wszystko w rękach konia

Pięciobój nowoczesny. Dyscyplina interesująca, choć dla przeciętnego widza mało czytelna jak każdy wielobój, gdyż coś się dzieje, coś się dzieje, ale nie do końca wiadomo dlaczego ktoś jest zadowolony, a ktoś nie, bo dobry wynik cząstkowy niekoniecznie gwarantuje dobry wynik całościowy.

Pięciobój nowoczesny. Nowoczesnym nazwano go ponad sto lat temu, żeby odróżniał się od pięcioboju antycznego. Antyczny obejmował bieg, rzut oszczepem, rzut dyskiem, skok w dal i zapasy, odzwierciedlając wyszkolenie ówczesnego żołnierza (OK, nie wiem czy hoplici mieli dyski bojowe, ale pewnie trening ogólnorozwojowy…). Nowoczesny miał bardziej odpowiadać XIX-wiecznemu agentowi czy łącznikowi, który jedzie na nieznanym sobie koniu, strzela do przeciwnika z pistoletu, walczy na szpady, płynie przez rzekę i na końcu biegnie do swoich, tak przynajmniej głosi opowieść o Coubertinie, uważanym za ojca, a przynajmniej promotora tej dyscypliny.

Pięciobój nowoczesny. Niektórzy kwestionują, czy nazwa wciąż aktualna, skoro strzelanie jest połączone z biegiem (jak w biathlonie, który wszak nazywano kiedyś dwubojem zimowym), ale jednak wciąż wymaganych jest pięć zupełnie różnych umiejętności, i niepowodzenie w jednej może zepsuć nawet wybitne wyniki w pozostałych. Szczególnie łatwo o to w jeździe konnej, gdzie wystarczy brak współpracy ze strony konia – co było przyczyną awantur na ostatniej tokijskiej olimpiadzie, ale też chociażby przyczyną klęski Janusza Peciaka na mistrzostwach świata w 1973 roku.

Pięciobój nowoczesny. Są przymiarki, żeby wyeliminować z niego jazdę konną; w końcu jakiż agent dziś jechałby konno, dziś najpewniej poszukałby samochodu, motocykla, lub w ostateczności roweru (choć bardziej przyczyną wydają się głosy obrońców zwierząt, robiące złe publicity dla sportu). Cóż za problem wymyślić konkurencję typu jazda podstawionym samochodem (może być elektryczny) po zaimprowizowanym torze jak w Race of Champions, motocyklowe enduro czy zawody BMX? Słyszę jednak, że federacja raczej skłania się ku biegom z przeszkodami, takim jakimi katuje się współczesnych żołnierzy (i innych mundurowych)…

Pięciobój nowoczesny. Wszystko się zmienia, sam pięciobój też ewoluował przez lata (dystanse biegu czy pływania, broń strzelecka, skoki przez przeszkody zamiast jazdy terenowej etc), cóż więc szkodzi, by zmienić mu jedną z konkurencji? Ktoś zawsze będzie startował, ktoś zawsze będzie oglądał, ktoś zawsze będzie kręcił nosem.

PS tytuł bo się błąkał nachalnie, a nie miałem lepszego pomysłu

nie wie Sejm co w prawie piszczy

Nieoceniony Kot Sejmowy właśnie wyłapał, że nasz znakomity rząd tyle co (tydzień temu, a dokładnie czwartego kwietnia) wniósł do Sejmu projekt ustawy „o zmianie niektórych ustaw w celu automatyzacji załatwiania niektórych spraw przez Krajową Administrację Skarbową”, w którym zamieścił między innymi niepozornie brzmiącą propozycję „w art. 952[1] kodeksu postępowania cywilnego uchyla się paragraf 5”. Zapewne nie będziecie szczególnie zaskoczeni, że ten paragraf 5 nie ma zbytnio związku z automatyzacją ani z załatwianiem spraw przez administrację skarbową, ponieważ stanowi wyłącznie czasowy zakaz przeprowadzania przez komornika sądowego licytacji nieruchomości w czasie trwania stanu epidemii lub zagrożenia epidemicznego (czyli w naszej trwającej nieprzerwanie od 2 lat rzeczywistości, to czy taki zakaz był sensowny to temat na osobną dyskusję). Co jednak ciekawsze, to fakt, że ten przepis właśnie został przez Sejm uchylony ustawą o zmianie ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa oraz niektórych innych ustaw – fakt, dopiero ósmego kwietnia, być może ktoś w Sejmie doszedł do wniosku, że można to przenieść z jednego projektu do drugiego, bo automatyzacja potrwa za długo, albo bo zakaz licytacji bardziej pasuje do pomocy obywatelom Ukrainy (albo i nie doszedł, tylko zwyczajnie nikt do końca nie ogarnia co, jak i kiedy się zmienia).

