięcy dziennie, jedynie bogowie wiedzą ilu przypadków nie wykryto, swobodnie operuje się liczbą ze 100 tysięcy. Na domiar złego – w powszechnym przekonaniu – mamy jeden z najwyższych wskaźników udziału pozytywnych testów w ich łącznej liczbie, dochodzący chyba do połowy, a wg WHO traci się kontrolę nad pandemią kiedy ten odsetek przekroczy 5% (w Nowym Jorku mają zamknąć szkoły kiedy przekroczy 3%)…

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię wydobyć z siebie głosu przerażenia z tego ostatniego powodu, z przyczyn zupełnie arytmetycznych. Skoro mamy ostatnio po 25 tysięcy wykrytych przypadków dziennie, to dla zachowania „kontroli” musielibyśmy równolegle testować 20x tyle osób, czyli około 500 tysięcy dziennie (faktycznie wykonujemy ostatnio ok. 55 tysięcy testów dziennie, a rekordowy wynik dzienny to ponad 82 tysiące). Żeby zatem zachować kontrolę, musielibyśmy zwiększyć możliwości testowania jakieś 6-10 razy, przy założeniu że faktycznie cała „nadwyżka” będzie zdrowa…

Właśnie. Powyższa kalkulacja odnosi się do przypadków stwierdzonych. Gdyby przyjąć, że oprócz tego codziennie pojawia się 100 tysięcy przypadków niewykrytych (tych, którzy nie mają objawów lub mimo objawów nie poszli na test), to przy 125 tysiącach nowych zakażeń dziennie musielibyśmy wykonywać 2,5 miliona testów dziennie, aby zachować „kontrolę”. Nie chce mi się – wybaczcie – szukać w internecie, ile takich testów się robi w innych krajach świata…

W moim prywatnym odczuciu wskaźnik 5% ma sens, kiedy pracowicie wdrażamy całość zaleceń WHO – przy każdym chorym szukamy od kogo mógł się zarazić i kogo mógł zarazić (trace), wszystkie te osoby testujemy (test) i na wszelki wypadek izolujemy (isolate). Niestety, nasz zapomniany przez władze Sanepid (w tym miejscu przesyłam wyrazy wsparcia wszystkim pracownikom PSSE, więcej niestety nie pomogę) od dawna nie ma możliwości nawet szukania, gdyż ledwo ogarnia zbieranie wyników testów (piszę te słowa niezmiennie zastanawiając się czy kontakt z osobą chorą 13 dni temu był dla mnie czymś więcej niż tylko zagrożeniem) – więc póki co liczy się tylko abyśmy ostrożni byli, gdyż te tysiące ujawnionych przypadków to przede wszystkim ci, którzy poczuli się chorzy od wirusa, i z tych tysięcy umrą co najmniej dziesiątki, a możliwe że setki.

PS ponieważ tekst wydaje się budzić wątpliwości: testów jest za mało, śledzenia kontaktów jest za mało – i dlatego wirus rozszedł się jak się rozszedł, i bez testów oraz śledzenia będziemy nadal jak dzieci we mgle

alerty RCB

Robiłem właśnie – okołourlopowe, powiedzmy – porządki w tym i owym. Między innymi wziąłem się za posprzątanie SMSów w routerze mobilnym, wiem jak to brzmi, ale to w końcu połączenie telekomunikacyjne jak każde inne (zdarzało mi się wysyłać przez router życzenia świąteczne, przez co niektórzy adresaci próbowali oddzwaniać), tylko urządzenie mniej zachęcające do korzystania (w zasadzie wejść trzeba z poziomu komputera z tym routerem połączonego).

Jak nietrudno się domyślić, dawno porządków tam nie robiłem, więc i sporo różnych śmieci było. Najwięcej oczywiście powiadomień o wystawieniu faktury, wysyłanych hurtowo na wszystkie numery (router jest częścią pakietu). Było trochę SMSów które można zakwalifikować jako spam, o tym właściwie mógłbym napisać osobną notkę skąd się mogą brać SMSy wysyłane na numer, z którego nigdy do nikogo (poza serwerem) nie dzwoniono (to o czym pisałem w poprzednim akapicie to był inny router i numer), ani którego nigdy nikomu nie podawano (sam musiałbym chyba w fakturze sprawdzić co to za numer). Po uprzątnięciu tego wszystkiego zostały alerty RCB, które z niejasnych powodów zostawiłem…

Więc takich alertów mam w pamięci routera 17, najstarszy ma 22 miesiące.
Trzy z nich to ostrzeżenia przed bardzo silnym wiatrem.
Jeden to ostrzeżenie przed burzami z gradem, intensywnymi opadami i możliwymi podtopieniami.
Osiem to kombinacje burz, gradu, opadów, wiatru i podtopień.
Cztery to informacje dotyczące koronawirusa.
Jeden to informacja dotycząca II tury wyborów.

