dramat łotewskich scharfuhrerów

My, Polacy, mający wprasowane w geny i zbiorową świadomość wspomnienie Września, Generalnego Gubernatorstwa i hitlerowskiej okupacji, jednoznacznie określamy współpracę z nazistami. Obcy jest nam bowiem dylemat innych narodów, dla których hitlerowcy nie byli okupantem, tylko wyzwolicielem od innego okupanta i historycznego – jak w państwach bałtyckich. Na Łotwie sformowano nawet dwie dywizje Waffen-SS złożone z Łotyszy (acz dowodzone przez Niemców), jedna z nich broniła Wału Pomorskiego, Kołobrzegu i Berlina… Dla Łotyszy ci żołnierze są raczej bohaterami, choć nie dla członków koalicji antyhitlerowskiej.

Przypomnieli mi się ci żołnierze kiedy obserwowałem bohaterskie boje deklarujących się lewicowo medialnych aktywistów z zachodniej Małopolski. Jednoznacznie deklarują oni, że ancien regime (ten sprzed 2015) traktują właściwie jak okupanta gnębiącego polski lud umowami śmieciowymi, pogardą i pogłębiającymi się różnicami majątkowymi. Przed obecnym regime sypią kwiaty i dbają o burnyje apładismienty, twierdząc że lud został od okupanta uwolniony, i że należy walczyć do ostatniego głosu z możliwością powrotu jego i jego okrucieństw, gdyż nic gorszego tego ludu spotkać nie może.

Toutes proportions gardees, widzę istotne podobieństwo w uwikłaniu pomiędzy dwiema bandami i entuzjastycznym poparciu jednej. Jak również we wzajemnym nierozumieniu się stron.

wyścig Schroedingera

Obejrzałem wyścig, który bez kozery mogę nazwać najdziwniejszym wyścigiem jaki mi przyszło oglądać (a oglądałem m.in. Monaco 1996). Przedziwny, bo w zasadzie… nie wiem czy się odbył.

Zacznijmy od faktów, bo te nie wszystkim będą znane. Otóż wyścig miał ruszyć o 15.00. Ponieważ lało sakramencko, opóźniono to o jakieś pół godziny (taka procedura), po czym wszystkie samochody ruszyły za samochodem bezpieczeństwa (taka procedura). Przejechały parę okrążeń, nawet nie liczyłem ile, i dyrekcja wyścigu zarządziła: przerywamy zabawę, wszyscy zjeżdżać do alei serwisowej (jest taka procedura).

Samochody postały sobie w alei parę godzin, aż deszcz zelżał, po czym samochód bezpieczeństwa ponownie wyprowadził je na tor. Przejechały parę okrążeń, i kiedy już wypatrywaliśmy chwili, kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał do rozpoczęcia ścigania na mokrym torze, przyszedł kolejny sygnał od dyrekcji wyścigu że przerywamy zabawę… Więcej już nie wyjechali.

Dziwne? Co zrobić, czasem ściganie się 250 km/h jest niebezpieczne dla życia i zdrowia (na amerykańskich owalach chyba w ogóle nie startują jak jest mokro). Znacznie dziwniejsze jest jednak, co powychodziło z tych wszystkich procedur…

Zacznijmy od startu. Zgodnie z regulaminem, kiedy samochód bezpieczeństwa na początku poprowadził stawkę, mieliśmy do czynienia z tzw. okrążeniem formującym lub rozgrzewkowym (formation lap). Ważne jest, że takie okrążenie nie stanowi części wyścigu – ten zaczyna się dopiero z chwilą startu. Normalnie wyścig rusza ze startu zatrzymanego – wiecie, wszyscy stoją, gazują silniki, gasną czerwone światła (artykuł 38.10 regulaminu, dalej będę już tylko numerki podawał)… Jeżeli okrążenie rozgrzewkowe zaczyna się za samochodem bezpieczeństwa, wówczas start zatrzymany (standing start) nadal jest możliwy (43), ale możliwy jest także start lotny (rolling start, 44) – wtedy samochód bezpieczeństwa zjeżdża sam do alei serwisowej, a kierowcy ruszają jak w przypadku „zwykłego” samochodu bezpieczeństwa, rozpoczynając wyścig. O tym że będzie start lotny, powiadamia się w sposób określony w procedurze…

Dziś tego nie było – nastąpiło przerwanie procedury startowej (starting procedure suspended, 45). W takiej sytuacji jeśli wyścig ma ruszyć, to nie ma mowy o starcie zatrzymanym – w grę wchodzi tylko start lotny według procedury restartu w razie przerwania wyścigu (51)… Zaznaczmy jeszcze raz: do tego momentu NIE NASTĄPIŁ start wyścigu, bo procedura startowa została przerwana (dosłownie zawieszona, gdyby jakiś purysta).

