na falach covida

O chorobie zwanej COVID-19 wiemy dziś wiele (zwłaszcza jak na czas, jaki z nią dotąd spędziliśmy), a jednocześnie tak mało. Wiemy, że najprawdopodobniej rozeszła się z targu zwierzęcego w chińskim mieście Wuhan, ale nie na pewno. Wiemy w jaki sposób atakuje organizm, ale nie potrafimy powiedzieć u kogo jaki przebieg wywoła. Wiemy, że wywołujący ją koronawirus SARS-Cov-2 mutuje raz za razem (jak zapewne każdy wirus), ale nie wiemy gdzie i kiedy jaka mutacja nastąpi ani jaki będzie jej efekt dla roznoszenia i przebiegu choroby. Wiemy, że szczepionki przeciw tej chorobie działają (nie w sposób stuprocentowy ale działają), ale nie potrafimy w niezawodny sposób zwalczać jej rozwoju u konkretnych osób. Wiemy, że choroba rozchodzi się falami…

No właśnie. Teoretycznie wszędzie przychodzą fale chorych, ale nawet sposób ich „rozchodzenia się” potrafi zadziwić. Pod wpływem pewnej dzisiejszej dyskusji aż postanowiłem to sobie podsumować – zapisałem sobie dane z dostępnych w Google statystyk, a nawet wykresy rozwoju choroby w różnych krajach…

Wykresy nie są może na pierwszy rzut oka bardzo czytelne, dlatego teraz sobie trochę o nich popiszemy. Skupimy się na grubej niebieskiej linii, która pokazuje średnią z 7 kolejnych dni, dzięki czemu unikamy przynajmniej części problemów wynikających z nieregularnym raportowaniem (pisałem o tym np. tutaj).

Pierwsza fala przyszła zimą 2020 roku, wtedy wywoływała chyba największe przerażenie. We Francji, gdzie ludzie wychodzili na balkony klaskać lekarzom, szczyt zakażeń przypadł 1 kwietnia na poziomie 4537 przypadków, tego samego dnia szczyt osiągnęła Hiszpania z poziomem 7800. W Niemczech szczyt wypadł dzień później na poziomie 5837, w Wielkiej Brytanii natomiast „dopiero” 24 kwietnia z poziomem 4827. A u nas? Na naszej wsi spokojnej, wsi wesołej fala była lekkim, rozlanym wezbraniem tylko, z kulminacją 26 maja na jakże skromnym poziomie 401, myśleliśmy że jesteśmy takimi szczęśliwcami

Druga fala zakażeń przyszła jesienią, wzmacniając mit o „chorobie sezonowej jak grypa”. Tym razem szczyt pierwsza osiągnęła Hiszpania, bo „już” 4 listopada, ze średnią 21129. Cztery dni później szczyt zanotowała Francja z poziomem 53447, a zaraz potem – bo już w święto narodowe 11 listopada – my, tym razem osiągając średnią 25611. Kilka dni po nas Brytyjczycy wyhamowali na 25239, za to Niemcy na swój szczyt czekali aż do 21 grudnia (25280). A tymczasem…

…na Wyspach Brytyjskich już wzbierała kolejna fala, napędzana tzw. mutacją angielską (Alfa). W Wielkiej Brytanii szczyt zanotowała już 9 stycznia na poziomie 59660. Wariant szybko się rozniósł w Hiszpanii, gdzie szczyt osiągnął 26 stycznia (poziom 37011). W innych krajach Alfa rozkręcał się aż do wiosny – u nas przyniósł szczyt 1 kwietnia na poziomie 28878, we Francji 14 kwietnia (poziom 42225), a w Niemczech 25 kwietnia (21596). Widzicie te kolejne górki na wykresach?

