Baca milioner

Zapewne wszyscy znają stary poczciwy dowcip o bacy, który sprzedawał psa, ale i tak go opowiem, bo wokół niego będzie zbudowana narracja.

Więc idzie sobie turysta i napotyka bacę z psem. Baca pyta, czy turysta nie chciałby psa kupić, turysta pyta „a za ile”. A za milion, odpowiada baca (i nie chodzi o ceny sprzed denominacji, nie mówiąc o Republice Weimarskiej). Turysta stuka się w głowę myśląc że baca zwariował i idzie dalej. Kiedy popołudniu wraca tą samą drogą, baca siedzi ale już bez psa. I co baco, sprzedaliście psa za ten milion, pyta ironicznie turysta. A sprzedałem, odpowiada baca – a widząc oszołomioną minę przyjezdnego dopowiada: zamieniłem na dwa koty po pół miliona.

A teraz zrobię coś, czego w zasadzie nie powinno się robić, czyli pociągnę dowcip dalej, nazwijmy to sequelem. Przyszedł rok 2020, ten dziwny rok, i baca widząc doniesienia o tym jak miliarderzy się bogacą, postanowił też się wzbogacić. Wystawił więc koty na sprzedaż po milion za każdego. I co? Przehandlował je za cztery gołębie po pół miliona każdy.

Z punktu widzenia wartości transakcji należy stwierdzić, że baca niewątpliwie z milionera stał się dwumilionerem (czy to już multimilioner, oceńcie sami). Czy to zasadniczo zmieniło jego możliwości finansowe? No nie, bo nikt tych gołębi od niego za gotówkę w tej cenie nie kupi. Dlatego też zawsze niezmiernie mnie bawią wszystkie te opowieści że oto Bezos wzbogacił się o ileś tam miliardów nawet nie wymieniając psa na koty, tylko po prostu obserwując jak ludzie chcą drożej kupić akcje spółki, w której posiada spory pakiet. Gdyby chciał te swoje akcje spieniężyć, kurs poleciałby zapewne w dół (abstrahując od tego czy znalazłoby się wystarczająco dużo nabywców z odpowiednią gotówką). Ba, gdyby chciał wziąć kredyt pod zastaw tych wszystkich akcji (abstrahując od tego na co mu tyle gotówki), to prawdopodobnie żaden bank nie dałby mu tego kredytu po maksymalnej wycenie. I tak, Bezos jest niewątpliwie obrzydliwie bogaty (faktycznie sprzedał w ostatnich latach trochę tych swoich akcji za parę miliardów dolarów, choćby po to żeby mieć na filantropię, akcjami nie zasili kont potrzebujących), ale wyceny ile to zarobił są warte mniej więcej tyle, co pies, koty i gołębie bacy.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, oby Wam na kontach przybywało, i to nie z powodu dużej inflacji.

Użytkowa sztuka plażowa

Więc tak sobie szliśmy złotopiaszczańską promenadą, mijaliśmy kolejne hotele rosnące w piętra i luksusy, aż w końcu ją zobaczyliśmy stojącą na skraju plaży. Nie pierwsza to była rzeźba w tej mozaikowej technice, ale te wcześniejsze były takie jakieś bardziej zwyczajne tematycznie, ta zaś jednakowoż zaskakiwała pomysłem.

2020-08-02 Złote Piaski płukaczka

Kiedy wracaliśmy, odkryliśmy jej drugie oblicze. Oto ktoś schodzący z plaży do niej podszedł, coś nacisnął lub przekręcił, i z dziobka popłynęła woda do opłukania się apres-plage. Zachwyciliśmy się jeszcze bardziej. Natychmiast też przypomnieliśmy sobie, że parę dni wcześniej w Warnie widzieliśmy podobną instalację (pun intended).