Cóż zaś przewiduje procedura restartu? Otóż… wygląda ona w zasadzie tak samo jak procedura startowa, tyle że z alei na odpowiednik okrążenia formującego wyjeżdża się za samochodem bezpieczeństwa. W normalnych warunkach po jednym okrążeniu samochody powinny się ustawić na polach startowych i jazda, natomiast jeżeli warunki nie pozwalają lub nastąpiło zawieszenie procedury startu lub restartu – restart następuje jako start lotny. Tak, w chwili kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał że można się ścigać i zjedzie do alei serwisowej… To zaś nie nastąpiło. Zestawiając jedno z drugim dochodzimy do wniosku, że właściwie start do wyścigu w ogóle nie nastąpił.

Czy jest to całkowicie oczywiste? Na pierwszy rzut oka tak, ale… jest kruczek. Otóż w procedurze restartu są dwa przepisy które sugerują nieco inaczej. Pierwszy przewiduje, że wyścig zostanie wznowiony (resumed) kiedy zapalą się zielone światła i samochód bezpieczeństwa wyjedzie z alei serwisowej (51.8). Drugi przewiduje, że każde okrążenie przejechane za samochodem bezpieczeństwa zalicza się jako okrążenie wyścigu (51.12, piąty akapit). Czy wyścig może być wznowiony, lecz nie zrestartowany (wystartowany)…

To, czy dzisiejszy wyścig w ogóle się odbył (raczej się nie odbył jeśli się nie rozpoczął), będzie przedmiotem wielu dyskusji, ba! może i sporów. Ja pozostanę w konfuzji, przyjmując na prywatny użytek że tego wyścigu jednak nie było (w istocie nie było, a formalnie się odbył skoro sporządzono oficjalny protokół potwierdzający że się odbył). Cóż, wiele dziwnych rzeczy już Formuła 1 widziała przez te 70+ lat.

non omnis mortuus

Więc Bolek (a właściwie Bolek5). Poznałem go na forum gazetowym w ramach naparzanek polsko-śląsko-niemieckich. Starszy ode mnie pewnie z dekadę, kulturalny, opanowany, o rozległej wiedzy (prawnik, zgadliście, z Dolnego Śląska). Zawsze powtarzał, że głupocie w internecie należy dawać odpór, niekoniecznie po to, by przekonać szerzących głupotę, ale żeby nieświadomi się na tę głupotę nie nabrali. Któregoś dnia zabrało go serce, łamiąc nasze serca.

Więc Carrramba (tak, przez trzy r). Też z forum, nieustraszona bojowniczka o dobrą sprawę. Po dziś jestem jej wdzięczny za przepisanie mi tekstu „Źródła” Kleyffa (tak, były takie czasy kiedy internet nie zawierał wszystkich tekstów i nagrań), pamiętam jak się złościła kiedy z rozpędu (i nieporozumienia) przepisała mi też któregoś Daukszewicza, którego znałem na pamięć. Korespondowała ze mną przez cały okres swojej walki z chorobą, ostatnie odpowiedzi z jej konta wysyłała już córka.

Więc Adaś (a właściwie Aadaś). Jedna z pierwszych osób, jakie poznałem na Twitterze, poniekąd zwabił mnie na niebezpieczne wody fapcyrkla (nawet jeśli udało mi się nawigować po obrzeżach). Nieustraszony Pisarz, piewca Sierżanta Międzyzjeża, Pand i wielu innych niewdzięcznych Bohaterów (jakiekolwiek podobieństwo do użytkowników portalu Twitter było oczywiście przypadkowe). Odgrażał się że idzie do szpitala (oczywiście przegapiłem Ważne Informacje), i jak prawdziwy Twórca zostawił swoje ostatnie Dzieło, opublikowane na blogu przez brata.