Po Alfie mieliśmy nadzieję na to, że już trochę z górki, zwłaszcza że ruszyła akcja szczepień. I co? Oczywiście pojawił się nowy wariant (pochodzenia indyjskiego), zwany Deltą. Spowodował letnią falę z kulminacją 21 lipca na Wyspach (na poziomie 47114) i w Hiszpanii (25464), a we Francji 5 sierpnia (25201). W Niemczech i Polsce takiej letniej kulminacji nie było, bo zaczekała do jesieni – nad Renem Delta szczyt osiągnął 30 listopada (58134), nad Wisłą 7 grudnia (23246). I kiedy teraz patrzyliśmy na opadanie krzywej, zaczął się plenić południowoafrykański wariant Omikron, który we Francji, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii bije rekordy i nie ma pewności czy się zatrzymuje (a u nas jeszcze nie zaczął)…

Odpowiedzi na pytanie, czemu te fale rozchodzą się tak nierównomiernie, nie mam (nikt chyba nie ma). Po prostu pamiętajmy, że nie ma prostych prawd i prostych odpowiedzi.

PS ten wpis jest oczywiście pewnym skrótowym opisem przebiegu pandemii

zdarza się, ale…

Finałowy wyścig o mistrzostwo świata. Obrońca tytułu i pretendent startują mając tyle samo punktów, przy czym z uwagi na takie a nie inne przepisy regulaminu (art. 7.2) to pretendent jest wyżej w tabeli – więc jeśli obrońca tytułu nie zdobędzie w finałowym wyścigu więcej punktów od pretendenta, to nie obroni tytułu. Zdarza się.

Siedem okrążeń do końca wyścigu (wliczając rozpoczęte). Obrońca tytułu jedzie z jedenastosekundową przewagą i nie wydaje się, żeby mógł ją stracić, pomimo że ma zdecydowanie starsze i bardziej podniszczone opony. Pretendent nie ma dość szybkości żeby go dogonić i wyprzedzić. Reszta daleko za nimi. Zdarza się.

Sześć okrążeń do końca wyścigu. Na końcu stawki ścigają się o ostatnie miejsce dwaj kierowcy ze słabszych zespołów. Walczą zacięcie, jeden z nich wyjeżdża na pobocze. Kilka zakrętów później goniący wali w ścianę i zatrzymuje się na torze na wyjeździe z zakrętu, zajmując połowę drogi. Na tor wysłany zostaje samochód bezpieczeństwa (art. 48.3 regulaminu). Zdarza się.

Pięć okrążeń do końca wyścigu. Pretendent właśnie zmienił opony na świeże, bo podczas obecności na torze samochodu bezpieczeństwa to świetna okazja żeby to zrobić z dużo mniejszą stratą czasu niż zwykle – wszyscy jadą powoli, nie przekraczając określonego minimalnego czasu, i ustawiają się w rządku za samochodem bezpieczeństwa (art. 48.7 regulaminu). Zatrzymany na torze samochód trzeba potraktować gaśnicą, bo rozgrzane do setek stopni hamulce zaczynają się palić. Zdarza się.

Cztery okrążenia do końca wyścigu. Samochód stojący na torze został już ugaszony i jest ściągany z toru. Reszta już prawie utworzyła rządek i patrzy niecierpliwie co dalej, bo za samochodem bezpieczeństwa nie wolno wyprzedzać rywali (art. 48.8 regulaminu). Zdarza się.

Trzy okrążenia do końca wyścigu. Zawalidroga uprzątnięta. Zostaje kwestia zdublowanych kierowców – gdyby wznowić wyścig na tym okrążeniu, to byliby bezpośrednio przed szybszym pretendentem i utrudnialiby mu gonienie jadącego na przedzie obrońcy tytułu. Kierownik wyścigu (w uzgodnieniu z dyrektorem) wysyła komunikat, że zdublowani kierowcy nie dostaną pozwolenia na oddublowanie się (czyli wyprzedzenie samochodów jadących przed nimi oraz samochodu bezpieczeństwa) – regulamin pozwala na taką możliwość (art. 48.12). Zdarza się.

Dwa okrążenia do końca wyścigu. Następuje zmiana decyzji i zdublowani będący między obrońcą tytułu (liderem wyścigu) a pretendentem (wyraźnie wymieniono numery samochodów) dostają polecenie oddublowania się. Kierowcy, którym pozwolono na oddublowanie się, jadą z normalną prędkością, ale nie mogą się wyprzedzać nawzajem (mają próbować dogonić resztę, ale nawet jadąc dwa razy szybciej nie są w stanie tego zrobić podczas jednego okrążenia). Zgodnie z regulaminem samochód bezpieczeństwa powinien zjechać na następnym okrążeniu po tym jak minie go ostatni oddublowujący się (art. 48.12 regulaminu). Dyrektor wyścigu nakazuje żeby samochód bezpieczeństwa zjechał na tym samym okrążeniu. Zdarza się.

