oceania, oceania, oceania

Dawno, dawno temu (OK, w latach 30. XX wieku) polscy marynarze pojechali do włoskiej stoczni w Monfalcone, żeby obserwować budowę nowego polskiego transatlantyka m/s Piłsudski. Stocznia słynęła z tego, że zbudowała będące chlubą włoskiej floty transatlantyki Vulcania, Neptunia i Oceania – i na wszelkie pytania (a zwłaszcza wątpliwości) Polaków Włosi odpowiadali „nic się nie bójcie, będzie dobrze, my zbudowaliśmy Vulcanię, Neptunię i Oceanię!” (po polsku: „będzie pan zadowolony”), że aż Borchardt uwiecznił to w jednym ze swoich opowiadań z tomu Znaczy Kapitan, zatytułowanym „Vulcania, Neptunia, Oceania”.

Nie mogła mi się ta historyjka nie przypomnieć (i nie tylko mnie zresztą), kiedy wczoraj głośna zrobiła się „sprawa Oceanii”. Tym razem „Oceania” to nazwa statku badawczego Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, który zamieścił na FB dość dramatyczne oświadczenie o „wstrzymaniu finansowania statku przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego”. Ministerstwo nie ma ostatnio najlepszej prasy, więc nie dziwi, że dziennikarze skoczyli na to oświadczenie jak kozy na pochyłe drzewo. Po krótkim czasie okazało się że „wstrzymane finansowanie” tak naprawdę było dotacją, o którą Instytut ubiegał się co roku (a od 35 lat zwykle dofinansowanie na utrzymanie statku dostawał) – i w 2024 roku wniosek Instytutu miał zostać „pozytywnie oceniony, ale nie skierowany do realizacji„. W międzyczasie ministerstwo opublikowało krótki komunikat, zgodnie z którym konkurs (w którym Instytut ubiegał się na dotację na utrzymanie Oceanii) „został rozstrzygnięty na podstawie ocen naukowców-ekspertów”. Równolegle pojawiły się komentarze, że „minister nie znalazł 10 mln dla Oceanii, bo trzeba oszczędzać” (choć w żadnym z komunikatów wątek oszczędności się nie pojawił). Szybko też nadano sprawie wymiar czysto polityczny, uznając temat za symbol polityki rządu, jak też kwestionując „merytorycznie” (bez jakiejkolwiek wiedzy na ten temat) potrzebę utrzymywania statku…

Kiedy piszę te słowa, nie wiem ani jak dokładnie przebiegał konkurs, w którym „poległ” wniosek Instytutu, czy jest w tym coś „podejrzanego” (jakieś ręczne sterowanie, złośliwość, you name it), ani czy Oceania ostatecznie dostanie jakieś dofinansowanie na przegląd i bieżący remont potrzebny do dalszego prowadzenia badań naukowych. W tym wpisie skupiam się tak naprawdę na dochodzeniu do „ostatniej wersji prawdy”, jak śpiewał Klaus Mitffoch, i na tym, że wyskakiwanie z mocnymi wnioskami w oparciu o fragmentaryczne informacje jest tak mocno Vulcania, Neptunia, Oceania.

droga do doskonałości wymaga cierpliwości

Zdjąłem wieko trumny w równe dwie minuty. W zdejmowaniu wieka, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji” (Alistair McLean, „Złote rendez-vous”, tł. Robert Ginalski)

To miała być rzecz rutynowa, jak co roku. Zabrałem się za rozliczenie podatku dochodowego dość wcześnie jak na mnie, bo już w pierwszej połowie kwietnia, a tak konkretnie to w Święta uznałem że mogę poświęcić część czasu przeznaczonego na oglądanie czy czytanie. Rutynowo wszedłem więc na stronę Ministerstwa Finansów, aby ściągnąć formularz, mechanicznie ściągnąłem, otworzyłem, zabrałem się do wypełniania… Stop. Próbując wypełniać zrozumiałem, że ściągnięty PDF to jest tylko skan do wydruku i złożenia ręcznego (co oznacza że musiałbym własnoręcznie liczyć i weryfikować każdą cyferkę). Wstrzymałem konie i wróciłem do strony.

Zamiast formularzy interaktywnych do wypełnienia w domu, Ministerstwo zaoferowało tym razem formularz online. Pomyślałem sobie: ostatnio tworzenie narzędzi online idzie Temu Państwu coraz lepiej, cóż może się stać jak wypełnię online? Kliknąłem. Niby wszystko wydawało się działać jak należy, choć strona zachowywała się topornie, trzeba było jak w „Diunie” działać z opóźnieniem (bo przeskakiwanie do następnego okienka w naturalnie szybkim tempie powodowało że system „bronił się” udając że nic nie zostało zrobione, może strona była optymalizowana pod Internet Explorera).