2020-07-31 Warna płukalnia smoki

Tam stylistyka była odmienna, choć równie przyciągająca uwagę, ale funkcja użytkowa była znacznie mniej zamaskowana. Także dlatego, że jak zobaczyliśmy to miejsce, to ktoś akurat się opłukiwał, i dobrą chwilę czekaliśmy, żeby zrobić zdjęcie bez przypadkowej osoby.

Czemu u nas nie ma takich fajnych instalacji?

alerty RCB

Robiłem właśnie – okołourlopowe, powiedzmy – porządki w tym i owym. Między innymi wziąłem się za posprzątanie SMSów w routerze mobilnym, wiem jak to brzmi, ale to w końcu połączenie telekomunikacyjne jak każde inne (zdarzało mi się wysyłać przez router życzenia świąteczne, przez co niektórzy adresaci próbowali oddzwaniać), tylko urządzenie mniej zachęcające do korzystania (w zasadzie wejść trzeba z poziomu komputera z tym routerem połączonego).

Jak nietrudno się domyślić, dawno porządków tam nie robiłem, więc i sporo różnych śmieci było. Najwięcej oczywiście powiadomień o wystawieniu faktury, wysyłanych hurtowo na wszystkie numery (router jest częścią pakietu). Było trochę SMSów które można zakwalifikować jako spam, o tym właściwie mógłbym napisać osobną notkę skąd się mogą brać SMSy wysyłane na numer, z którego nigdy do nikogo (poza serwerem) nie dzwoniono (to o czym pisałem w poprzednim akapicie to był inny router i numer), ani którego nigdy nikomu nie podawano (sam musiałbym chyba w fakturze sprawdzić co to za numer). Po uprzątnięciu tego wszystkiego zostały alerty RCB, które z niejasnych powodów zostawiłem…

Więc takich alertów mam w pamięci routera 17, najstarszy ma 22 miesiące.
Trzy z nich to ostrzeżenia przed bardzo silnym wiatrem.
Jeden to ostrzeżenie przed burzami z gradem, intensywnymi opadami i możliwymi podtopieniami.
Osiem to kombinacje burz, gradu, opadów, wiatru i podtopień.
Cztery to informacje dotyczące koronawirusa.
Jeden to informacja dotycząca II tury wyborów.

Nie, nie mam żadnej błyskotliwej puenty, po prostu chciałem sobie to podsumować.

Miley

Jednym z moich ulubionych zajęć jest zapewnianie transferu międzyserwisowego – jak znajdę coś ładnego na fejsie, to przenoszę na twittera, jak znajdę coś ładnego na twitterze, to przenoszę na fejsa; dzięki temu radość mam poniekąd podwójną. Kiedy znalazłem na twitterze okolicznościowy żart z fikcyjnym festiwalem muzycznym, nie wahałem się ani chwili – zwłaszcza że zanosiłem się śmiechem po przeczytaniu że jednym z fikcyjnych wykonawców będzie MILEY VIRUS.

miley virus

O sparodiowanej w ten sposób Miley Cyrus niewiele w sumie mogę powiedzieć (a nie robiłem riserczu, świadomie piszę z ulotnej pamięci). Kiedyś była chyba gwiazdą młodzieżowych programów Disneya (z jakimś Efronem albo bez), potem dorosła przynajmniej metrykalnie i zajęła się byciem znaną. Coś zapewne nagrywała i koncertowała (nie mam pojęcia, nie kojarzę żadnej piosenki, więc nawet nie powiem jakie mam zdanie na temat tego co i jak śpiewa), bardziej mi się zapamiętały plotki o skandalikach scenicznych, wskazujące na ratowanie statusu celebrytki w sposób dość rozpaczliwy raczej niż na robienie kariery jako wciąż młodej gwiazdy.