Ta sytuacja przypomniała mi jeden z moich ukochanych kwiatków polskiej legislacji, na dodatek stanowiący mały suplement do ostatniej notki o restrukturyzacji kredytów. Otóż sam obowiązek umożliwienia kredytobiorcy restrukturyzacji kredytu wprowadzano ustawą z dnia 25 września 2015 r. o zmianie ustawy – Prawo bankowe oraz niektórych innych ustaw – wtedy dodano art. 75c, oraz zmieniono przepis art. 75 ust. 1 ustawy prawo bankowe, który do tej pory brzmiał:
W przypadku niedotrzymania przez kredytobiorcę warunków udzielenia kredytu albo w razie utraty przez kredytobiorcę zdolności kredytowej bank może obniżyć kwotę przyznanego kredytu albo wypowiedzieć umowę kredytu.”
w ten sposób, że dodano nawiązanie do art. 75c o restrukturyzacji:
W przypadku niedotrzymania przez kredytobiorcę warunków udzielenia kredytu albo w razie utraty przez kredytobiorcę zdolności kredytowej bank może, z zastrzeżeniem art. 75c, obniżyć kwotę przyznanego kredytu albo wypowiedzieć umowę kredytu.”

W praktyce oznaczało to, że bank nie mógł wypowiedzieć umowy kredytowej bez umożliwienia kredytobiorcy restrukturyzacji! No dobrze, zapytacie, ale co to ma wspólnego…

Otóż ta zmiana została uchwalona przez Sejm we wrześniu 2015 roku, ogłoszona w dniu 12 listopada 2015 roku i zaczęła obowiązywać w dniu 27 listopada 2015 roku. Tyle że 1 stycznia 2016 roku weszła w życie ustawa Prawo restrukturyzacyjne, uchwalona w maju 2015 roku i ogłoszona w lipcu 2015 roku, która… zmieniła przepis art. 75 ust. 1 ustawy prawo bankowe nadając mu treść:
W przypadku niedotrzymania przez kredytobiorcę warunków udzielenia kredytu albo w przypadku utraty przez kredytobiorcę zdolności kredytowej bank może obniżyć kwotę przyznanego kredytu albo wypowiedzieć umowę kredytu, o ile ustawa z dnia 15 maja 2015 r. – Prawo restrukturyzacyjne nie stanowi inaczej.

Nie będzie dla Was zaskoczeniem, że ustawa Prawo restrukturyzacyjne zajmuje się zupełnie innymi rzeczami, niż indywidualna restrukturyzacja kredytu, prawda? I tak oto przepis wiążący możliwość wypowiedzenia kredytu z możliwością restrukturyzacji obowiązywał raptem 5 tygodni, bo przy procedowaniu zmiany ustawy prawo bankowe nikt w Sejmie nie wyłapał uchwalonej już (acz jeszcze nieobowiązującej) zmiany tej ustawy (dodajmy, że odpowiedni przepis ustawy Prawo restrukturyzacyjne wprowadzający tę zmianę miał numer art. 418 pkt 2 i znajdował się w wewnątrz liczącego sobie 80 stron bloku zmian różnych ustaw).

PS pamiętajmy, że rok 2015 to jeszcze ancient regime, możliwość pogubienia się w ustawach jest ponadpartyjna (choć im większy chaos w pracach, tym większa)

o ciężkim losie kredytobiorców, wyłącznie hipotecznych

W ostatnich miesiącach powraca, a w ostatnich dniach szczególnie silnie, temat rosnących stóp procentowych i spowodowanych tym wzrostu rat kredytów hipotecznych – na tyle, że już szykuje się jakieś specustawy. Ja ze swojej strony najpierw przypomnę, że problem dotyczy głównie tych, którzy pokaźne kredyty brali w ciągu ostatnich 2 lat (czyli odkąd w ramach środków antycovidowych obniżono stopy procentowe niemal do zera) – reszta wzdycha tylko tęsknie „skończyły się słodkie dni Aranjuezu”, czyli półtora roku ze stopami niższymi niż spodziewane (a dla tych mających kredyty od wielu lat stopy wróciły w okolice czasów udzielania). Przede wszystkim jednak wpis ten będzie o tym, co już można zrobić…

Wyobraźmy sobie na początek kredytobiorcę, który odbiera z banku zawiadomienie o aktualnej wysokości raty, patrzy z przerażeniem na wysokość wypłaty, podlicza bieżące rachunki i łapie się za głowę z myślą „przecież musimy jeść, musimy się ogrzać i mieć prąd, musimy mieć wodę zimną (i ciepłą), no na całą ratę kredytu NIE STARCZY” (pomińmy dla uproszczenia rozważania czy na pewno nie może na czymś oszczędzić ani czy nie przesadził z optymizmem przy zaciąganiu kredytu). Taki kredytobiorca płaci więc ratę w niepełnej wysokości, przyjmijmy że stać go na dokładnie tyle ile miesiąc wcześniej – i z przerażeniem myśli „czy zaraz mnie z domu wyrzucą?”. Otóż…