Intuicyjność (czy też przejrzystość) strony była niestety dość umiarkowana. Sporo czasu zmarnowałem rozkminiając dochód z praw autorskich – jedno okienko „Przychód” było opatrzone groźną adnotacją „pole obowiązkowe”, poniżej niego było okienko „Przychód z 50% KUP” (innymi słowami, ale żeby było wiadomo o co chodzi). Wpisałem wartość przychodu w pole oznaczone jako obowiązkowe, a ponieważ z PIT-a kontrahenta wynikały 50% KUP, wpisałem tę wartość także w pole „przychód w 50% KUP” – i zacząłem się zastanawiać co zrobić, żeby te wartości się nie sumowały. Ostatecznie pomogło zerknięcie w ten ściągnięty formularz, eureka! w polu „obowiązkowym” wystarczyło… wpisać 0,00.

Tak dobrze nie było już przy przychodzie z działalności. Ten bowiem obowiązkowo się wpisuje w załączniku PIT-B, który oczywiście kazałem stronie dołączyć. Tylko, drobiazg: mogłem go dołączyć dla podatnika, ale już nie dla małżonka podatnika (a tak się składa że oboje z małżonką uzyskujemy dochody z działalności). Po iluś tam próbach i rozważeniu wariantów w stylu „a może wziąć na siebie cały dochód i rozliczyć wspólnie”, „może prościej złożyć osobno” oraz „może jednak to guano wydrukować i wypełnić ręcznie” – zachowałem się jak Prawdziwy Klient i wysłałem maila do supportu Ministerstwa, dołączając skrin pokazujący że dołączyć PIT-B dla małżonka po prostu #niedasię.

Odpowiedź z supportu otrzymałem po jakimś tygodniu i brzmiała: na stronie udostępniliśmy formularz pozwalający na dołączenie załącznika PIT-B dla małżonka. Wszedłem ponownie, patrzę: faktycznie jest. Zatem załadujmy wcześniej wprowadzone dane… ups, nowy formularz na stronie wprawdzie pozwala zachować kopię wprowadzonych danych w formacie XML (tak jak wcześniej), ale jakoś znikła możliwość ich zaimportowania z tej kopii… Nic to, można wpisać jeszcze raz i po robocie.

Wpisałem. Przejrzałem, kazałem formularzowi zweryfikować (i tak weryfikuje przed wysłaniem i nie puści w razie błędu), zaraportował że w tym czy tamtym punkcie o czymś zapomniałem lub użyłem niepoprawnego formatu, zdarza się. Poprawiłem błędy, zweryfikowałem ponownie… Otrzymałem komunikat: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”. Przetarłem oczy, przejrzałem ponownie każdą podstronę, spróbowałem jeszcze parę razy zweryfikować. wynik ten sam. Zamknąłem przeglądarkę, zrestartowałem komputer (standardowe metody doświadczonego użytkownika), wypełniłem od nowa – to samo. Włączyłem drugi komputer, inną przeglądarkę, użyłem innego połączenia internetowego, wypełniłem od nowa. Przez chwilę oglądałem dwa identycznie wypełnione formularze, z których jeden informował o błędzie, którego nie umiał wskazać, a drugi – o błędzie w miejscu, w którym ten pierwszy błędu nie pokazywał (tak, nie mylę się, wypełnione były identycznie, i byłem pewien że tego błędu nie było).

Uznałem, że są dwie możliwości: albo system mnie nie lubi, albo programiści poprawiając formularz w jednym miejscu spieprzyli coś w innym… Dałem systemowi czas do odpoczynku, wróciłem parę dni później. Zacząłem od przetestowania fikcyjnymi danymi czy prawidłowo zaciągnie, najpierw dla rozliczenia jednoosobowego, potem wspólnego. Weryfikacja: pozytywna. Wprowadziłem prawdziwe dane, zweryfikowałem: jest OK. Pomyślałem: no wreszcie mogę złożyć, kliknąłem „wyślij” czekając na przejście do autoryzacji. System przemielił i powiedział: nie udało się wysłać. Oczywiście wprowadzone dane zgubił i musiałem wprowadzić jeszcze raz (opcja importu wciąż nie wróciła). Wprowadziłem, kliknąłem dla porządku „zweryfikuj”, odpowiedź: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”.