Nie, nie mam żadnej błyskotliwej puenty, po prostu chciałem sobie to podsumować.

współczuję pracownikom konsulatów

Nie wiem czy jeszcze pamiętacie, ale jesteśmy w trakcie wyborów prezydenckich, po pierwszej turze, a przed drugą.

Wybory odbywają się w kraju i za granicą (w tym na ośmiu polskich statkach morskich, gdyby to kogoś ciekawiło, ale ja nie o tym). O ile w kraju ostatecznie co do zasady głosujemy „tradycyjnie”, czyli udając się do komisji wyborczej i wrzucając głos do urny, o tyle Polacy z zagranicy – z powodu koronawirusa – nie wszędzie mają taką możliwość i chcąc brać udział w głosowaniu musieli zgłosić zamiar udziału w głosowaniu korespondencyjnym.

A głosowanie korespondencyjne oznacza, że jeśli obywatel zgłosi się do konsulatu – pewnie najczęściej mailem, ministerstwo spraw zagranicznych uruchomiło też system do rejestracji internetowej, który działał albo… – to konsulat musi dla takiego obywatela przygotować pakiet wyborczy (obejmujący między innymi kartę do głosowania i specjalną kopertę na wypełnioną kartę) i tenże pakiet obywatelowi fizycznie wysłać lokalną pocztą. Obywatel musi wszak ten pakiet otrzymać, przeczytać, podjąć decyzję na kogo głosuje (to taka fikcja literacka, dziś chyba każdy kto zgłasza się do udziału w głosowaniu, wie na kogo zagłosuje), oddać głos na karcie ORAZ wypełnić dodatkowe dokumenty, spakować należycie pakiet wyborczy (każdy błąd, w tym niezaklejenie koperty z głosem, oznacza nieważność głosu…) – i odesłać go (na własny koszt) do konsulatu, tak aby pakiet wpłynął do konsulatu przed zakończeniem głosowania w wyborach…

Powiedzmy teraz sobie, że w skali całego świata w zagranicznych komisjach wyborczych zagłosowało ponad 300 tysięcy ludzi. W samej Holandii wysłano do Polaków prawie 17 tysięcy pakietów wyborczych, z których tylko około 15 tysięcy wróciło jako głosy oddane, w niektórych innych krajach było tego odpowiednio więcej. Wielu ludzi (mniejsza o dokładne liczby) dostało pakiety niekompletne lub nie dostało ich wcale, inni dostali je na tyle późno (poczta niekoniecznie dochodzi z dnia na dzień, nawet w sprawnie funkcjonujących państwach) że nie miały szansy dojść na czas z powrotem, niektórzy mieli problemy z rejestracją, wielu było niepewnych co się w ogóle dzieje i szturmowało linie telefoniczne konsulatów (nie było centralnej infolinii poświęconej wyborom poza Polską).

Myślę z troską o pracownikach tych konsulatów, którzy zapewne musieli odłożyć co najmniej część zwykłej roboty (nie wiem czy mają jej dużo, czy mało), żeby obrobić wszystkie dodatkowe obowiązki związane z wyborami korespondencyjnymi – rejestracją, wysyłką pakietów, a potem zapewne liczeniem głosów – i na dodatek zebrać niekoniecznie zasłużone gromy i zarzuty o utrudnianie czy wręcz fałszowanie wyborów. Nie bez powodu najdłużej czekaliśmy na wyniki z Anglii (bez Szkocji i Irlandii Północnej), gdzie w konsulatach mieli do przeliczenia 90 tysięcy głosów (a pakietów wysłali odpowiednio więcej). Przed II turą czasu na wysyłkę było jeszcze mniej, a ilość chętnych wzrosła nawet może o połowę…

Procenty opresji

W roku 2019 kwota składek ZUS* dla przedsiębiorców wynosiła 1316,97 zł.
W roku 2020 kwota składek ZUS dla przedsiębiorców wynosi 1431,48 zł.
Wzrost wynosi 8,7%,

W roku 2019 minimalne wynagrodzenie brutto wynosiło 2250 zł.
W roku 2020 minimalne wynagrodzenie brutto wynosi 2600 zł.
Wzrost wynosi 15,5%.

W III kwartale** 2018 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4580,20 zł.
W III kwartale 2019 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4931,59 zł.
Wzrost wynosił 7,7%.

Nie chce mi się wyliczać jakiemu dokładnie procentowi najniższego wynagrodzenia odpowiada składka ZUS dla przedsiębiorcy, być może będzie rekordowo niska. Taka to opresja dla polskich przedsiębiorców składkami na ZUS.