miley woody

Tym większym dla mnie zaskoczeniem było, kiedy ją zobaczyłem w serialu Woody’ego Allena „Kryzys w sześciu scenach”. Sam serial to takie trochę rozciągnięcie typowych grepsów Woody’ego z rozmiaru filmu do sześcioodcinkowego miniserialu komediowego osadzonego w latach 60-tych, w którym postać Miley – dość jednowymiarowa, jak w zasadzie wszystkie postacie serialu – stanowi spiritus movens (w fabułę nie będę wchodzić, jak kto ciekaw to na Amazon Prime obejrzy). Oprócz niej (i Woody’ego oczywiście) mamy cudownie sepleniącą Elaine May oraz w drugoplanowej roli przemykającą Rachel Brosnahan, czyli panią Maisel. Parę żartów naprawdę udanych, jak kto lubi Woody’ego to zapraszam, jak nie lubi – to na własną odpowiedzialność.

Poczta czasu zarazy

– Przepraszam, gdzie ta kolejka na pocztę się kończy?
– Tam (machnięcie ręką w kierunku środka rynku).

– Kto ma polecony albo awizo?
– A można dwie osoby?
– Jedna, bo tylko jedno okienko się zwolniło.

– Kto ma wpłatę do zrobienia, to proszę!
– A do skrytki pocztowej można?
– Proszę, jak do skrytki to można bo tam teraz nikogo.

– Kto ma polecony albo awizo, jedna osoba?
– A jak mam paczkę do odbioru?
– To jest to samo, wchodź pan.

– A moga ino do skrzynki wciepnonć?
– Dej pani, jo wciepna.

I tak sobie staliśmy w środku dużego miasta, w odległości po 1,5+ metra, w tej nowej wirusowej, acz jeszcze nie postapokaliptycznej rzeczywistości, a ochroniarz pilnował żeby na pocztę wchodzić bezpiecznie.

Szczęśliwie nie trafił się żaden inwalida wojskowy ani kobieta w ciąży, żeby poza kolejnością.

Szklanki

W pierwszych słowach donoszę, że notka może zawierać nazwy produktów handlowych, aczkolwiek nie będzie stanowiła zamierzonego lokowania produktu.

Mam w kuchennych szafkach sporo szklanek „po nutelli”. Nie ma na nich, oczywiście, żadnego śladu, wszystkie etykiety zostały starannie usunięte, ale pamiętam skąd się wzięły. Są praktyczne – z grubym dnem i ściankami (można pić z nich whisky, tzn. ja nie piję wcale, więc nie wiem czy byłaby to wielka profanacja, ale tak się kojarzą), można je wkładać jedna w drugą (mniej miejsca zajmują), nie tłuką się łatwo… Tyle się ich nazbierało, że przestaliśmy kupować w takich opakowaniach, bo i co z nimi dalej robić? (puste słoiki lecą do śmieci, a słoik na dłużej starcza)

Był taki czas (niekoniecznie w tym samym zakątku świata), że używaliśmy dużo więcej różnego rodzaju szklanek pochodzących z takiego „odzysku”. Jakieś dżemy czy miody dały baterię całkiem zgrabnych kufelków (grubościennych), serki topione dostarczały małych szklaneczek i szklanek typu long drink. Pamiętam nawet jednego faceta, który kupił karton serków long drink, a potem pytał, czy ktoś nie chciałby tych serków od niego kupić, byle szklanki oddał (smak tych serków był taki sobie, przyznaję).

W ostatnich tygodniach z zaprzyjaźnionych sklepów znikła seria serków twarogowych w plastikowych kubeczkach (odnotowaliśmy, bo jedną odmianę smakową kupowaliśmy regularnie). Nie znam przyczyn tego zniknięcia, może to zwykłe sprawy handlowe – ale wyobraziłem sobie, że w ramach zmian proekologicznych mogliby zmienić rodzaj ich opakowań z plastikowych na szklane. I nawet nie potrzebuję nowych szklaneczek, mógłbym płacić kaucję za opakowanie zwrotne jak przy butelkach od piwa (i odzyskiwać ją po wyjedzeniu zawartości).