Żadnego z nich nie poznałem osobiście, nawet personaliów (ok, Adaś to Adaś, Carrramby imię znałem, nazwisko mogłem znać choć nie zależało mi), odejście każdego z nich dotknęło mocno. Nie całkiem jeszcze umrą, gdyż pamiętał będę.

migawki katalońskie

Stoimy przed terminalem El Prat czekając na transfer. Patrzymy na posadzone wzdłuż ulicy palmy i widoczne za nimi zamykające horyzont nieodległe wzgórza. Ucho łowi rozmowy we wszystkich językach. W pewnej chwili w szum ulicy wdziera się nieoczekiwany, pulsujący rytm. Umiarkowanie powstrzymując podrygującą nogę, rozglądam się za źródłem rytmu. Dostrzegam muzułmańsko ubraną kobietę, która pcha przed siebie wózek z bagażami, kółka stukocą na płytach chodnikowych tak, że można byłoby je samplować.

Lloret to kurort rozpostarty na wzgórzach, spod którego łagodnie wystaje całkiem przyjemne nadmorskie miasteczko.
Tossa to urocze stare miasteczko wciśnięte między morze a wzgórza, które zasymilowało próbę zrobienia z niego kurortu, nie tracąc w ogóle swojego charakteru.
Barcelona to… nie czuję się uprawniony do wygłaszania sądów, bo za szybko przebiegłem przez, zgodnie z najgorszą praktyką szybkich wycieczek z programem ABCDEFG. Mam natomiast głębokie odczucie, że to miasto należy poznawać powoli, jak Sagradę Familię, a ono samo robi wiele, żeby się w nim dobrze czuć.

Góry (wzgórza) i morze, dwa nieprzewidywalne czynniki, przy ich połączeniu można się spodziewać wszystkiego przynajmniej jeśli chodzi o pogodę. Już przy lotnisku dostrzegłem, że jedno ze wzgórz dosłownie znikło (w chmurze), pomyślałem sobie: nieźle tam się musi dziać. A było to w kierunku naszej jazdy. I działo się: lało na potęgę, zalewało obniżenia na drodze, wiatr pochylał palmy. Ale na szczęście to tylko po drodze, na miejscu śladów deszczu nie pamiętałem. Kiedy wracaliśmy, padało mniej więcej w tej samej okolicy, choć łagodniej… A z rzek zostały i tak głównie wyschnięte koryta.

nowe ładki

Widmo krąży po Polsce – widmo zmian w systemie podatkowym, zwanych potocznie Nowym Ładem. Dyskusje wzbierają, bo slajdy w Powerpoincie i deklaracje z konferencji prasowych zostały przełożone na język przepisów, projekt wielkiej nowelizacji (jak pierwszy raz ją przeglądałem to zażądałem napisania od nowa ustawy o PIT, bo już i tak ani się nie da jej czytać, ani nawet za bardzo po niej nawigować) został opublikowany. Pojawiły się kalkulatory udające symulację ile kto na Nowym Ładzie straci…

Ja tam w obce kalkulatory nie wierzę, wolę samemu posprawdzać, więc z pewną taką niechęcią do projektu zajrzałem. Oczywiście, bez trudu znajduje się w nim to co najłatwiejsze do znalezienia, czyli kwotę wolną od PIT w wysokości 30 tysięcy złotych (choć zapisane jako kwota do odjęcia od podatku). Znacznie bardziej z wielu względów ciekawiło mnie jak to dokładnie ma być z tą składką zdrowotną, którą na działalności gospodarczej ma się płacić od całości dochodów – a tu i diabeł, i inni szatani czynni są w szczegółach. I powiem wam…