Ostatnie okrążenie wyścigu. Gdyby samochód bezpieczeństwa prowadził stawkę na początku tego okrążenia, to samochody dojechałyby do mety bez wyprzedzania (art. 48.15 regulaminu). Samochód bezpieczeństwa zjechał jednak chwilę wcześniej, więc od początku okrążenia można się ścigać. Pretendent wyprzedza obrońcę tytułu i dojeżdża do mety jako pierwszy. Zdarza się.

Zespół obrońcy tytułu składa protest. O tytule mistrza świata zdecydują prawnicy. Zdarza się.

Ale czy powinno?

jak śmiać się z covida

Z zarazą świat żyje już dwa lata (licząc od pierwszych przypadków w Chinach), zżyliśmy się z nią poniekąd, spora część (jeśli nie większość) w zasadzie ją lekceważy. Czy kogoś dziwi, że zaczyna się pojawiać w filmach czy serialach? Znaczy ja na razie wiem o jednym, o francuskiej komedii dostępnej na Netfliksie od kilku tygodni, właśnie ją obejrzałem.

Film przenosi nas do wiosny 2020, czyli do pierwszej fali zarazy, pokazując nam życie mieszkańców paryskiej kamienicy. Mamy w niej Dany’ego Boona jako przewrażliwionego na punkcie zarazy, który najchętniej dezynfekowałby powietrze wokół siebie, i jego żonę adwokatkę, pracującą jako obrońca mimo zarazy. Mamy nadętego biznesmena belgijskiego pochodzenia, narzekającego na zatrzymanie interesu, i latynoskiego pochodzenia konsjerża, którego żona leży w szpitalu. Mamy lekko szurniętego naukowca i doświadczoną życiem właścicielkę bistro na parterze. Mamy trenera personalnego, jego ciężarną partnerkę, tajemniczą sublokatorkę wymykającą się nocami, i próbujące się odnaleźć w tym wszystkim dzieci…

Ale głównym bohaterem jest oczywiście COVID, pokazany rzecz jasna nie wprost – tylko poprzez wprowadzone w związku z nim rygory i związane z nim strachy. Poprzez policję pilnującą przestrzegania ograniczeń i poprzez puściutkie paryskie ulice (naprawdę niesamowicie to wyglądało, zastanawiałem się jak to osiągnęli). Poprzez szpitale i testy (jest sfilmowana scena wykonywania testu!) i poprzez zbiorowe klaskanie z balkonów w podzięce dla lekarzy pracujących w szpitalach. Poprzez zdalne zajęcia i poprzez złość ogarniającą ludzi, którym znienacka odebrano dużą część normalnej codzienności…

To nie jest jakiś wybitny film, powiedzmy sobie od razu (nie zaliczam do do Top10 roku). Dany Boon posługuje się chwytami oklepanymi i oczywistościami (mnie prywatnie mocno bawiło, kiedy jego bohater chodził w pewnego rodzaju masce, bo onego czasu sam się zastanawiałem na ile byłoby to praktyczne), ale potrafi też wprowadzić zupełnie nieoczekiwane drobiazgi, jak również wygrać odpowiednio nuty zupełnie współczesne. I – co może najważniejsze – w ogólnym rozrachunku potrafi wyważyć odpowiednio komizm, płaski czy bardziej wyrafinowany, z powagą sytuacji. Ogólne przesłanie filmu jest banalne – w tym trudnym czasie musimy być ludźmi, nieprzypadkowo bohaterowie mieszkają przy ulicy Ludzkości („8 Rue de l’Humanite”). Ale jako oswajanie zarazy, herbertowskie bawienie się z nią jak z chorym dzieckiem żeby wymusić uśmiech, w sam raz.

państwo Kowalscy płacą podatki pośrednie

Pan Kowalski jadąc do pracy zjechał na stację benzynową (auto bez paliwa nie pojedzie). Zatankował 25 litrów benzyny po 6 zł, a przy kasie dorzucił dwie paczki fajek po 15 zł i flaszkę za 20 zł, w końcu weekend. Zapłacił 200 zł i pomyślał sobie, żeby gdyby obniżyli VAT to byłoby o wiele taniej.