Wiedeń robi rzeźbę

Wiedeń. Miasto pałaców, ogrodów i zdobionych kamienic (i wielu innych rzeczy, bo to miasto o dużej różnorodności). Gdy się tak spaceruje tu i tam, to można napotkać wiele ciekawych przejawów sztuki przestrzennej, przy których w zależności od preferencji można unieść brwi lub podrapać się głowę (bądź zrobić wiele innych rzeczy, bo co będziemy kogoś ograniczać.

Weźmy taki ogród przed dolnym Belwederem, wypełniony jeszcze w osiemnastym wieku marmurowymi piersiastymi sylwetkami. Idziesz sobie podziwiając kontrast bieli z intensywną zielenią żywopłotów, i nagle zadajesz sobie pytanie: co poeta… rzeźbiarz miał na myśli?

Wien Belvedere

Albo taki Schweizer Garten. Niby park jak każdy inny, a tu nagle coś na człowieka wyziera, i znajome się wydaje. Patrzysz raz, drugi – Frycek to czy jak? Znajdujesz tabliczkę informacyjną i faktycznie, tylko jakiś taki płaski i dziurawy, i coś mu koło głowy furga.

Wien Chopin

Albo jak się wybierzesz zobaczyć budynki ONZ… i przy okazji zwiedzasz Nowoczesną Dzielnicę ozdobioną Nowoczesnymi Rzeźbami. Oglądasz taką rzeźbę z lewej, z prawej, z tyłu, z przodu, nawet od dołu próbujesz (żeby od góry to trzeba by drona lub gościnności kogoś z wyższych pięter) – i nadal nie bardzo wiesz o co chodzi. Podchodzisz do tabliczki informacyjnej i dowiadujesz się że to rzeźba „Bez tytułu”.

Wien VIC 1
Wien VIC 2

A potem idziesz wstrząśnięty i lekko zmieszany ulicą, napotykasz kolejny błyszczący obiekt trójwymiarowy i odczuwasz wielką potrzebę trollingu przez odkręcenie takiej tabliczki „Bez Tytułu” i przykręcenie jej pod tym nieoznaczonym obiektem.

Wien Hydrant

Gdybyście chcieli zapytać, jak w Wiedniu robią masę, to może przy innej okazji (ale robią lepiej).

Autostrady są nudne

Autostrady są praktyczne i wygodne (o ile nie są akurat w remoncie) – ze dwa pasy, przyzwoity asfalt, bezkolizyjne skrzyżowania, po prostu nic tylko jechać by dojechać. Jednocześnie kiedy się nimi jedzie nie forsując tempa, to na tym przyzwoitym asfalcie jazda robi się zwyczajnie nudna, samochód połyka te kilometry w tempie dwóch na minutę, człowiek z nudów zaczyna bawić się tempem czy zmieniać pasy ruchu, bo zwyczajnie się robi senny. A jednocześnie czasem spogląda poza autostradę i widzi tam inne drogi, a jak jeszcze jedzie przez góry, to nawet sobie zaczyna wzdychać za jazdą taką wijącą się górską drogą (ja tak zwykle miewam mknąc przez włoskie Alpy w kierunku Adriatyku lub z powrotem).

Podobne odczucia mam na autostradzie Katowice-Kraków. O ile do Krakowa jakoś zwykle tak się składa, że się spieszę, o tyle z powrotem jadę raczej spokojnie – aż do znudzenia (dam sobie włosy uciąć, że już o tym pisałem). W efekcie przerobiłem już wiele dróg powrotnych omijających tę autostradę, byle mieć jakieś urozmaicenie (na niektóre kategorycznie nie chcę wracać, a przynajmniej do czasu jakiejś poważniejszej przebudowy).