Więc zasadniczo podstawą składki zdrowotnej ma być dochód podatkowy – pomniejszony o zapłacone składki na „zwykły ZUS” (w przyszłym roku, powiedzmy dla uproszczenia, 1200 zł). Jeżeli więc ktoś zarobi – po opłaceniu kosztów – 10 tysięcy miesięcznie, to składkę zdrowotną 9% zapłaci od 10.000-1.200=8.800 zł, czyli 792 zł. Wygląda niemało, zwłaszcza że wg luźnych szacunków wg dotychczasowych zasad przyszłoroczna składka zdrowotna wynosiłaby ok. 400 zł. Jeżeli ktoś zarobi w miesiącu 5200, to składka zdrowotna 9% od 5.200-1.200=4.000 zł wyniesie już tylko 360 zł, mniej niż w tym roku… A jak ktoś będzie mieć słaby miesiąc (bo wpadnie składka na OC/AC albo z innego powodu) i zostanie mu 2000 zł dochodu, czyli po odliczeniu składki ZUS 800 zł… wstrzymajcie konie, aż tak dobrze nie będzie, miesięczna podstawa składki zdrowotnej nie może być niższa niż minimalne wynagrodzenie, czyli w przyszłym roku najprawdopodobniej 3000 zł, a więc 270 zł trzeba będzie wybulić tak czy siak. I na dodatek trzeba będzie co miesiąc do ZUS wysyłać informację ile wyniósł dochód (do urzędu skarbowego aktualnie nie trzeba, nie wiem czy sam ZUS będzie z tego powodu szczęśliwy).

Jeśli jesteście czujni lub macie doświadczenie, to macie na końcu języka pytanie: zaraz, to czy jeśli płaci się od rzeczywistego dochodu, a w niektórych miesiącach (kiedy jest niski dochód lub zgoła strata) więcej, to czy to nie powinno być jakoś wyrównywane? Otóż… i tak, i nie. Nie, bo nie ma mechanizmu rozliczania tego na bieżąco. Tak, bo można to zrobić – uwaga – po zakończeniu roku. Pod warunkiem jednak że złoży się w terminie wniosek (pomijam inne drobiazgi), a jak się wniosku w określony sposób nie złoży to umarł w butach.

Oczywiście, to tylko PROJEKT i to jeszcze nawet nie skierowany do Sejmu, tylko na etapie konsultacji społecznych. Jeżeli to jednak przejdzie w takiej formie (a mam w sobie wystarczająco dużo pesymizmu, żeby w to wierzyć), to czeka nas sporo zabawy.

o równości sportsmenek

Problem to nienowy, acz ostatnio gorący i głośny głównie za sprawą trans-sportsmenek (dla uniknięcia wątpliwości: chodzi o osoby urodzone jako mężczyźni, które w następstwie procesu tranzycji zostały uznane za kobiety). Na Igrzyskach jedna taka osoba (z Nowej Zelandii) ma wystąpić w podnoszeniu ciężarow, nie wnikałem czy ma szanse na coś więcej czy udział.

U podstaw problem leży rzecz, która nie powinna być kwestionowana: istnieją biologiczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami, różnice, które przekładają się na możliwości siłowe, wytrzymałościowe i szybkościowe. Nie bez powodu na tym samym dystansie na tej samej bieżni, skoczni czy pływalni mężczyźni osiągają znacznie lepsze rezultaty, i nawet przeciętnie utalentowany/wytrenowany mężczyzna wyprzedzi kobietę-mistrzynię (w dzisiejszych eliminacjach na 100 metrów stylem grzbietowym Australijka McKeown ustanowiła rekord olimpijski czasem o prawie cztery sekundy wolniejszym od reprezentanta Polski Pawła Stokowskiego, który zajął 24. miejsce i nie zakwalifikował się do finału). Co więcej, uważam (choć to już bardziej moje zdanie niż stwierdzenie faktu) że nawet w dyscyplinach, w których pozornie cechy fizyczne nie mają znaczenia – takich jak np. sporty motorowe czy szachy – różnice wynikające z płci biologicznej są istotne, bo na najwyższym poziomie rywalizacji wytrzymałość (będąca pochodną siły) pozwala dłużej utrzymywać najwyższy poziom. Spośród obecnych dyscyplin olimpijskich rywalizacja koedukacyjna ma miejsce chyba tylko w jeździectwie… i o ile kobiety leją mężczyzn w konkursach ujeżdżania (ostatni męski medal w Atlancie w 1996, ostatni męski triumf w Los Angeles w 1984), to w konkursach skoków przez przeszkody oraz we Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego (obejmującym obok ujeżdżania i konkursu skoków także przejazd terenowy z przeszkodami) mężczyźni wciąż pozostają niepokonani; przypadek? cóż, nie sądzę, jednak coś innego chyba wchodzi w grę.

