tyle pytań, a odpowiedzi…

Więc mamy mieć referendum (piszę „mamy mieć”, bo formalnie wciąż nie ma uchwały Sejmu je zarządzającej, choć pytania już nam zostały teatralnie przedstawione). Z referendum jest tak, że najpierw się głosuje, a potem się czasem okazuje, że z wynikami coś trzeba zrobić (czasem, czyli jeśli w głosowaniu najpierw weźmie udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, a potem okaże się, że z tych co wzięli udział, uzyskano większość dla jakiejś odpowiedzi, tak, chciałbym zobaczyć remis przy milionach głosów). A co trzeba zrobić – to dopiero jest pytanie!

Czwarte pytanie (tak, kolejność sobie wybieram) ma brzmieć:
Czy popierasz likwidację bariery na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi?

Pozytywna odpowiedź na to pytanie zobowiązuje rząd do niezwłocznego podjęcia czynności zmierzających do likwidacji bariery (tu jest pytanie z kategorii „co poeta miał na myśli”, czyli czy przewidziany w art. 67 ustawy o referendum ogólnokrajowym termin 60 dni od ogłoszenia uchwały o ważności referendum jest terminem na zakończenie tej likwidacji, czy jednak tylko najpóźniejszym terminem na podjęcie tych czynności). A odpowiedź negatywna? Oznacza dosłownie tylko, że rząd ma nie podejmować takich czynności, a czy stanowi zakaz podjęcia ich w przyszłości…

Pierwsze pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw?

Zanim odpowiemy co oznacza pozytywna odpowiedź na to pytanie, najpierw wyjaśnijmy dwie kwestie. Po pierwsze, na dziś (wg danych podanych przez inne osoby, sam nie sprawdzałem) mamy dziś w Polsce 18 przedsiębiorstw państwowych, w tym kilka w stanie upadłości lub likwidacji. Po drugie, co do zasady dziś przedsiębiorstwa państwowego sprzedać nie można – można je jedynie skomercjalizować, czyli przekształcić w spółkę (a o sprzedawaniu państwowych spółek pytanie milczy). Zatem pozytywna odpowiedź na to pytanie oznacza, że Sejm powinien uchwalić ustawę „o wyprzedaży przedsiębiorstw państwowych”, zapewne zmierzającą do sprzedaży tych ostatnich 18 bez konieczności przekształcania ich w spółki. Natomiast negatywna odpowiedź w żaden sposób nie przeszkadza ani w komercjalizacji tych przedsiębiorstw, ani w późniejszej sprzedaży po tej komercjalizacji, ani tym bardziej w sprzedaży (lub wyprzedaży) spółek powstałych w wyniku komercjalizacji przed referendum.

Trzecie pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?

Zostawmy już na uboczu pytanie o jaki mechanizm chodzi, czy jakiś konkretny, czy hipotetyczny przyszły (bo i co to jest biurokracja europejska). Zostawmy już na uboczu kwestię, że skoro pytanie dotyczy tysięcy, to nie ma wpływu na możliwość przyjęcia 1999 nielegalnych imigrantów. Zostawmy już na uboczu kwestię, że pytanie nie dotyczy imigrantów z Kaukazu, Nepalu, Bangladeszu, Birmy, Filipin, a może nawet Afganistanu (bo gdzie się właściwie ten Bliski Wschód kończy). Pozytywna odpowiedź nakazuje de facto przyjęcie tysięcy takich imigrantów (jeśli się znajdą chętni). A negatywna? Otóż negatywna jest całkowicie bez znaczenia, bo jeżeli zostanie przyjęty mechanizm relokacji na poziomie unijnym (na razie nie ma takiego który by nas zmuszał do przyjęcia imigrantów, bo przyjęliśmy tysiące uchodźców z Ukrainy), to państwo polskie nie ma żadnych instrumentów prawnych aby go podważyć „wynikiem referendum”. Prawo unijne stoi bowiem wyżej od krajowego, a wynik referendum nie jest równy Konstytucji, nawet gdyby chcieć argumentować że Konstytucja stoi wyżej (co jest tematem na zupełnie inne spory)…

Wreszcie ostatnie, czyli drugie pytanie ma brzmieć:
Czy jesteś za podwyższeniem wieku emerytalnego wynoszącego dziś 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn?

