Wspominałem już, że zacząłem używać roweru? Stało się to w zeszłym roku, więc mogłem o tym napisać albo nie (a nie chce mi się sprawdzać). W każdym razie używam do tej pory wyłącznie rowerów publicznych. W zeszłym roku był to rower „miejski”, czyli działający na podstawie umowy miasta z operatorem sieci rowerów. W tym roku zaś…
Miasto jest częścią Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (GZM). Metropolia w ramach swoich skromnych kompetencji i możliwości wymyśliła, że po co w kilkunastu jej miastach odrębne systemy rowerów miejskich (pamiętam, że w chorzowskim parku się naciąłem, że chciałem tam odstawić rower, a tu bum! katowicki rower nie zostanie przyjęty, choć granicy nie widać), lepiej zrobić jedną wielką sieć na podstawie umowy GZM z operatorem (był na to duży przetarg) – i od wiosny faktycznie taka sieć zaczęła ruszać, najpierw w wybranych miastach, a w ostatnich tygodniach… właściwie na obszarze całej metropolii z przyległościami.
Rozszerzenie działalności roweru metropolitalnego obejmowało także uruchomienie stacji w mieście za miedzą, co oczywiście oznaczało poszerzenie możliwości wycieczek. Wybrałem się więc w niedzielę – kiedy już przeszły burze i deszcze (wiatry niekoniecznie), przejechałem przez centrum Mikołowa, zdałem na chwilę rower w punkcie… Co mnie zaskoczyło (samo miasto znam) to reakcje „tubylców” – rower metropolitalny to dla nich na tyle nowość, że prawie dziwili się że ktokolwiek używa, i pytali czy się dobrze jeździ. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że tak, nie przyznając się że jestem na gościnnych występach – w końcu wszystkie rowery metropolitalne wyglądają mniej więcej tak samo… A niech się zachęcą. W końcu i tak na kolejne wycieczki będę brał rower z mojego najbliższego punktu.