*w tym NFZ
**dane za IV kwartał będą za parę dni, a pisałem dziś

Liczba dnia

Dla niektórych najważniejszą liczbą powyborczego dnia jest 48 foteli senatorskich dla PiS i tyleż dla Paktu Senackiego (co w połączeniu z rozkładem foteli „niezależnych” sugeruje brak większości partii rządzącej w tej izbie).

Dla innych najważniejszą liczbą dnia jest 235 mandatów poselskich PiS – tak samo co 4 lata temu (ale dzięki niezmiernie niskiej liczbie głosów „zmarnowanych” uzyskane przy poparciu o sześć punktów procentowych więcej).

Dla jeszcze innych najważniejszą liczbą dnia jest 49 mandatów dla komitetu Lewicy (w tym 6 dla przedstawicieli partii Razem), włącznie ze startującymi z list Koalicji Obywatelskiej oznacza to ponad 50 lewicowych posłanek i posłów w Sejmie.

Dla co poniektórych najważniejszą liczbą dnia jest liczba głosów, o którą wygrali lub przegrali mandat.

Dla mnie najważniejsza liczba dnia to 18.678.457. To liczba ważnych kart wyjętych z urn wyborczych (nieco ponad 200 tysięcy z nich stanowiło głosy nieważne). Daje to najwyższą od 1989 frekwencję wyborczą na poziomie 61,74%, udział w głosowaniu wzięło o 3 miliony wyborców więcej niż 4 lata temu.

Lament bieda-biznesmenów

Miałem w zasadzie pisać o czymś zupełnie innym, ale pośród szalejących czerwcowych upałów ze zdwojoną siłą wybuchł coroczny szloch Przedsiębiorców Polskich o składki ZUS. Mechanizm tego zjawiska opisałem rok temu i nie będę przepisywać, powiem tylko że przyczyną łkań i gromów ciskania jest Rekordowy Wzrost Składek, spowodowany ustaleniem w założeniach budżetu kwoty prognozowanego wynagrodzenia w roku 2020 na 5.227 zł, co przekłada się na minimalną podstawę składek w kwocie 3.136,20 zł.

Jakiś domorosły ekonomista porównał na Twitterze przewidywaną wysokość składek do wysokości pensji minimalnej (na rękę). Skontrowałem go szybko przykładami historycznymi pokazującymi, że pokazana przez niego relacja nie jest szczególnie szokująca – a potem postanowiłem sprawdzić jak się ma w ujęciu historycznym relacja podstawy składek do kwoty najniższego wynagrodzenia. W końcu rok temu ją podliczyłem.

Minimalne wynagrodzenie miesięczne w roku 2020 ma wynieść 2.450 zł. Dzieląc zakładaną minimalną podstawę składek przedsiębiorcy przez zakładaną kwotę najniższego wynagrodzenia brutto otrzymujemy 3136,20/2450=128,0%. Faktycznie, wyżej niż w 2019, kiedy było ostatecznie 127,1%, nie mówiąc o 2017, kiedy ta relacja wynosiła 126,9%; wyżej także nieco niż w 2016, kiedy mieliśmy 127,9%. Ale zaraz… to w 2017 była jakby obniżka? A jak było wcześniej?

Rok 2016, ostatni według liczb zaplanowanych przez rządy PO – 131,5%.
Rok 2015 – 135,7%.
Rok 2012, kiedy wskaźniki ustalano z wizją ciepłej wody w kranie – 141%.
Rok 2010, kiedy wskaźniki ustalano w apogeum kryzysu światowego – 143,3%.
Rok 2009, czas tego apogeum – 150,1%.
Rok 2007, kiedy PO dochodziła do władzy – 171,4%.
Rok 2005, kiedy PiS dochodził do władzy – 166,7%.
Rok 2000 – 158%.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy: nigdy w historii składek ZUS przedsiębiorcy nie płacili tych składek od kwoty tak bliskiej najniższemu wynagrodzeniu, jak w latach 2017-2020. Gdyby ich zapytać, czy prowadzą firmy, żeby zarabiać mniej niż 130% najniższego wynagrodzenia, obraziliby się śmiertelnie – a jednak składki płacą od takich właśnie kwot i narzekają że „za drogo”. Później będzie zdziwienie, że emerytury takie niskie jak u Cugowskiego (o zasiłkach chorobowych nawet nie mówię, bo polski przedsiębiorca albo „nie choruje”, albo przed planowym zabiegiem starannie podwyższa tę podstawę składki, nawet jeśli w tej chwili się mniej już opłaca).

Drodzy lamentujący, bieda-biznesmeny jesteście (bez względu na płeć).

Wojny nie zawsze znaczą pieniądze

Zdradzę taki malutki sekret: spędzam nieraz sporo czasu na robieniu różnych dziwnych rzeczy w internecie, na przykład na flejmach o bógwico albo na zgłębianiu tematów, które przestaną mi być potrzebne po 5 minutach (ale może się przydadzą jeszcze raz za 5 lat). Kolejny sekret-niesekret jest taki, że część tego czasu poświęcam na tematy związane z Gwiezdnymi Wojnami, w aspekcie filmowym głównie.