Po pracy pan Kowalski pojechał jeszcze z żoną do marketu na tygodniowe zakupy dla rodziny. Godzinę chodzili między półkami (to co zwykle, więc szybko), pół godziny stali przy kasie, pani Kowalska wyjęła z portfela 200 zł

– Gdyby obniżyli VAT, to płacilibyśmy znacznie mniej! – powiedział w domu poirytowany pan Kowalski.
– Zaś głupoty gadasz – zgasiła go pani Kowalska. – Pokaż mi tu zaraz paragon i swój paragon ze stacji!

Na paragonie pani Kowalskiej widniało:
– towary opodatkowane stawką 23% 41,49 zł, w tym 7,76 zł VAT
– towary opodatkowane stawką 8% 5,24 zł, w tym 0,39 zł VAT
– towary opodatkowane stawką 5% 153,27 zł, w tym 7,30 zł VAT

– Widzisz – tłumaczyła pani Kowalska – w zwyczajnych zakupach tego VAT jest niewiele, bo na najważniejsze rzeczy są obniżone stawki. Oczywiście, mogłoby być jeszcze mniej, ale nawet gdyby zrobili 0% VAT zamiast obniżonej stawki, to wydałabym o 7,69 zł mniej.

Na paragonie pana Kowalskiego widniało:
– paliwo 150 zł, w tym VAT 23% 28,05 zł, akcyza 37,85 zł, opłata paliwowa 4,13 zł
– wódka 20 zł, w tym VAT 23% 3,74 zł, akcyza 12,55 zł
– papierosy 30 zł, w tym VAT 23% 5,61 zł, akcyza 18,90 zł

– O rany! – zdumiał się pan Kowalski. – To z tego mojego paragonu VAT to 37,40 zł, a inne podatki pośrednie aż 73,43 zł?
– No właśnie – wzruszyła ramionami pani Kowalska. – Gdyby powrócili ten VAT do dawnej stawki tak jak Tusk obiecał, to zapłaciłbyś tego VAT 35,77 zł, czyli o 1,63 zł mniej. A gdyby go obniżyli do tych 15% jak Kopacz proponowała, to tego VAT byłoby 24,39 zł, czyli całe 13,01 zł mniej.
– A gdybyś jeździł komunikacją publiczną jak ja – wtrącił stojący w drzwiach pokoju młody Kowalski – to w bilecie za 150 zł zapłaciłbyś 11,11 zł VAT (8%), czyli i tak mniej niż gdyby przeszła propozycja Kopacz z 15% VAT na benzynę.

– To teraz przynieś mi jabłko (VAT 5%) – uśmiechnęła się do męża pani Kowalska – I zrób mi drinka, skoro już kupiłeś ten towar akcyzowy.

PS na paragonach nie ma akcyzy, może szkoda, skoro na fakturze za wodę jest nawet opłata za zajęcie pasa drogowego

nie czas umierać na emeryturze

Sześć lat temu recenzując (wielkie słowo) SPECTRE pisałem, że to co widzimy na ekranie bardziej pasuje do JAMES BOND WILL RETIRE niż do JAMES BOND WILL RETURN. I wiecie co? Tak, zgadliście. Bond jest na emeryturze (oczywiście takiej, jakiej my szaraczki możemy tylko zazdrościć). Ale, jak wiadomo, emeryt na emeryturze lubi sobie dorobić, więc Bond…

Więc James Znów 007 Bond powraca do akcji. I co dostajemy? Film, który pod wieloma względami jest klasyczny, ze Złym typu Stromberga (dawno nie było) i wielką tajną bazą w której mamy duże finałowe Bum (też w zasadzie dawno nie było, SPECTRE i Tomorrow Never Dies to prawie namiastka w porównaniu). Mamy piękne kobiety, które są nie tylko piękne, ale też zabójczo sprawne (Ana de Armas!) i inteligentne, czuć rękę Phoebe Waller-Bridge. Piosenka wstrzeliwuje się w nastrój w sposób łapiący za serce. Mamy znakomitą realizację walk i pościgów, mamy błyskotliwe dialogi, mamy śliczne zdjęcia Włoch czy Norwegii… Jednym zdaniem: dla miłośników bondowskiego kanonu mnóstwo dobra (tak, cytatów i nawiązań nie brakuje).