Podejrzewam że większość ludzi na moim miejscu dawno kliknęłaby „drukuj formularz” i przepisała ręcznie dane. Wykonałem trochę ćwiczeń oddechowych, zrestartowałem. Wypełniłem (praktycznie wszystkie dane już z pamięci). Zweryfikowałem. Kliknąłem „wyślij”. Autoryzowałem. Pobrałem UPO.

Ostateczne wypełnienie i wysłanie PIT zajęło mi 13 minut. W wypełnianiu PIT, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji.

nowy rok, nowe liczby

Nie, tym razem nie będzie o kredytach i stopach procentowych. Ani nawet o składkach ZUS, które uciśnionych przedsiębiorców doprowadzają do plajty, bo wzrosły prawie tak bardzo, jak najniższe wynagrodzenie. Teraz pora na coś z zupełnie innej beczki.

Nowy rok jest zjawiskiem ze swojej istoty wyjątkowo umownym. Otóż w pewnej arbitralnie przyjętej chwili następuje magiczne cyk, i zamiast kolejnego dnia starego roku robi się pierwszy dzień nowego roku, równie dobrze mógłby to być każdy inny dzień roku (a zmiana nie musiałaby następować w środku nocy, ale w środku dnia lub o wschodzie słońca, to wszystko jest tak samo umowne). Wszystko zaczynamy liczyć od nowa (z wyjątkiem grzechów i długów, choć raty kredytów mogą nabrać nowej wysokości, WIBOR ostatnio spada).

W zeszłym roku przeczytałem (skończyłem czytać) 26 książek wcześniej nieczytanych. Nawet przyznam, że pod koniec roku już nawet troszeczkę tym sobie „zarządzałem” – najpierw chciałem osiągnąć wynik 24, czyli dwie na miesiąc, ale ostatecznie po Świętach jeszcze trochę podciągnąłem i uzyskałem średnią 1 książkę na 2 tygodnie. Wiem, że są ludzie czytający dużo więcej (sam potrafiłem trzy razy tyle), są ludzie czytający mniej czy zgoła wcale (na przykład dlatego, że czytanie ich fizycznie usypia, a nie dlatego że stronią od wyrafinowanej intelektualnej rozrywki), nie czuję się zakompleksiony ani wyróżniający się. Listą też nikogo zanudzał nie będę, była fantastyka, były kryminały, była literatura popularno-naukowa, nie bawiąc się w klasyfikacje polecę tylko „Czeski Raj” Jaroslava Rudisa, może dlatego że spędziłem w tamtej okolicy uroczy urlop (acz nie tylko dlatego).

W zeszłym roku obejrzałem też 60 filmów wcześniej nieoglądanych (tak, zgadliście, też się trochę starałem żeby wyszło „ładnie”, czyli 5 miesięcznie). Przypadkiem bardziej wyszło, że 20 z nich obejrzałem w kinie, a 40 na mniejszym ekranie, ale tu już nie mam pomysłu jak to sprzedawać „w przeliczeniu”, trudno, musi wystarczyć, że liczby są okrągłe. Niezmiennie najbardziej polecam „Wszystko wszędzie naraz„, kiedyś może bym go nawet zrecenzował w swój nieprofesjonalny sposób, ale dziś po pierwsze dzielę się wrażeniami w różnych miejscach i potem najlepsze myśli już wykorzystałem… a po drugie nie zawsze jednak to robiłem, nigdy chyba nie napisałem recenzji ze Skyfalla

W zeszłym roku obejrzałem też seriali… nieee, nie ma mowy, tego nie jestem w stanie podliczyć, i to mimo że notuję każdy kolejny obejrzany odcinek – ale robię to w podziale na platformy streamingowe, nie na miesiące czy lata. Sama rozpiska. w jakim okresie korzystam z jakiej platformy, jest już wystarczająco skomplikowana. A na dodatek serial serialowi nierówny, koreańskie potrafią mieć odcinki dobrze ponadgodzinne, a czasem się ogląda parominutowe (licząc lub nie licząc napisów) animacje, pomiędzy tym do wyboru, do koloru – 25 minut, 40 minut… W charakterze ciekawostki powiem tylko, że na samym Disney+ w 3 miesiące naliczyłem równe 200, ale tam też były wyjątkowo krótkie odcineczki, a na dodatek tam przy serialach zapisuję jak leci także to, co oglądam powtórkowo. Ogólna refleksja jest taka, że oglądam tych seriali za dużo, i jak mawia jeden znajomy, nazbyt średniej jakości czasem, honi soit qui mal y pense.