Ponieważ bank nie otrzymał raty w pełnej wysokości, to rozpocznie działania perswazyjne. Jeżeli będą polegały tylko na esemesie lub telefonie z przypomnieniem, to nie ma to w zasadzie znaczenia prawnego. Jeżeli natomiast bank dojdzie do wniosku, że trzeba na poważnie, to wysyła do kredytobiorcy wezwanie do zapłaty zaległej części raty. I tu – uwaga – bank obowiązkowo informuje kredytobiorcę o możliwości restrukturyzacji zadłużenia, kredytobiorca musi tylko złożyć wniosek w ciągu 14 dni roboczych od otrzymania wezwania, potem bank dokonuje na nowo oceny sytuacji finansowej kredytobiorcy, i – jeżeli nie ma obiektywnych przeszkód wynikających z tej sytuacji – powinien wyrazić zgodę na zmianę warunków lub terminów spłaty, uzgodnionych w oparciu o aktualne możliwości kredytobiorcy (art. 75c ustawy prawo bankowe).

Powyższy tryb dotyczy zasadniczo WSZYSTKICH kredytów, nie tylko hipotecznych. W stosunku do niedawno zaciągniętych kredytów hipotecznych („niedawno” znaczy w ciągu ostatnich prawie 5 lat) mamy dodatkową, bardziej szczegółową regulację w ustawie o kredycie hipotecznym… Precyzuje ona przede wszystkim, że restrukturyzacja zadłużenia może obejmować:
– czasowe zawieszenie spłaty kredytu
– zmianę wysokości rat
– wydłużenie okresu kredytowania
i wszystko inne, co pomoże w utrzymaniu normalnej spłaty kredytu. Nic tylko składać wnioski o restrukturyzację! (czego zapewne wielu kredytobiorców w takiej sytuacji nie robi)

Co więcej – nawet jeżeli sytuacja kredytobiorcy pozwala nie na restrukturyzację (a to oznacza, że problem jest głębszy niż tylko „brakuje mi na podwyższoną ratę”), to ustawa bankowi nakazuje dać kredytobiorcy pół roku na sprzedaż nieruchomości, zanim będzie się mógł „na poważnie” zabrać za odzyskiwanie należności, czyli wystąpić przeciw kredytobiorcy do zapchanego sprawami sądu, uzyskać korzystne dla siebie rozstrzygnięcie etc etc… A na dodatek jeśli kredytobiorca znajdzie kupca za kwotę niższą niż pozostały do spłaty kredyt, to i tak bank co do zasady ma obowiązek wykreślić hipotekę i umożliwić spłatę reszty zadłużenia w na nowo ustalonych ratach (piszę „dla zasady”, żeby nikt nie kombinował ze sprzedażą za zaniżoną kwotę, ludzie naprawdę miewają głupie pomysły).

Cóż jeszcze zatem można by zrobić dla kredytobiorców (pomijając na razie możliwość ogłoszenia upadłości konsumenckiej, bo to oznacza jednak pozbycie się kredytu hipotecznego razem z kupionym na ten kredyt domem czy mieszkaniem, ale zawsze to wariant dla tych, którzy naprawdę już na kredyt nie stać, zdarza się i bez szalejących stóp)? Otóż nasuwa mi się pomysł jak z ustawy koronawirusowej, która w artykule 31fa (tak, podaję ten numer tylko po to żebyśmy mogli się z niego pośmiać) pozwalała złożyć wniosek o zawieszenie umowy kredytu (także hipotecznego) na czas do 3 miesięcy bez jakiegokolwiek badania szczegółów – wystarczyło, że kredytobiorca złożył wniosek i oświadczył, że po wybuchu pandemii stracił pracę. Jeżeli więc problemem naszego kredytobiorcy jest, że w wyniku wzrostu stóp przestało go być stać na ratę – to czemu nie wprowadzić jeszcze bardziej uproszczonego trybu restrukturyzacji, polegającego na złożeniu oświadczenia, że kredytobiorcy z powodu wzrostu stóp nie stać na ratę w nowej wysokości, przez co nadwyżka ulegałaby odroczeniu?

Oczywiście, najlepiej by było wprowadzić rozwiązanie, że Skarb Państwa/gmina wykupuje mieszkanie spłacając kwotę kredytu (kredytobiorca też by na tym przyoszczędził, bo odzyskałby część zapłaconej prowizji od kredytu) i wynajmując je kredytobiorcy, ale z jakiegoś powodu podejrzewam brak entuzjazmu do tego rozwiązania… Ale to już bardziej o tym, co mogłoby być, niż co jest.