A jednocześnie mamy drugi wymiar czy też drugie dno. Po pierwsze Craig z wielkim BUM żegna się z serią, w sposób który trudno nazwać inaczej niż definitywnym. Żegnając się wydaje się „zabierać zabawki”, tak żeby jego następca pisał swoją kartę całkowicie od nowa. Po drugie, „Nie czas umierać” próbuje ratować to, co nie udało się w SPECTRE (tak naprawdę to sequel, tak jak Quantum of Solace było sequelem Casino Royale, tyle że niepotrzebnym), zastanawiam się cały czas czy ma sens jako samodzielny film bondowski (a jednocześnie nie tworzy tak wspaniałej wariacji jaką był Skyfall). Czy ratuje? Otóż w moim odczuciu SPECTRE i Nie czas umierać można traktować jako całkowicie samodzielną linię czasową, reboot o którym można (po części szczęśliwie) zapomnieć przed pisaniem kolejnych filmów i układać wszystko od nowa, finałowa scena wskazuje na to absolutnie (przemyka mi myśl, że ktoś może całą serię z Craigiem potraktować jako taką linię, ale ja jednak oddzielam grubą kreską to co po Skyfallu). W pewien sposób czuję przy tym żal, że w wyniku konfliktów i roszad Złego nie zagrał Tomasz Kot, osładza go fakt że uwielbiam Rami Maleka…

Nie doczekałem do końca napisów, więc nie wiem czy zapowiedziano kolejny film, czy James Bond odejdzie na definitywną emeryturę.

dramat łotewskich scharfuhrerów

My, Polacy, mający wprasowane w geny i zbiorową świadomość wspomnienie Września, Generalnego Gubernatorstwa i hitlerowskiej okupacji, jednoznacznie określamy współpracę z nazistami. Obcy jest nam bowiem dylemat innych narodów, dla których hitlerowcy nie byli okupantem, tylko wyzwolicielem od innego okupanta i historycznego – jak w państwach bałtyckich. Na Łotwie sformowano nawet dwie dywizje Waffen-SS złożone z Łotyszy (acz dowodzone przez Niemców), jedna z nich broniła Wału Pomorskiego, Kołobrzegu i Berlina… Dla Łotyszy ci żołnierze są raczej bohaterami, choć nie dla członków koalicji antyhitlerowskiej.

Przypomnieli mi się ci żołnierze kiedy obserwowałem bohaterskie boje deklarujących się lewicowo medialnych aktywistów z zachodniej Małopolski. Jednoznacznie deklarują oni, że ancien regime (ten sprzed 2015) traktują właściwie jak okupanta gnębiącego polski lud umowami śmieciowymi, pogardą i pogłębiającymi się różnicami majątkowymi. Przed obecnym regime sypią kwiaty i dbają o burnyje apładismienty, twierdząc że lud został od okupanta uwolniony, i że należy walczyć do ostatniego głosu z możliwością powrotu jego i jego okrucieństw, gdyż nic gorszego tego ludu spotkać nie może.

Toutes proportions gardees, widzę istotne podobieństwo w uwikłaniu pomiędzy dwiema bandami i entuzjastycznym poparciu jednej. Jak również we wzajemnym nierozumieniu się stron.

wyścig Schroedingera

Obejrzałem wyścig, który bez kozery mogę nazwać najdziwniejszym wyścigiem jaki mi przyszło oglądać (a oglądałem m.in. Monaco 1996). Przedziwny, bo w zasadzie… nie wiem czy się odbył.

Zacznijmy od faktów, bo te nie wszystkim będą znane. Otóż wyścig miał ruszyć o 15.00. Ponieważ lało sakramencko, opóźniono to o jakieś pół godziny (taka procedura), po czym wszystkie samochody ruszyły za samochodem bezpieczeństwa (taka procedura). Przejechały parę okrążeń, nawet nie liczyłem ile, i dyrekcja wyścigu zarządziła: przerywamy zabawę, wszyscy zjeżdżać do alei serwisowej (jest taka procedura).