Jeżeli zatem mamy osobę, która urodziła się jako mężczyzna (problem w zasadzie nie istnieje przy osobach urodzonych jako kobiety, zwykle startują one w gronie kobiet, a tranzycji dokonują po zakończeniu kariery zawodniczej, jako Zdenka/Zdenek Koubek, Zofia/Witold Smętek czy Heidi/Andreas Krieger) i mogłaby startować z mężczyznami, ale z jakiegoś powodu (mniej więcej można się domyślić z jakiego) woli rywalizować z kobietami – to ma na starcie niewątpliwy przywilej biologiczny, którego rywalki nie są w stanie w żaden sposób nadrobić. Nie ukrywam, że co do zasady jestem przeciwnikiem startu takich osób wspólnie z kobietami.

Zapewne wiele osób spodziewałoby się tu kropki, ale to byłby błąd. Opisałem powyżej sytuację osób po tranzycji, zyskujących nieuzasadnioną przewagę, ale spektrum możliwych przypadków jest dużo szersze. Mamy wszak Stanisławę/Stellę Walasiewicz, mistrzynię olimpijską, o męskim wyglądzie spowodowanym zapewne zespołem Swyera; mamy też Ewę Kłobukowską, matkę dziecku, mistrzynię olimpijską z Tokio, wykluczoną kilka lat później z rywalizacji sportowej jako „nieokreśloną płciowo” z powodu posiadania w organizmie chromosomu Y (mieszanka chromosowów XX i XXY)… Mamy też współczesne biegaczki o naturalnie podwyższonym poziomie testosteronu (często wynikającym z interpłciowości), jak Caster Semenya, do tegorocznych igrzysk w Tokio nie dopuszczono niektórych biegaczek o wysokim poziomie testosteronu. Cały czas można sobie zadawać pytanie, jak zapewnić równość rywalizacji pomiędzy osobami posiadającymi naturalny handicap, a osobami które go nie posiadają?

I tu nagle stajemy przed pytaniem, czy taka biologiczna równość w ogóle istnieje. Dominację Jamajczyków w sprintach w ostatnich latach przez pewien czas tłumaczono posiadaniem przez nich w mięśniach specjalnego typu włókien. Wyniki w biegach długodystansowych mieszkańców Afryki środkowo-wschodniej (od Erytrei po Tanzanię) zwykło się tłumaczyć dostosowaniem do życia w tamtejszych warunkach (na wysokości). Jest nawet film fabularny „Biali nie potrafią skakać” (jego fabuła nie jest tu istotna) i są badania, że pewien wariant genetyczny wpływa na funkcjonowanie ścięgien pozwalając na skakanie wyżej. Wyniki w różnych prostych co do zasady sportach pokazują, że jedni potrafią osiągać w nich wysoki poziom bez trudu, a inni ledwo-ledwo, pomimo że piłka nożna jest popularna na całym świecie, to najludniejsze kraje świata (poza Brazylią) nie notują w niej oszałamiających (lub zgoła żadnych) sukcesów. Czy w ogóle wynikający z genów „talent sportowy” dający przewagę w rywalizacji z innymi (niektórymi lub wszystkimi) jest sprawiedliwy? Nigdy tego nie przeskoczymy.

Starając się zapewnić równość rywalizacji dzielimy startujących na grupy: wg płci, wg wieku (juniorzy), wg wagi (sporty walki), wg stopnia niepełnosprawności… Sposób zaliczania do poszczególnych grup może być dyskusyjny, ale koniec końców inaczej mielibyśmy tylko kategorię open.

popłynąć jak do Tokio i z powrotem

Przyznam, że nadchodzącymi Igrzyskami Olimpijskimi jakoś się zupełnie dotąd nie przejmowałem (co najwyżej okazjonalną myślą, czy w ogóle się odbędą), nawet za bardzo nie wiedziałem kto z polskich sportowców się tam wybiera i po co (po wiktorię i glorię, czy po coubertinowski udział). Mam jedynie świadomość, że w każdej dyscyplinie, a może nawet konkurencji, trzeba spełnić określone wymagania, żeby móc wystartować, inaczej w zasadzie mogliby wystartować prawie wszyscy i byłby jeden wielki radosny bałagan