PS osoby czytające uważnie tytuł mogłyby się zastanowić, dlaczego przed wzrostem stóp należy chronić tylko osoby z kredytami hipotecznymi – cóż, zapewne z tego samego powodu, dla którego nie chroniono kredytobiorców „frankowych” kiedy frank niebotycznie skoczył do góry, a może z zupełnie innego

najbardziej wkurzające przejazdy rowerowe

I zrobiła się wiosna, astronomiczna, kalendarzowa, meteorologiczna, co tam chcecie, przede wszystkim ciepło i słonecznie jest (jak na marzec), choć sucho. Nie ma się co dziwić, że przy takiej pogodzie rowerzyści tłumnie wychodzą z domu…

…i poruszają się czy to drogami, czy to bezdrożami, czy tez wreszcie drogami/ścieżkami rowerowymi. A kiedy jeżdżą drogami rowerowymi, to w końcu zwykle dojeżdżają do przejazdów rowerowych, czyli de facto skrzyżowań drogi rowerowej z drogą „zwykłą”, na których (o czym kierowcy powinni pamiętać) rowerzyści mają pierwszeństwo. A te przejazdy potrafią być irytujące, zwłaszcza kiedy kiepsko widać czy ktoś się do takiego przejazdu nie zbliża, oj potrafią… Aż mi się zaczął taki ranking układać, kiedy jeździłem po okolicznych drogach.

3. Przejazdy w środku lasu – jedziesz przez las, wokół piękne drzewa, szum, zieleń, nagle ni z gruchy, ni z pietruchy znak „PRZEJAZD” i czerwony pasek na asfalcie, pomiędzy drzewami nie sposób dojrzeć czy ktoś jedzie, z jaką prędkością i jak daleko mu do przejazdu… A już najlepiej jak przejazd jest zaraz za zakrętem, jak ten tu poniżej (między znakami widocznymi po lewej stronie).

2. Przejazdy na zjeździe z ronda – tu z kolei zwykle widać, ale geometria ronda powoduje, że trudno jednocześnie ogarniać wzrokiem drogę tuż przed sobą, skręcać kierownicą w lewo trzymając się w rondzie, przygotowywać się do skręcenia kierownicy w prawo żeby z ronda zjechać, patrzeć mocno w prawo czy ścieżką nie nadjeżdża rowerzysta z prawej i mocno w lewo czy nie nadjeżdża z lewej… No grozi nadwyrężeniem szyi/oczu, o psyche nie mówiąc. A jeżeli jeszcze – jak w miejscu poniżej – krzaki oddzielające ścieżkę od ronda rozrosną się tak, że nie widać czy ktoś jedzie…

1. Przejazdy jak dla samobójców – jedziemy z górki na pazurki (rowerem) i nagle wskakujemy na przejazd, nawet nie wiadomo czy i jak hamować (rowerem). Szczególne miejsce w moim serduszku ma przejazd, na który wpada się z górki spomiędzy drzew, całość jeszcze solidnie przysłonięta dużą tablicą informacyjną…

Nie, na razie nikt na mnie nie wpadł ani nikogo nie uderzyłem na takim przejeździe (pamiętam o pierwszeństwie). Ale irytować, irytują.

PS zdjęcia z Google Maps, niekoniecznie aktualne, możecie wierzyć że te przejazdy tam są, i że są irytujące

patrzę na mapę Ukrainy

Widzę: krainę zajętą przez zielone ludziki na wschodzie głęboko, z udawanymi pretensjami rozciągającymi się na północ w stronę granicy rosyjskiej i nieco na zachód, w formalnych granicach obwodów ługańskiego i donieckiego.

Widzę: na południu okupowany przez Rosję Krym.

Widzę: atak putinowski od południa i od wschodu, który teoretycznie miałby zmierzać do przejęcia kontroli nad kolejnymi kradzionymi Ukrainie terytoriami.

Widzę: atak putinowski od północnego wschodu, na Sumy i Charków.

Widzę: atak putinowski od północy, z kraju usłużnego Łuki, idący na Kijów po obu stronach Dniepru.

Widzę: wrzesień 1939, II Rzeczypospolitą z jej frontami od Gdyni po Suwałki i od Kłobucka po Sanok.

Widzę: oczami wyobraźni już prawie, bo rozdzielczość mapy nie pozwala, malutki Ostriw Zmijinyj, ukraińskie Westerplatte, gdzie ukraiński dowódca został nowym Cambronnem, odpowiadając na wezwanie do poddania się: російський військовий корабель, іди нахуй

Путин хуйло.

СЛАВА ГЕРОЯМ!