Samochody postały sobie w alei parę godzin, aż deszcz zelżał, po czym samochód bezpieczeństwa ponownie wyprowadził je na tor. Przejechały parę okrążeń, i kiedy już wypatrywaliśmy chwili, kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał do rozpoczęcia ścigania na mokrym torze, przyszedł kolejny sygnał od dyrekcji wyścigu że przerywamy zabawę… Więcej już nie wyjechali.

Dziwne? Co zrobić, czasem ściganie się 250 km/h jest niebezpieczne dla życia i zdrowia (na amerykańskich owalach chyba w ogóle nie startują jak jest mokro). Znacznie dziwniejsze jest jednak, co powychodziło z tych wszystkich procedur…

Zacznijmy od startu. Zgodnie z regulaminem, kiedy samochód bezpieczeństwa na początku poprowadził stawkę, mieliśmy do czynienia z tzw. okrążeniem formującym lub rozgrzewkowym (formation lap). Ważne jest, że takie okrążenie nie stanowi części wyścigu – ten zaczyna się dopiero z chwilą startu. Normalnie wyścig rusza ze startu zatrzymanego – wiecie, wszyscy stoją, gazują silniki, gasną czerwone światła (artykuł 38.10 regulaminu, dalej będę już tylko numerki podawał)… Jeżeli okrążenie rozgrzewkowe zaczyna się za samochodem bezpieczeństwa, wówczas start zatrzymany (standing start) nadal jest możliwy (43), ale możliwy jest także start lotny (rolling start, 44) – wtedy samochód bezpieczeństwa zjeżdża sam do alei serwisowej, a kierowcy ruszają jak w przypadku „zwykłego” samochodu bezpieczeństwa, rozpoczynając wyścig. O tym że będzie start lotny, powiadamia się w sposób określony w procedurze…

Dziś tego nie było – nastąpiło przerwanie procedury startowej (starting procedure suspended, 45). W takiej sytuacji jeśli wyścig ma ruszyć, to nie ma mowy o starcie zatrzymanym – w grę wchodzi tylko start lotny według procedury restartu w razie przerwania wyścigu (51)… Zaznaczmy jeszcze raz: do tego momentu NIE NASTĄPIŁ start wyścigu, bo procedura startowa została przerwana (dosłownie zawieszona, gdyby jakiś purysta).

Cóż zaś przewiduje procedura restartu? Otóż… wygląda ona w zasadzie tak samo jak procedura startowa, tyle że z alei na odpowiednik okrążenia formującego wyjeżdża się za samochodem bezpieczeństwa. W normalnych warunkach po jednym okrążeniu samochody powinny się ustawić na polach startowych i jazda, natomiast jeżeli warunki nie pozwalają lub nastąpiło zawieszenie procedury startu lub restartu – restart następuje jako start lotny. Tak, w chwili kiedy samochód bezpieczeństwa da sygnał że można się ścigać i zjedzie do alei serwisowej… To zaś nie nastąpiło. Zestawiając jedno z drugim dochodzimy do wniosku, że właściwie start do wyścigu w ogóle nie nastąpił.

Czy jest to całkowicie oczywiste? Na pierwszy rzut oka tak, ale… jest kruczek. Otóż w procedurze restartu są dwa przepisy które sugerują nieco inaczej. Pierwszy przewiduje, że wyścig zostanie wznowiony (resumed) kiedy zapalą się zielone światła i samochód bezpieczeństwa wyjedzie z alei serwisowej (51.8). Drugi przewiduje, że każde okrążenie przejechane za samochodem bezpieczeństwa zalicza się jako okrążenie wyścigu (51.12, piąty akapit). Czy wyścig może być wznowiony, lecz nie zrestartowany (wystartowany)…