Niemniej liczniki książek i filmów ruszyły tydzień (z haczykiem) temu od nowa. Zatem, pozwólcie, że dla odmiany oddalę się czytać…

czy jesteśmy na szczycie

W jednej z powieści McLeana jest scena, w której okręt podwodny z powodu dziury (zamykalnej, prawda) zanurza się w Oceanie Arktycznym i marynarze z przerażeniem patrzą na głębokościomierz raportując: „spadamy… spadamy… spadamy nieco wolniej… spadamy wolno… zatrzymaliśmy się… idziemy w górę…” Przypominała mi się ta scena kiedy – jak ci marynarze – bezsilnie i z przerażeniem patrzyliśmy na statystyki nowych zakażeń wirusem SARS-Cov-2 (jak niepozornie nazywa się przyczyna naszej zarazy znanej jako COVID-19), szukając w nich oznak spowolnienia, a może i zatrzymania fali.

Analiza tych danych nie jest prosta, bo same dane wykazują dość regularną zmienność w cyklu tygodniowym, dlatego najlepiej się posiłkować średnią z ostatnich 7 dni, która tę zmienność „wygładza” (pomijamy tu podejrzenia o manipulowanie danymi, bo z jednej strony nic lepszego niż oficjalnie podawane dane nie mamy, a z drugiej strony jeśli w zmanipulowanych danych są prawidłowości, to możliwe że dane nie są zmyślone, a jedynie „podrasowane”). Jeżeli spojrzymy na wartości tej średniej w ostatnich 7 dniach to mamy:
28.03 – 27372
29.03 – 27713
30.03 – 28302
31.03 – 28716
01.04 – 28873
02.04 – 28217
03.04 – 27690

Widzicie to co ja widzę? Przez pierwsze dni ta średnia rośnie po kilkaset przypadków dziennie. W prima aprilis rośnie zauważalnie mniej („spadamy wolniej!”), po czym w następnych dniach zaczyna zmieniać kierunek. Czy to przypadek, czy to coś oznacza…

Oczywiście nie ma gwarantowanej odpowiedzi na pytanie „co to znaczy”. W tym miejscu sięgniemy jednak do danych z pierwszej połowy listopada, kiedy szczytowała „druga” fala zakażeń:
07.11 – 22701
08.11 – 23789
09.11 – 24665
10.11 – 25540
11.11 – 25615
12.11 – 24978
13.11 – 24545

Widać podobny przebieg, niczym wierzchołek ostrej turni: najpierw mocne wzrosty, potem raptowne zmniejszenie wzrostu – i już jesteśmy po optymistycznej stronie krzywej (spadki trwały wtedy nieprzerwanie do połowy grudnia). Mam nawet wykres pokazujący przebieg „drugiej” i „trzeciej” fali…

Czy ten scenariusz się powtórzy, zobaczymy, po prostu skoro widać niemal identyczną „formację” to w zasadzie czemu mielibyśmy przyjmować że nie… Oczywiście nie wiemy co się zdarzy wskutek Świąt, dane z okresu Bożego Narodzenia sugerują że ludzie chodzili się testować i przed Świętami, i w samą Wigilię, więc pewnie nie ma co spodziewać się dziwnego wyniku jutro, ale już w poniedziałek i wtorek wyniki będą „świątecznie” zaniżone zapewne i dopiero w drugiej połowie tygodnia może będziemy wiedzieć czy trend się zamierza utrzymać (a skutki ewentualnych świątecznych zakażeń pewnie zobaczymy dopiero w następnym tygodniu).

Cztery godziny Yossariana

Cztery godziny Yossariana, jakie daje nam serial wyprodukowany przez Hulu (sześć odcinków circa po 40 minut), nazwijmy go dla pewnego uproszczenia serialem Clooneya (był jednym z reżyserów i producentów), to więcej niż sto minut Yossariana, jakie dawał nam film Nicholsa. Choć oczywiście mniej niż 42 rozdziały książki.

Piszę „Yossariana”, bo to nim książka stoi, chyba nie ma rozdziału w którym by nie wystąpił choćby przez moment. Serial też się głównie na nim opiera, nawet jeśli są dłuższe sceny pozbawione go (jak w książce). Niemniej wydaje się z perspektywy całości, że tych scen bez niego jest zwyczajnie za mało. Oczywiście, to pewna adaptacja (nieraz wręcz „na motywach”), więc pewne osoby, wątki czy sceny wypadają z uwagi na brak miejsca, nieprzystawalność do przyjętej koncepcji czy wręcz nieopowiadalność językiem filmowym (jak przedstawić Wintergreena?!?). Sceny i wątki najważniejsze są, choć przy jednym bałem się, że licentia poetica pójdzie za daleko, nie spoileruję przy jakim (choć uspokajam, że nie poszła). Jest więc Cathcart i Korn, Scheisskopf i Dreedle, Orr i Nately, Daneeka i Tappman (to że kogoś nie wymieniłem, nie oznacza automatycznie że ich nie ma, a to że wymieniłem – że są tacy sami jak w powieści). Jednocześnie z takiej czy innej potrzeby mamy sceny dopisane całkiem od nowa (Nichols w sumie też tak robił, patrz Milo w Rzymie), inne oczywiście nieco poprzerabiane (i u Clooneya, i u Nicholsa jest scena z awansowaniem Majora, u obu oczywiście zupełnie inaczej niż u Hellera).