VAT, prąd, szok

Patrzę na moje roczne rozliczenie za prąd (sprzed roku, szok cenowy prawdopodobnie wkrótce przede mną). Wynika z niego, że zużywam rocznie niecałe 4000 kWh, zapewne więcej niż przeciętne polskie gospodarstwo domowe (wg danych GUS za rok 2018 średnie zużycie energii elektrycznej w gospodarstwie domowym wynosiło 2375 kWh). Dla uproszczenia przyjmijmy że łączna prognozowana wartość należności za prąd to 3000 zł za cały rok, czyli 250 zł miesięcznie (płacę raz na dwa miesiące po pięćset).

W tej kwocie 3000 zł mamy 2.439,02 zł wartości netto i 560,98 zł podatku VAT (wg stawki 23%). Policzmy sobie co by było, gdyby zgodnie z płynącymi z różnych stron pomysłami obniżono VAT (tylko na prąd lub w ogóle) do stawki 15% – wtedy VAT za cały rok wynosi 365,85 zł, całość prognozy 2804,87 zł, a miesięczna płatność 233,74 zł. Czyli miesięcznie zyskuję 16,26 zł, a rocznie 195,13 zł.

Jak nietrudno zauważyć, proporcje będą identyczne u każdego – czyli jak ktoś mniej prądu zużywa (ile wynoszą Wasze faktury, miesięczne lub dwumiesięczne), to zaoszczędzi na tej obniżce mniej (to gospodarstwo domowe ze średnim krajowym zużyciem jakoś około dychę miesięcznie), a jak ktoś zużywa go więcej – to odpowiednio więcej. A gdyby tak…

Wyobraźmy sobie, że zamiast obniżać VAT na prąd, przyznajemy każdemu gospodarstwu domowemu specjalny Bon Energetyczny, który może posłużyć tylko na sfinansowanie zakupu prądu (znaczy nie mam nic przeciwko temu żeby to rozszerzyć też na gaz czy nawet węgiel, ale zostańmy dla uproszczenia przy prądzie), a przez dostawcę energii zaliczany jest tylko na pokrycie podatku VAT (technicznie to wyjątkowo proste, środki z Bonu będą księgowane na rachunek VAT, który dostawca i tak posiada obowiązkowo). Niech taki Bon wynosi 150 zł rocznie.

Co to daje? Zwykłemu Kowalskiemu daje to 150 zł do ręki (o tyle mniej musi wydać na prąd w trakcie roku) – znacznie więcej niż zyskałby na obniżce VAT. Dla biedniejszego Kowalskiego to zapewne znacznie ważniejsza kwota niż dla mnie, nie mówiąc o osobie która zużywa prądu rocznie za – powiedzmy – 15 tysięcy. Ta ostatnia osoba na pewno wolałaby obniżkę VAT, bo wtedy jej rachunki spadłyby rocznie o prawie tysiąc złotych, a Bon daje jej kilkakrotnie mniej…

No, ale podobno VAT trzeba obniżać, bo jest degresywny i nic innego się z tym nie da zrobić.

nasza Elżunia, czyli o rod(owod)ach monarszych

Poznałem tę historię niedawno, gdzieś tak od środka. Być może ją już znacie, być może nie, w każdym razie spisałem ją, bo potem o sprawie zapomnę, a już na pewno nie będzie mi się chciało ponownie jej odtwarzać. Zatem: dawno, dawno temu…

Mieszko i Dobrawa z Przemyślidów spłodzili Bolesława.
Bolesław i Emnilda słowiańska spłodzili Mieszka.
Mieszko i Rycheza lotaryńska spłodzili Kazimierza.
Kazimierz i Dobroniega z Rurykowiczów spłodzili Władysława.
Władysław i Judyta z Przemyślidów spłodzili Bolesława.
Bolesław i Zbysława ruska spłodzili Władysława.
Władysław i Agnieszka z Babenbergów spłodzili Bolesława i Mieszka.

Tu się na chwilę zatrzymamy – w sumie do tego miejsca właściwie jedziemy szkolnymi podręcznikami – bo nam się troszeczkę historia rozchodzi w różne strony. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Bolesław wrocławski i Krystyna spłodzili Henryka.
Henryk i Jadwiga z Meranii spłodzili Henryka.
Henryk i Anna z Przemyślidów spłodzili Bolesława.
Bolesław legnicki i Jadwiga spłodzili Henryka.
Henryk i Elżbieta Bolesławówna spłodzili Bolesława.
Bolesław legnicki i Małgorzata z Przemyślidów spłodzili Wacława.

A w inną stronę poszło tak:

Mieszko raciborski i Ludmiła czeska spłodzili Kazimierza.
Kazimierz opolski i Wiola spłodzili Władysława.
Władysław i Eufemia Odonicówna spłodzili Mieszka cieszyńskiego.
Mieszko (o matce kroniki milczą) spłodził Kazimierza.
Kazimierz i Eufemia mazowiecka spłodzili Annę.

Co podział dzielnicowy rozłączył, niech biskup połączy:

Wacław legnicki i Anna cieszyńska spłodzili Ruprechta.
Ruprecht legnicki i Jadwiga żagańska spłodzili Barbarę.