I tu nagle pojawiła się informacja o naszym może nie tak wielkim i na pewno nie radosnym, ale bałaganie w związku pływackim. Co dokładnie się stało, bardziej wierzę niż wiem, samemu w ogóle nie zgłębiałem zasad kwalifikacji pływaków. Na ile rozumiem, pływaczki i pływacy mieli określone dwa poziomy wyników gwarantujących ich możliwości „na poziomie olimpijskim”, a to minimum A i minimum B (dla każdego stylu i dystansu). Minimum A daje zawodnikowi gwarancję startu indywidualnego, minimum B – gwarancję startu w sztafecie i prawo ubiegania się o start indywidualny, jeśli nie będzie dość takich z minimum A… I tu zdaje się pojawia się regulaminowy kruczek – jak pływaczkę/ka z minimum B zgłosi się tylko do sztafety, to może zapomnieć o starcie indywidualnym; jeżeli natomiast zgłosi się taką osobę do startu i w sztafecie, w i indywidualnie – to jeżeli nie znajdzie się dla niej miejsce indywidualnie, to wypada ze składu całkowicie.

W składzie polskiej reprezentacji pływackiej na Tokio, zatwierdzonym i ogłoszonym na początku czerwca, znalazło się:

  • 9 zawodników z minimum A
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet
  • 7 zawodników z minimum B, zgłoszonych i do sztafet i indywidualnie.

I co się stało? No tak, nietrudno się domyślić: z tej siódemki z minimum B, zgłoszonych także indywidualnie, zgodę na start dostała tylko 1 osoba. Pozostała szóstka już w Japonii w zasadzie mogła tylko zacząć szukać biletu powrotnego do domu, a tam oburze, gromy, wywiady w mediach… Choć, wybaczcie tę uwagę, na długo wcześniej powinni byli wiedzieć że coś jest na rzeczy, skoro mieli minimum tylko na sztafetę, a zgłoszenie także na start indywidualny, nie wiem na ile zainteresowanym trudno było samodzielnie dotrzeć do warunków wstępu na Igrzyska, rzecz dla nich najważniejszą w ostatniej cztero- czy pięciolatce.

W zasadzie mógłbym o tym wszystkim napisać, ale kiedy próbowałem to wszystko zweryfikować i zrozumieć, jedna rzecz mnie uderzyła jako szczególnie niesprawiedliwa. Otóż – jak wyliczałem powyżej – do Tokio poleciało 7 osób z minimum B, zgłoszonych tylko do sztafet, i 6 osób z minimum B zgłoszonych także indywidualnie, dla których zabrakło miejsca. Ponieważ – jak rozumiem – bez tej szóstki nie dało się skompletować zadeklarowanych sztafet, w wyniku przeprowadzonych „negocjacji” ustalono że trójka z tej szóstki jednak dostanie szansę występu olimpijskiego. Niestety, oznaczało to, że do domu powrócić musi trójka z tych pływaków, którzy z minimum B byli zgłoszeniu tylko do sztafet, parafrazując Kaczmarskiego, MKOl-owi liczba się musi zgadzać…

Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek z tych sztafet miała szansę na olimpijski sukces, nie wiem czy mierzyliśmy dla nich wyżej niż udział w finale. Każdy wynik będzie tu gorzki.

wimbledońskie podatki

Wyobraźmy sobie osobę grającą w tenis (dla uproszczenia pomińmy płeć tej osoby), która wybrała się do Anglii na turniej na kortach Wimbledonu i poszło jej znakomicie. Emocje, endorfiny, sława, zdjęcia z kibicami, wywiady.. (wizyty w zakładach pracy raczej niekoniecznie, to już nie ta epoka) Ale też – nie ukrywajmy – pieniądze, osoba wygrywająca turniej zarabia 1,7 mln funtów, osoba, która tylko wystartowała w pierwszej rundzie, zarobiła funtów 48 tysięcy.