Ostatnio – od nastania rządów Disneya w zasadzie – gorącym tematem jest rola Star Wars w najbardziej współczesnej popkulturze, w tym w wymiarze finansowym (a mówiąc językiem prostym – czy SW są nadal najlepszą marką filmową, czy przegoniły je komiksy filmowe Marvela). Niechętni Disneyowym SW twierdzą, że wyniki kasowe ostatnich filmów świadczą o upadku polityki Disneya. Ja zaś postanowiłem zgłębić – przynajmniej liczbowo – pewne trendy w przychodach z wyświetlania największych hitów.

W tym celu zagłębiłem się w dane dostępne w serwisie Box Office Mojo i przejrzałem wyniki w różnych krajach dla szeregu wybranych filmów, a konkretnie dla 10 największych hitów światowych (z wyłączeniem USA) ostatniej dekady, czyli akurat po wciąż rekordowym Avatarze; wyłączenie USA pozwala na lepsze wyłapanie trendów regionalnych, a ograniczenie się do okresu 2011-2019 (efektywnie) minimalizuje wpływ inflacji, poza porównaniem pozostają Avatar i Titanic (nr 1 i 2 światowych list). W tej dziesiątce mamy ostatniego Harry’ego Pottera, dwa filmy z serii Jurassic World, dwa z serii Szybcy i wściekli, „Przebudzenie Mocy” oraz cztery odcinki serii Avengers (włącznie z tym obecnym w kinach od tygodnia, co docelowo zmieni szczegółowe dane, ale trendy bardzo dobrze pokazuje już teraz). Tych 10 filmów zarobiło „na świecie” średnio ponad miliard dolarów każdy, najsłabszy 891 milionów (górna granica to na razie 1369 milionów, ale Avengers:Endgame ma już wcale niedaleko, choć czy dorówna dwóm miliardom Avatara to się okaże). Nie analizowałem wszystkich możliwych krajów, wybrałem kilka największych (dokładnie dwanaście plus Polskę), które łącznie na świecie przynoszą średnio 70% wpływów, trendy są reprezentatywne.

Największym rynkiem dla blockbusterów (poza USA oczywiście) są Chiny, średnio filmy z tej dziesiątki zarobiły tam ponad ćwierć miliarda dolarów każdy. Średnio – bo Przebudzenie Mocy nie wyrobiło nawet połowy tej kwoty, a Endgame zmierza śmiało do pół miliarda. Ba, wszystkie cztery filmy SW „od Disneya” z trudem uzbierały łącznie te ćwierć miliarda. Chińczykom najwyraźniej stylistyka Gwiezdnych Wojen nie pasuje, wolą co innego, średni udział Chińczyków w światowych przychodach z SW to zaledwie 10%. Jest to zresztą pogląd Azjatom dość wspólny, bo równie źle Star Wars wypadają w Korei (Południowej), nie mówiąc już o Indiach; dość, bo z kolei Japonia od Gwiezdnych Wojen bardziej lubiła tylko niemałego już czarodzieja. Entuzjazmu dla SW nie znajdziemy też w Ameryce Łacińskiej, Brazylijczycy i Meksykanie wyraźnie wolą „Marvele”. Zdecydowanie inaczej przedstawia się natomiast w Australii, nie mówiąc o Europie – dość powiedzieć, że w Wielkiej Brytanii (największy rynek po Chinach, choć o trzykrotnie niższych przychodach) Gwiezdne Wojny ogląda więcej widzów niż w Chinach (Rosja w tym zestawieniu lokuje się bliżej Azji niż Europy). Nawet w naszej wciąż nie za bogatej Polsce średni przychód z wyświetlania badanej dziesiątki to blisko 6 milionów dolarów, ale samo Przebudzenie Mocy przyniosło 16 milionów, Ostatni Jedi – 12, a Łotr Jeden – 8 (nawet ten biedny Solo przyniósł ponad 3 miliony, mniej więcej połowę tego co poprzedni Avengersi…).

Konkludując: trendy na świecie pokazują, że Disney nie ma co liczyć na rekordowe wyniki Star Wars na dwóch kontynentach (choć trochę próbował, widać to w wynikach Łotra Jeden), w związku z czym co mają te filmy zarobić na siebie – to muszą zarobić w USA, Europie, Japonii i Australii. W sumie cztery filmy zarobiły prawie 5 miliardów dolarów, i co z tego że jeden dwa miliardy a drugi niecałe 400 milionów. Najnowsze (ostatnie na jakąś chwilę) Gwiezdne Wojny już w grudniu… ile zarobią, tyle zarobią.