Podobnie było i wczoraj. Już prawie byłem pewien, że będę wracać przez Olkusz (nie każdy wie że od Olkusza jest niewiele tylko gorsza dwupasmówka), ale traf chciał, że skręciłem w inną stronę i wyniosło mnie na A4 na południe od Krakowa. A że miałem ustawione w nawigacji „prowadź bez opłat”, to ściągnęło mnie z autostrady na węźle Bielany – i poprowadziło w nieznane. I tak jechałem sobie odkrywając nieznane zakamarki Małopolski: zalewy w Budzyniu, cudowny przejazd niezagospodarowanym grzbietem między Czułowem a Sanką, górski zjazd do Zalasu, przejazd przez lasy Tenczyńskiego Parku Krajobrazowego, drewnianą dzwonnicę przy kościele w Tenczynku… Potem wyniosło mnie na autostradę na węźle Rudno (z ominięciem bramek) na kilkanaście kilometrów – po to, by nakazać opuszczenie jej na węźle Byczyna i stamtąd opłotkami Jaworzna i Mysłowic prowadzić do domu (zwłaszcza w Mysłowicach asfalt nie zachęcał do powtarzania tego rodzaju eksperymentu), przy okazji pozwalając wczuć się w mentalność janusza, który dla 20 złotych oszczędności będzie kombinować z drogą alternatywną.

Z węzła Bielany do domu jechałem półtorej godziny, autostradą pewnie mogłem zaoszczędzić z pół godziny (na bramkach wielkich kolejek nie było). Ale na czasie mi nie zależało, a radość na tych bocznych drogach była naprawdę duża. Ani przez moment się nie nudziłem (OK, może w tych fragmentach Mysłowic które już i tak dobrze znałem z zupełnie innych podróży).

Wiktoria ludziom

Obserwowałem wczoraj ceremonię odsłonięcia na dziedzińcu szpitalnym odrestaurowanej pruskiej rzeźby projektu Christiana Raucha. Były ochy i achy, oficjele, zbiorowe przecinanie wstęgi, przemowy (Boże…), podarunki, kwiaty, apładismienty (jakoś nie chciały być burnyje).

Obecność oficjeli miejskich i wojewódzkich była spowodowana faktem, że jedni dali dotację na renowację rzeźby, drudzy zaś dotację na urządzenie jej otoczenia – nowy postument, fontanny, podświetlenie, kraniki i dywaniki, alejki i ławeczki wokół. Myśl się za tym kryła taka, żeby pacjenci szpitala – ci będący się w stanie poruszać, oczywiście – siadywali w parku vis-a-vis rzeźby Victorii i czerpali od niej natchnienie i siłę do powrotu do zdrowia. Być może to działa, na szczęście nie musiałem sprawdzać.

Przez cały czas ceremonii patrzyłem sobie na zupełnie przypadkowych jej uczestników.  Z tyłu, w drugim rzędzie ławeczek, siedziały sobie dwie kobiety w szeroko ujętym wieku średnim. Sprawiały wrażenie osób, które są w tym miejscu w związku z chorobą, własną lub cudzą. Zastanawiałem się luźno co sobie o tym wszystkim myślały.

88212(zdjęcie ze strony Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego – od lewej kolejno: rzeźba, nieznana osoba, kobiety z ostatniego akapitu, marszałek)

Cichy zabójca

To był piękny poranek, słoneczko świeciło, niebo błękitne i czyste; wczorajsze chwile przejaśnień zwiastowały jak widać dobrą pogodę, a nie kontynuację opadów. Obudziłem się wprawdzie zaskakująco późno (reszta domowników zresztą też), ale nigdzie mi się nie spieszyło, poranek snuł się leniwie i przyjemnie.

Po śniadaniu zasiadłem do kawy, niespiesznie wszedłem w świat online. Pokręciłem się po Twitterze, zajrzałem na jedno czy drugie forum… Przyszedł czas zerknąć na Facebooka. Zalogowałem się i niemal natychmiast mnie uderzyło.

4.33 z torrentów

Najświeższy przejaw Świętej Łódzkiej Wojny Na Murach (tu z zasobów starego bloga) sprawił, że poranek był jeszcze lepszy. I co że to performance 🙂