To, czy dzisiejszy wyścig w ogóle się odbył (raczej się nie odbył jeśli się nie rozpoczął), będzie przedmiotem wielu dyskusji, ba! może i sporów. Ja pozostanę w konfuzji, przyjmując na prywatny użytek że tego wyścigu jednak nie było (w istocie nie było, a formalnie się odbył skoro sporządzono oficjalny protokół potwierdzający że się odbył). Cóż, wiele dziwnych rzeczy już Formuła 1 widziała przez te 70+ lat.

non omnis mortuus

Więc Bolek (a właściwie Bolek5). Poznałem go na forum gazetowym w ramach naparzanek polsko-śląsko-niemieckich. Starszy ode mnie pewnie z dekadę, kulturalny, opanowany, o rozległej wiedzy (prawnik, zgadliście, z Dolnego Śląska). Zawsze powtarzał, że głupocie w internecie należy dawać odpór, niekoniecznie po to, by przekonać szerzących głupotę, ale żeby nieświadomi się na tę głupotę nie nabrali. Któregoś dnia zabrało go serce, łamiąc nasze serca.

Więc Carrramba (tak, przez trzy r). Też z forum, nieustraszona bojowniczka o dobrą sprawę. Po dziś jestem jej wdzięczny za przepisanie mi tekstu „Źródła” Kleyffa (tak, były takie czasy kiedy internet nie zawierał wszystkich tekstów i nagrań), pamiętam jak się złościła kiedy z rozpędu (i nieporozumienia) przepisała mi też któregoś Daukszewicza, którego znałem na pamięć. Korespondowała ze mną przez cały okres swojej walki z chorobą, ostatnie odpowiedzi z jej konta wysyłała już córka.

Więc Adaś (a właściwie Aadaś). Jedna z pierwszych osób, jakie poznałem na Twitterze, poniekąd zwabił mnie na niebezpieczne wody fapcyrkla (nawet jeśli udało mi się nawigować po obrzeżach). Nieustraszony Pisarz, piewca Sierżanta Międzyzjeża, Pand i wielu innych niewdzięcznych Bohaterów (jakiekolwiek podobieństwo do użytkowników portalu Twitter było oczywiście przypadkowe). Odgrażał się że idzie do szpitala (oczywiście przegapiłem Ważne Informacje), i jak prawdziwy Twórca zostawił swoje ostatnie Dzieło, opublikowane na blogu przez brata.

Żadnego z nich nie poznałem osobiście, nawet personaliów (ok, Adaś to Adaś, Carrramby imię znałem, nazwisko mogłem znać choć nie zależało mi), odejście każdego z nich dotknęło mocno. Nie całkiem jeszcze umrą, gdyż pamiętał będę.

migawki katalońskie

Stoimy przed terminalem El Prat czekając na transfer. Patrzymy na posadzone wzdłuż ulicy palmy i widoczne za nimi zamykające horyzont nieodległe wzgórza. Ucho łowi rozmowy we wszystkich językach. W pewnej chwili w szum ulicy wdziera się nieoczekiwany, pulsujący rytm. Umiarkowanie powstrzymując podrygującą nogę, rozglądam się za źródłem rytmu. Dostrzegam muzułmańsko ubraną kobietę, która pcha przed siebie wózek z bagażami, kółka stukocą na płytach chodnikowych tak, że można byłoby je samplować.

Lloret to kurort rozpostarty na wzgórzach, spod którego łagodnie wystaje całkiem przyjemne nadmorskie miasteczko.
Tossa to urocze stare miasteczko wciśnięte między morze a wzgórza, które zasymilowało próbę zrobienia z niego kurortu, nie tracąc w ogóle swojego charakteru.
Barcelona to… nie czuję się uprawniony do wygłaszania sądów, bo za szybko przebiegłem przez, zgodnie z najgorszą praktyką szybkich wycieczek z programem ABCDEFG. Mam natomiast głębokie odczucie, że to miasto należy poznawać powoli, jak Sagradę Familię, a ono samo robi wiele, żeby się w nim dobrze czuć.

