Kończy się kwiecień, a to w naszym Kraju oznacza jedno: czas rozliczeń rocznych podatku dochodowego. Rozliczać się coraz łatwiej, mamy w systemach informatycznych projekty rozliczeń dostarczone przez urząd skarbowy, w zasadzie jak się niczego szczególnego nie chce, to można nic nie robić, i takie „państwowe” rozliczenie będzie ostatecznym. Jeżeli się chce coś poodliczać, to trzeba dodatkowo zrobić tych parę kliknięć, jak się ma więcej dochodów to też, są nadal tacy, którzy pracowicie wypełniają druczek papierowy jak za wczesnego Balcerowicza.
U mnie tradycyjnie taka sytuacja, że – przynajmniej dopóki nie zlecę tego księgowej (biuru rachunkowemu, doradcy podatkowemu, whatever) – trzeba włożyć trochę pracy samemu i ten formularz podatkowy wypełnić (wieloletni czytelnicy zresztą dobrze o tym wiedzą). Na szczęście ministerialny formularz online z każdym rokiem jakiś bardziej przyjazny (nie żeby już doskonały), więc nawet wszystko jakoś szło, aż w końcu…
Z podatkami to jest tak, że jak się je płaci, to się je za każdym razem zaokrągla do pełnej złotówki. A jak się tak pozaokrągla kilka razy, to te zaokrąglenia się skumulują, a że na koniec roku rozliczamy rzeczywisty dochód i od niego liczymy podatek… Koniec końców, kiedy skończyłem wypełnianie, kliknąłem „weryfikuj” i wszystko okazało się poprawnie, to w rozliczeniu roku pojawiła mi się nadpłata. W wysokości JEDEN złoty (liczbowo: 1 ZŁ). I tak się zadumałem: czy to wypada oczekiwać, żeby urząd skarbowy wysyłał mi na konto złotówkę (którą wcześniej uczciwie nadpłaciłem, a jakże)?
Powiecie może, że to dziwne podejście, niemniej czułem się z tą sytuacją mocno niezręcznie. Nie zdecydowałem się na „podfałszowanie” danych o przychodach lub kosztach (gdyby minimalnie zwiększyć przychody lub zmniejszyć koszty, to akurat podatek wyszedłby na kwotę rzeczywiście wpłaconą…), bo jednak obowiązuje zasada rzetelności. Odliczeń żadnych – które mogłyby kwotę nadpłaty odpowiednio zmienić – wcześniej nie planowałem, więc… Biłem się z myślami, w końcu się zdecydowałem, Odgrzebałem w mailach potwierdzenia paru wpłat na cele dobroczynne (akurat nie na WOŚP, gdyby ktoś pytał), wpisałem odliczenie darowizn do odpowiedniego załącznika, kwota nadpłaty do zwrotu skoczyła ze złotówki na kilkadziesiąt złotych. Kliknąłem, podpisałem, wysłane.
Oczywiście, gdybym na tym poprzestał, to wystąpiłaby niezręczność innego rodzaju – odczuwam bowiem pewien dysonans w sytuacji, gdy moja dobroczynność jest refinansowana ze wspólnego budżetu. Te kilkadziesiąt złotych zwrotu podatku kiedyś wpadnie na moje konto, ale już dziś zrobiłem kilkakrotnie wyższy przelew dobroczynny, tak aby wydać nie tylko te „zwrócone” kilkadziesiąt złotych, ale i dać odpowiednio więcej od siebie. Nie, nie na głośną w tym tygodniu akcję celebrytów (którzy unikają zapłacenia w podatkach wyższych kwot niż sami oferują czy też są w stanie zebrać).