Teraz następuje wyjście poza piastowskie włości.

Rudolf saski i Barbara legnicka spłodzili Barbarę.
Jan Hohenzollern Alchemik i Barbara spłodzili Dorotę.

Po czym przenosimy się do państwa duńskiego.

Christian I duński i Dorota spłodzili Fryderyka I.
Fryderyk I duński i Anna brandenburska spłodzili Chrystiana III.
Chrystian III duński i Dorota saska spłodzili Jana.
Jan ze Szlezwiku i Elżbieta z Brunszwiku spłodzili Aleksandra.
Aleksander ze Szlezwiku i Dorota spłodzili Augusta Filipa.
August Filip ze Szlezwiku i Maria Sybilla spłodzili Fryderyka Ludwika.
Fryderyk Ludwik ze Szlezwiku i Luiza Szarlota spłodzili Piotra Augusta.
Piotr August ze Szlezwiku i Zofia heska spłodzili Karola.
Karol ze Szlezwiku i Szarlota spłodzili Fryderyka Karola Ludwika.
Fryderyk Karol Ludwik ze Szlezwiku i Fryderyka spłodzili Fryderyka Wilhelma.
Fryderyk Wilhelm ze Szlezwiku i Luiza Karolina heska spłodzili Chrystiana.
Chrystian IX duński i Luiza heska spłodzili Aleksandrę.

I tak oto w tej podróży przez wieki, epoki i pokolenia docieramy na Wyspy.

Edward VII i Aleksandra duńska spłodzili Jerzego V.
Jerzy V i Maria spłodzili Jerzego VI.
Jerzy VI i Elżbieta spłodzili Elżbietę II.

Nasza ci ona? No nasza. Oczywiście, spokojnie można było rozpisać inne meandry drzewa genealogicznego, wszak niejedna matka i żona w tej wyliczance wywodziła się z takiej czy innej gałęzi Piastów. Niezmienny pozostaje jednak fakt, że królowa Elżbieta II jest potomkinią Piasta (czeskiego Przemysła Oracza zresztą też). Podobnie jak zresztą większość władców europejskich, bo Chrystian IX wżenił swoje dzieci w inne rody królewskie, ale to już temat na inną opowieść…

słówka, słówka, słówka

CRIMP.
WINCE.
WHACK.
KNOLL.
PERKY.
SHARD.
PLEAT.
ALOFT.

Lubicie się uczyć słówek? Ja zawsze bardzo umiarkowanie, głównie tych które były praktyczne. Tak, w efekcie w językach obcych słownictwo mam średnio rozwinięte, przy wysławianiu się w mowie czy piśmie to nie przeszkadza, dopiero kiedy trzeba przeczytać tekst bardziej wyrafinowany, napotyka się na potrzebę sięgania po słownik (albo się prostacko idzie dalej rozumiejąc sens, nie niuans).

Słownictwo można nadrabiać grami. Nie grywam ostatnimi laty w Scrabble, ale zdarzało mi się widzieć ludzi, którzy grali ze słownikiem przy stole (aczkolwiek nie pamiętam, czy w zasadach nie jest to w jakiś sposób zabronione, może to kwestia konwencji). Ostatnio zaś – zapewne zauważyliście – modna jest „gra” Wordle, czyli współczesny internetowy odpowiednik master minda, w którym zamiast kombinacji czterech kolorów odgaduje się w sześciu próbach pięcioliterowe słowo (w oryginale angielskie, są oczywiście dawno wersje dla licznych innych języków, każdy może wyszukać). Wordle ma podobno (tak czytałem, nie weryfikowałem) listę ponad dwóch tysięcy słów, więc mogą się na niej trafić słowa powszechnie znane, a mogą…

Znaliście te słówka wymienione na początku? Jeśli tak, dobrze dla was. Jeśli nie, to właśnie mogliście je poznać. Mogliście też je poznać, grając w Wordle w ostatnich tygodniach. Ich znaczenia to (mniej więcej lub jedno z):
CRIMP – Fałda
WINCE – Grymas
WHACK – Cios
KNOLL – Pagórek
PERKY – Dziarski
SHARD – Skorupa
PLEAT – Plisa
ALOFT – Wysoko.