Zarobiła… znaczy można opodatkować. Osoba z Polski, zakładamy, płaci podatki w Polsce; już te 48 tysięcy funtów „za start” to po obecnym kursie ze ćwierć miliona, urząd skarbowy uśmiecha się drugą stawką, a jak sukces to nawet danina solidarnościowa patrzy z zaciekawieniem… Zaraz, chwilunia, a co na to Her Majesty’s Revenue and Customs? A HMRC na to: to miło, że do nas przyjechałeś, skoro u nas zarobiłeś, to serdecznie dziękujemy za podzielenie się z nami, dola wynosi 45% (czyli osoba odpadająca w pierwszej rundzie zostawia królowej 21.600 funtów podatku, a wygrywająca drobne 765 tysięcy funtów). Nie wspominajmy już nawet o tym, że HMRC patrzy z uwagą na opaskę z nazwą sponsora i delikatnie przypomina, że czas pobytu w gościnie królowej uważa za czas pracy na rzecz sponsora, zatem odpowiednia część wynagrodzenia od sponsora to też zarobek uzyskany w Anglii, podlegający opodatkowaniu…

Co na to nasz rodzimy urząd skarbowy? Patrzy ze smutkiem na kwit o potrąceniu 45% podatku, bo jednak rodzima stawka niższa. Niższa, a podatek potrącony przez HMRC odlicza się od podatku należnego w Polsce. Uff, tylko do wysokości tego co byloby do zapłaty w Polsce.

Nie zarabia to państwo polskie na wimbledońskich wiktoriach, oj nie zarabia.

jak nie spalić

Krzysztofowi w uznaniu jego dociekliwości, choć bardziej go obchodziło dlaczego, niż jak

Trwa Euro, dziwne choćby dlatego że przenoszone zeszłoroczne, więc powracają dyskusje piłkowe i okołopiłkowe. Nie może zabraknąć więc i tematu nieśmiertelnego spalonego, tego zjawiska magicznego, którego rozumienie ma odróżniać chłopców od mężczyzn (i przypominać o seksistowskim stereotypie że futbol jest dla mężczyzn, bo kobiety nie potrafią zrozumieć co to spalony…).

Co to takiego ten spalony? To co do zasady sytuacja, w której piłka jest zagrywana „do przodu” (przyjmując że przód-tył oceniamy wzdłuż linii bocznej boiska, w kierunku bramki przeciwnika lub własnej) i w momencie zagrania „adresat” zagrania znajduje się „za obrońcami”, czyli między nim a bramką znajduje się najwyżej jeden piłkarz drużyny przeciwnej (zwykle bramkarz, ale nie jest to wcale częścią definicji). Dokładnego brzmienia przepisów nie przytaczam żeby nie zanudzić…

Właśnie: przepisów. Prawnik słysząc o przepisach natychmiast zaczyna myśleć o ich stosowaniu w praktyce, i co tu ukrywać, stosowanie przepisów gry w piłkę nożną (lubię oficjalną angielską nazwę Laws of the Game) to nieustająca zabawa z ocenami sytuacji boiskowych. Sędziowie raz za razem oceniają czy zostały spełnione kryteria takiego czy innego przepisu, czy dane zachowanie zaklasyfikować jako X czy jako Y. Zapytacie może co tu oceniać przy spalonym? No, na sam początek trzeba dostrzec w którym dokładnie ułamku sekundy nastąpiło zagranie (już samo to, że decyduje moment dotknięcia piłki butem czy głową, a nie moment kiedy to dotknięcie się skończyło, niech będzie wskazówką poziomu trudności). Trzeba prawidłowo ocenić w którym dokładnie miejscu znajdował się atakujący, a w którym obrońca (i nie wspominajmy że decydować może czubek buta lub fragment barku, o miejscu gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę nie wspominając). A do tego jeszcze i różne inne regulaminowe niuanse…

Przyjrzyjmy się temu na przykładach, wybrałem sobie parę z meczu Walia-Turcja. Na początek sytuacja, która akurat bramką się nie zakończyła (choć zasadniczo powinna):

Linię spalonego – narysowaną bardzo orientacyjnie – wyznacza jakaś część ciała obrońcy wyróżnionego na biało. Nawet bez tej linii potrafimy stwierdzić, że napastnik wyróżniony na czerwono jest za tą linią, a więc.. Ale ten napastnik to wie, więc sobie tylko spaceruje udając że zabłądził, dzięki czemu jest na pozycji spalonej, ale nie na spalonym (bo nie bierze udziału w akcji). Piłka zostanie natomiast zagrana do napastnika podkreślonego na zielono, który w momencie podania znajduje się przed linią ostatniego obrońcy, i spalonego nie ma… a to wszystko z piłką lecącą parędziesiąt metrów na sekundę i piłkarzami biegającymi w tempie kilku metrów na sekundę, decydować będą centymetry.