Góry (wzgórza) i morze, dwa nieprzewidywalne czynniki, przy ich połączeniu można się spodziewać wszystkiego przynajmniej jeśli chodzi o pogodę. Już przy lotnisku dostrzegłem, że jedno ze wzgórz dosłownie znikło (w chmurze), pomyślałem sobie: nieźle tam się musi dziać. A było to w kierunku naszej jazdy. I działo się: lało na potęgę, zalewało obniżenia na drodze, wiatr pochylał palmy. Ale na szczęście to tylko po drodze, na miejscu śladów deszczu nie pamiętałem. Kiedy wracaliśmy, padało mniej więcej w tej samej okolicy, choć łagodniej… A z rzek zostały i tak głównie wyschnięte koryta.

nowe ładki

Widmo krąży po Polsce – widmo zmian w systemie podatkowym, zwanych potocznie Nowym Ładem. Dyskusje wzbierają, bo slajdy w Powerpoincie i deklaracje z konferencji prasowych zostały przełożone na język przepisów, projekt wielkiej nowelizacji (jak pierwszy raz ją przeglądałem to zażądałem napisania od nowa ustawy o PIT, bo już i tak ani się nie da jej czytać, ani nawet za bardzo po niej nawigować) został opublikowany. Pojawiły się kalkulatory udające symulację ile kto na Nowym Ładzie straci…

Ja tam w obce kalkulatory nie wierzę, wolę samemu posprawdzać, więc z pewną taką niechęcią do projektu zajrzałem. Oczywiście, bez trudu znajduje się w nim to co najłatwiejsze do znalezienia, czyli kwotę wolną od PIT w wysokości 30 tysięcy złotych (choć zapisane jako kwota do odjęcia od podatku). Znacznie bardziej z wielu względów ciekawiło mnie jak to dokładnie ma być z tą składką zdrowotną, którą na działalności gospodarczej ma się płacić od całości dochodów – a tu i diabeł, i inni szatani czynni są w szczegółach. I powiem wam…

Więc zasadniczo podstawą składki zdrowotnej ma być dochód podatkowy – pomniejszony o zapłacone składki na „zwykły ZUS” (w przyszłym roku, powiedzmy dla uproszczenia, 1200 zł). Jeżeli więc ktoś zarobi – po opłaceniu kosztów – 10 tysięcy miesięcznie, to składkę zdrowotną 9% zapłaci od 10.000-1.200=8.800 zł, czyli 792 zł. Wygląda niemało, zwłaszcza że wg luźnych szacunków wg dotychczasowych zasad przyszłoroczna składka zdrowotna wynosiłaby ok. 400 zł. Jeżeli ktoś zarobi w miesiącu 5200, to składka zdrowotna 9% od 5.200-1.200=4.000 zł wyniesie już tylko 360 zł, mniej niż w tym roku… A jak ktoś będzie mieć słaby miesiąc (bo wpadnie składka na OC/AC albo z innego powodu) i zostanie mu 2000 zł dochodu, czyli po odliczeniu składki ZUS 800 zł… wstrzymajcie konie, aż tak dobrze nie będzie, miesięczna podstawa składki zdrowotnej nie może być niższa niż minimalne wynagrodzenie, czyli w przyszłym roku najprawdopodobniej 3000 zł, a więc 270 zł trzeba będzie wybulić tak czy siak. I na dodatek trzeba będzie co miesiąc do ZUS wysyłać informację ile wyniósł dochód (do urzędu skarbowego aktualnie nie trzeba, nie wiem czy sam ZUS będzie z tego powodu szczęśliwy).

Jeśli jesteście czujni lub macie doświadczenie, to macie na końcu języka pytanie: zaraz, to czy jeśli płaci się od rzeczywistego dochodu, a w niektórych miesiącach (kiedy jest niski dochód lub zgoła strata) więcej, to czy to nie powinno być jakoś wyrównywane? Otóż… i tak, i nie. Nie, bo nie ma mechanizmu rozliczania tego na bieżąco. Tak, bo można to zrobić – uwaga – po zakończeniu roku. Pod warunkiem jednak że złoży się w terminie wniosek (pomijam inne drobiazgi), a jak się wniosku w określony sposób nie złoży to umarł w butach.

Oczywiście, to tylko PROJEKT i to jeszcze nawet nie skierowany do Sejmu, tylko na etapie konsultacji społecznych. Jeżeli to jednak przejdzie w takiej formie (a mam w sobie wystarczająco dużo pesymizmu, żeby w to wierzyć), to czeka nas sporo zabawy.