Uczyć, bawiąc.

crazy frog

I znowu oburzenie się niesie w Narodzie (a przynajmniej w pewnej jego części, nie badałem szerzej), że Wolny Sąd wydał Niesprawiedliwy Wyrok. Tym razem chodzi o niejakiego Froga, typa znanego z tego, że wyobraża sobie, że jest bohaterem serii „Szybcy i wściekli” (lub podobnych) i uprawia idiotyczne rajdy samochodem z szaleńczą prędkością i takimiż manewrami (a na dodatek publicznie się tym chwali, wrzucając do sieci filmiki ze swoimi popisami, podobno, gdyż nigdy nie zniżyłem się do ich oglądania). I tegoż oto Froga któregoś oskarżono, że niektóre z jego wyczynów stanowiły przestępstwo…

I tu musimy na chwilę zagłębić się w przepisy prawa. Froga oskarżono o popełnienie przestępstwa z artykułu 174 paragraf 1 kodeksu karnego, który brzmi następująco:

Kto sprowadza bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy w ruchu lądowym, wodnym lub powietrznym, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Samo zaś pojęcie „katastrofy” dookreśla przepis artykułu 173 paragraf 1 kodeksu karnego, według którego katastrofa powinna „zagrażać życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach”. Uzupełnijmy, że zgodnie z artykułem 115 paragraf 6 i 7a kodeksu karnego „mienie w wielkich rozmiarach” oznacza mienie o wartości powyżej 1 miliona złotych, natomiast pojęcie „wiele osób” nie jest doprecyzowane w przepisach – uważa się że chodzi tu o co najmniej 10 osób.

Cała ta wyliczanka służy wyjaśnieniu, co trzeba wykazać, żeby rzeczonego Froga można było skazać – teoretycznie jak brakuje jednego kawałka układanki, to nie ma przestępstwa. Czy to znaczy, że można szaleć bezkarnie? I tak, i nie – możliwe jest, że nie popełnia się przestępstwa dopóki w takiej szalonej jeździe się na nikogo/na nic nie wpadnie (bo wtedy mamy do czynienia ze spowodowaniem co najmniej wypadku, który może stanowić inne, samodzielne przestępstwo), natomiast ponad wszelką wątpliwość można zastosować przepis:

Kto na drodze publicznej, w strefie zamieszkania lub strefie ruchu, nie zachowując należytej ostrożności, powoduje zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym, podlega karze grzywny.

Zasadnicza różnica polega na tym, że powyższy przepis pochodzi z kodeksu wykroczeń (artykuł 86 paragraf 1), co oznacza, że mamy do czynienia z czynem nie tylko mniejszej rangi, ale także o dużo mniej dotkliwej karze (grzywna za wykroczenie może wynosić do 5 tysięcy złotych).

Kiedy więc zestawimy ze sobą te dwa przepisy, widzimy, że szalona jazda po drodze – powodująca zagrożenie – stanowi niewątpliwie wykroczenie, natomiast żeby się przerodziła w przestępstwo, to musi osiągnąć stadium bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy (zagrażającej życiu lub zdrowiu wielu ludzi albo mieniu wielkiej wartości). Niestety, póki co nie mamy nic pośrodku, trzeba by zmienić kodeks karny…

Nie mam pojęcia, czy rzeczony Frog popełnił przestępstwo, czy nie (i nie zamierzam próbować mieć zdania). Sąd Rejonowy oceniając dwa jego wybryki doszedł w zeszłym roku do wniosku, że kiedy Frog szalał po Warszawie, to nie przekroczył bariery, natomiast przesadził gdzieś na drodze pod Kielcami (i za to skazał go na 2,5 roku więzienia). W tym tygodniu Sąd Okręgowy uznał, że pod tymi Kielcami jednak też granica przestępstwa nie została przekroczona – i go uniewinnił. Próbując mieć własne zdanie, pamiętajcie gdzie szukać granicy.

nowy ład, nowe przelewy

Na wstępie powinienem w zasadzie przeprosić za przekręcenie nazwy sztandarowego programu rządu – ja w zasadzie wiem że to Polski Ład, a nie Nowy Ład, ale nie poradzę na odruch, i nie mam na myśli że Premier Morawiecki nowym Prezydentem Rooseveltem jest. A poza tym tak mi pasuje do tytułu.

Więc przechodząc do tak zwanej rzeczy, podobno tenże Ład jest błędem na błędzie (twierdzą ci, którzy go nie lubią, oraz ci, którzy muszą czytać wprowadzające go przepisy, niekoniecznie z tych samych powodów). Kluczowym dowodem ma być, że oto ludzie dostają niższe wypłaty niż miesiąc temu (jeśli ktoś dostaje w styczniu wypłatę za grudzień, albo już na początku miesiąca dostaje wypłatę za styczeń, to właśnie zetknął się z zasadami rozliczania podatku i pobierania zaliczek).