Spójrzmy na kolejną sytuację, tym razem to zdobycie drugiej bramki przez Walijczyków.

W zasadzie można zapytać gdzie tu spalony jeśli mamy strzał na bramkę, a nie zagranie do kolegi… Ale spalony może być także wtedy, kiedy kolega znajduje się na pozycji spalonej (bliżej bramki niż obrońcy) i chociaż nie zamierza piłki dotknąć, to daje korzyść swojej drużynie np. zasłaniając bramkarzowi. Czy zatem dryblas zaznaczony na żółto jest na spalonym? Spójrzmy z innego miejsca, decyduje wszak stan rzeczywisty, a nie wybrane ujęcie…

Stąd widać, że po pierwsze raczej jednak bramkarzowi nie przeszkadza w obronie strzału (zielone linie pokazują potencjalne uderzenia), bo znajduje się za bardzo z boku (żółtych linii pokazujących gdzie go byłoby widać zrobiło się aż za dużo). Po drugie zaś – czego nie było widać na pierwszy rzut oka – linię spalonego (czerwoną) wyznacza nam zagubiony gdzieś w rogu pola karnego obrońca, wcześniej ośmieszająco tam ograny, a teraz na dodatek wykluczający nawet pozycję spaloną…

Spalony to w praktyce ciężki kawałek chleba. Po to są na boisku dwaj sędziowie boczni, żeby to lepiej widzieć, po to jest sędzia z telewizorkiem (ścianą monitorów), który przygląda się różnym ujęciom żeby to wszystko ocenić i podpowiedzieć, czy jednak czubek buta był bliżej, czy dalej niż bark.

PS zdjęcia z relacji TVP Sport

refleksje statystyczne

Wyobraźmy sobie organy ścigania, które działają wzorcowo. Wzorcowo, czyli znają doskonale wszystkie przepisy proceduralne i przeprowadzają wszystkie czynności, zwłaszcza dowodowe, bez najmniejszego im uchybienia. Wzorcowo, czyli precyzyjnie, bez naciągania i z uwzględnieniem wszystkich niezbędnych przesłanek składają wnioski do sądu (i innych instytucji). Wzorcowo, czyli sprawę kierują do sądu mając pewność co do winy oskarżonego, opartą na niezbitych dowodach. Wzorcowo, czyli nie popełniają błędu w postępowaniu przed sądem, a kontrdowody obrony nie są w stanie przełamać pewności wynikającej z dowodów oskarżenia.

Zastanówmy się na moment, jaki byłby praktyczny skutek takiego wzorcowego działania. Skoro organy dzałają wzorcowo, to wnioski kierowane do sądu powinny uwzględniać wszystkie za i przeciw, a bilans tej oceny powinien jednoznacznie przemawiać za uwzględnieniem wniosku przez sąd. Analogicznie skoro akt oskarżenia wnoszony jest na podstawie dowodów niepodważalnych proceduralnie, logicznie ani merytorycznie, wykazujących popełnienie przestępstwa przez oskarżonego ponad wszelką wątpliwość – to skazanie oskarżonego powinno być formalnością (koszmar obrony, której zostawałaby walka o wymiar kary). W zasadzie przy takim wzorcowym działaniu należałoby oczekiwać stuprocentowej skuteczności organów…

Takie myśli nasunęły mi się dziś kiedy czytałem, że sądy uwzględniają 99,45% wniosków o podsłuchy. Ton dyskusji wokół tej liczby jest podobny jak za każdym razem, kiedy wspomina się o 98% wyroków skazujących czy 90% uwzględnianych wniosków o tymczasowe aresztowanie… I nie, nie zamierzam twierdzić że organy ścigania (ani sądy) działają wzorcowo (zresztą nie mają 100% skuteczności), tylko że takie wskaźniki bynajmniej nie są dowodem patologii. W orzeczeniu w sprawie ekstradycji Edwarda Mazur amerykański sędzia Arlander Keys przyznał że w ciągu 12,5 roku pracy nigdy nie odrzucił wniosku o ekstradycję, ani nawet nigdy nie był temu bliski (aż do wniosku rządu polskiego o ekstradycję Mazura, oczywiście).

PS opinia społeczna nie chciałaby tak wzorcowo działających organów ścigania, bo wiele spraw – w tym głośnych – czekałoby na osiągnięcie pewności przez organy