Od wierności ważniejszy jest duch, a tego zasadniczo nie zabrakło. O ile jednak Nichols spróbował w pewien sposób odtworzyć strukturę powieści w duchu krępującego wszystko absurdu, o tyle w serialu przyjęto bardziej nutę opowieści o Elojach spędzających czas w słonecznej Italii – z przerażeniem przyjmujących te chwile, w których Morloki wojny wyciągają po nich swoje ręce. W pewnej chwili uświadamiamy sobie, że Yossarian zamiast od tego wszystkiego uciec, bardziej próbuje wojnę ograć na różne sposoby – aż po finał, który z jednej strony jest kreatywnym rozwinięciem motywów powieści, a z drugiej strony jest bardziej Yossariana porażką, niż zwycięstwem (i gryzie mnie, odkąd sobie to uświadomiłem).

Czy jestem zadowolony? Ogólnie tak, bo mieć cztery godziny znakomitego Yossariana to lepiej niż ich nie mieć. Mam jednak poczucie niewykorzystanej szansy – że starając się wykroić materiał na zaledwie sześć odcinków, zbyt wiele odrzucono; tytułowy Paragraf pojawia się bodaj tylko raz (oczywiście w najbardziej klasycznej wersji), nie ma choćby sceny kiedy opowiada o nim stara kobieta z apartamentu w Rzymie. Chronologiczne podejście do narracji powoduje, że nie ma już miejsca na powrót do serialu (retrospektywa zupełnie by się nie sprawdziła, nie w tej chwili), a jednocześnie zbyt wiele miejsca relatywnie zostawiono Clooneyowi (skądinąd znakomitemu). Długo się zastanawiałem, czy nie dałoby się tego konceptu ekranizacji podzielić na dwa mini-sezony po sześć odcinków, zamiast jednego sześcioodcinkowego – i poszerzyć o postaci, sceny i żarty, których zabrakło.

Czy polecam? Jak najbardziej. Bo to cztery godziny Yossariana, i każdy fan Paragrafu w niektórych momentach doskonale wie, co będzie dalej (choć w wielu innych będzie mniej lub bardziej zaskoczony). Nie jestem niestety w stanie skomentować z punktu widzenia nie-fana, serce nie jest w stanie się wyłączyć.

Odcinek kultu

Ludzie dzielą się na trzy grupy: tych, którzy tej książki nie czytali, tych którzy przeczytali i przeszli do następnej, oraz wyznawców. Ja należę do tej trzeciej grupy.

Od wczoraj jest dostępny na HBO GO (wiem, lokowanie produktu) serial nakręcony na podstawie Paragrafu 22 (ściślej: na razie są dostępne dwa odcinki). Obserwowałem wieści o jego produkcji z równie wielkim zainteresowaniem, co niepokojem – zepsuć łatwo, a nie ma nic gorszego niż zawiedzione oczekiwania. Co prawda George Clooney jako Scheisskopf zapowiadał się obiecująco…

Obejrzałem pierwszy odcinek, drugi zamierzam dziś wieczorem (należę do tych co sobie dawkują, a nie do tych którzy oglądają hurtem). Moje uczucia wyznawcy nie zostały urażone, nawet jeśli mruczę sobie pod nosem „to słowa Cargilla, a nie Cathcarta” – ważniejsze jest, jak zdania i motywy zostały wykorzystane. Widzę bowiem, że – przynajmniej na razie – twórcy starannie szyją z materiału powieściowego, tak aby w ciągu tych 4 godzin zmieścić jak najwięcej momentów, nie tracąc zasadniczego sensu tej opowieści. Dramat (i rutyna) wydarzeń wojennych tak się przeplata ze skocznymi nutkami orkiestry Glenna Millera, że cel zostaje osiągnięty. Raczej będę zadowolony, nawet jeśli nie pojawią się cytrynowe majtki Michaeli.