A jak jest naprawdę? Zacznijmy od odrobiny teorii. Polski Ład dla większości ludzi (jak ktoś chce, niech bada dokładny procent podatników) obniża obciążenia dochodu, ponieważ podwyższa kwotę wolną od podatku z kwoty (zasadniczo) 3.089 zł do kwoty 30.000 zł (zasadniczo, bo w dotychczasowych przepisach był to skomplikowany mechanizm, niemniej w granicach rocznego dochodu między 13 a 85 tysięcy kwota wolna była stała). Owszem, jednocześnie dokonuje małej rewolucji w zakresie składki zdrowotnej – dotąd jej większość była od podatku odliczana, teraz funkcjonuje obok. W praktyce oznacza to, że potrącenie z dochodu wynosiło dotąd 18,25% dochodu minus kwota 525,12 złotych, natomiast od tego roku potrącenie wynosi 26% minus kwota 5.100 złotych. Zasadniczo każdy może sobie teraz policzyć umiarkowanie skomplikowane równanie – ale od razu powiem, że w nowych przepisach potrącenia są niższe dopóki miesięczny dochód (nie pensja brutto, tylko dochód do opodatkowania) nie przekracza 4.919,22 zł, czyli 4065 zł na rękę.

Logicznym wnioskiem jest, że powyżej tej kwoty na Polskim Ładzie podatnik „traci” (czyli powinien mieć potrącane więcej niż dotąd), i jest to efekt absolutnie normalny (jeden traci, drugi zyskuje, ten co zarabia więcej, wciąż ma na rękę więcej). Twórcy Ładu zlękli się jednak skutków własnego Ładu i wprowadzili koszmarnie skomplikowaną „ulgę dla klasy średniej” (którą należałoby wyrzucić do kosza), która przysługuje tylko wybranym podatnikom od wybranych dochodów (nie obejmuje np. emerytur, rent czy umów śmieciowych). Równie skomplikowane są zasady pobierania zaliczek na tę ulgę, z których na dodatek można zrezygnować (sporo ludzi zrezygnowało bojąc się, że na koniec roku część tej ulgi będzie musiało oddawać). W efekcie ich wypłaty będą niewątpliwie niższe (za to w przyszłym roku dostaną zwrot w rocznym rozliczeniu).

Innym źródłem problemu staje się praca w kilku miejscach naraz. Wspomnieliśmy powyżej, że przy miesięcznej wypłacie do 4065 zł Nowy Ład powinien być dla podatnika korzystny. Co jednak jeśli tę wypłatę dostaje z dwóch różnych miejsc? Otóż pojawia się pytanie, gdzie będzie uwzględniana kwota wolna od podatku. Każdy pracownik u swojego pracodawcy składał oświadczenie, czy to jego wskazuje jako właściwego do uwzględniania kwoty wolnej (nikt tego nie kontrolował, to było poza systemem) – a nawet jeżeli zrobił to w dwóch miejscach naraz, to w najgorszym wypadku pobrano mu w trakcie roku zaliczki zbyt małe o 525,12 zł, i tyleż trzeba było(by) dopłacić w rozliczeniu rocznym. Kiedy jednak kwota wolna znacząco wzrosła, to i różnica się robi znacząca. Spójrzmy sobie na przykład.

Wyobraźmy sobie osobę, która pracuje w dwóch miejscach (na pół etatu), i w każdym z tych miejsc ma dochód do opodatkowania 2400 zł (nie przeliczam ile to oficjalnie brutto, bo mi się trochę nie chce włączać starych kalkulatorów płacowych). Co jest ważne – w tym miejscu pracy, gdzie jej uwzględniają kwotę wolną od opodatkowania, otrzymywała na konto 2005 zł (zaokrąglone do pełnej złotówki), natomiast w tym drugim 1962 zł. Różnica prawie niezauważalna. Osoba taka łącznie dostaje 3967 zł, więc zgodnie z tym co wcześniej pisaliśmy, powinna na Nowym Ładzie skorzystać. Jednakże, po Nowym Roku z jednego miejsca pracy dostaje 2184 zł, a z drugiego tylko 1776 – co tu się stało!!! (nawet jeśli łącznie straciła tylko 7 zł) Otóż „problemem” jest to, że przy niższych jednostkowych zarobkach nie sposób wykorzystać w pełni kwoty wolnej od podatku, wynoszącej de facto 2500 zł (a przy braku kwoty wolnej realne obciążenie natychmiast rośnie). Pracodawca rozliczając wynagrodzenie 2400 zł stwierdza, że podatek jest zerowy (potrąca tylko składkę zdrowotną), drugi pracodawca nalicza zaliczkę od całych 2400 zł – przez co 100 zł kwoty wolnej pozostaje „niewykorzystane” (podobnie jak przy uldze dla klasy średniej, „zwróci się” w rocznym zeznaniu).

Nie aspiruję w tym miejscu do udzielenia odpowiedzi na wszystkie pytania o możliwe przyczyny zmniejszonych wskutek Nowego Ładu poborów – każdy przypadek trzeba by było przeliczyć na kalkulatorze (w ogóle nie analizowaliśmy np. wpływu umów śmieciowych). W każdym razie jeżeli ktoś dostaje mniej niż dotąd, to najprawdopodobniej dostaje niemało i z kilku źródeł.