Otóż pozytywna odpowiedź zobowiąże rząd do przygotowania projektu ustawy podwyższającego wiek emerytalny (nie wiadomo o ile, więc wystarczy o miesiąc, żeby spełnić wymogi), a Sejm do jego uchwalenia. A odpowiedź negatywna? Czytając wprost, będzie oznaczała zakaz podwyższenia wieku emerytalnego. A jak długo taki zakaz miałby obowiązywać? Tego absolutnie nie wie nikt. Być może po wieki wieków. Być może do następnego referendum w tej sprawie (bo nie ma zakazu ponownego referendum). Być może do wyborów, które wygra partia głosząca potrzebę podwyższenia wieku emerytalnego (bo czemu głosowanie w referendum miałoby być ważniejsze od głosowania w wyborach). Być może do zmiany Konstytucji, wprowadzającej wyższy wiek emerytalny (Konstytucja stoi wszak wyżej niż wynik referendum). A być może do momentu uchwalenia ustawy podwyższającej wiek emerytalny, bo nie bardzo wiadomo w jaki sposób ktokolwiek miałby zakwestionować taką ustawę niezgodną z wynikiem niegdysiejszego referendum…

W sumie podobnie jest z tym czwartym pytaniem – nawet jak rząd rozbierze barierę wbrew wynikowi referendum, to żaden obywatel nie ma jak tego zakazać. A przynajmniej tak się na razie wydaje.

Pytanie, po co jest ma być w takim razie to referendum, to też temat na zupełnie osobną dyskusję.

PS Już po opublikowaniu notki pytania: pierwsze i drugie zostały zmienione (tak że analiza pytania pierwszego stała się kompletnie nieaktualna, a drugiego… właściwie sam nie wiem), ale już nie będę robić aktualizacji

wersja oszczędnościowa

Jest sobie taki mniej chyba znany (w dzisiejszych czasach trudno powiedzieć na ile coś stało się znane, a na ile nie) serial wyprodukowany przez Amazona i dostępny chyba tylko na jego platformie Amazon Prime pod tytułem „Upload” (polecam serdecznie!). Przedstawia on wizję świata z nieodległej już przyszłości, w której przed śmiercią można swoją świadomość załadować do rzeczywistości wirtualnej i „cieszyć się” życiem po śmierci oferowanym w prywatnych „hotelach”. Oczywiście, standard tego życia zależy od zasobności niezupełnie wirtualnego portfela (czy to zabranego ze sobą „do grobu”, czy to udostępnianego przez żyjących) – a najniższym poziomem oferty są „dwugigowcy”, czyli muszący przeżyć miesiąc na pakiecie danych 2GB, co wystarcza na powolne snucie się w suterenach (intensywniejszy ruch czy emocje zjadają więcej danych), niby życie, ale co to za życie…

Przypomniał mi się ten serial, kiedy wczoraj „zwariował” portal Twitter – po krótkim okresie powszechnego zdziwienia komunikatami „Limit dostępu został przekroczony”, sam Geniusz Południowoafrykańskiej Doliny Krzemowej wyjaśnił, że w trosce o najwyższą jakość usług musiał czasowo wprowadzić limity postów, jakie może użytkownik zobaczyć w ciągu dnia (obecnie chyba 1000 dziennie dla zwykłego użytkownika, i 10x więcej dla użytkownika płacącego abonament, nie wystarcza na pół dnia normalnego korzystania). Nie rozwodząc się nad przyczynami, efekt jest taki, że nie widzę tweetów napisanych dziś po godzinie 9 (bo wyczerpały limit), i być może nie zobaczę ich już wcale – bo kiedy limit się odnowi o północy (powiedzmy), to na razie wygląda to jakby zaliczał się tylko na nowe. Powszechny jest śmiech, że trzeba uważać co się czyta, bo się limit zmarnuje na głupoty… (jakby na Twitterze duża część czasu to nie były po prostu głupoty, napisałbym większość, ale nie chcę deprecjonować kont podających interesujące informacje). Niby życie, ale co to za życie…

I nagle przemknęła mi przez myśl, że ta sytuacja jest poniekąd metaforą naszej sytuacji. Jesteśmy przyzwyczajeni, że pewne rzeczy są dostępne w sposób praktycznie nieograniczony (ok, dostępnymi pieniędzmi). Woda? Leci z kranu – dopóki nagle się nie okaże, że przestaje lecieć; zwykle pomyślimy, że to tylko awaria, ale coraz bardziej realna staje się rzeczywistość, w której wody będzie po prostu za mało, miewamy już racjonowanie wody w miesiącach letnich, bo opadów za mało i za mocno wyeksploatowaliśmy wody podziemne. Prąd? Jest w gniazdku – choć bliżej nam do sytuacji, w której nie będzie dostępny o każdej porze, bo nie o każdej porze da się go wyprodukować z dostępnych źródeł. Żywność wszelkiego rodzaju? Jest w sklepie w szerokim wyborze, ale jeżeli zmniejszy się produkcja zbóż, mleka czy mięsa, to nagle się okaże, że wybór zostanie zmniejszony do artykułów bardziej podstawowych i dużo mniejszej ilości (w sumie pisałem kiedyś, że nie mam nic przeciwko, aby w sklepie czegoś brakowało). Internet? Leje się do nas gigabajtami (nie zliczę ile mogę wykorzystać, a tego nie robię), ale jeśli ktoś ograniczy dostępność łącz i przestrzeni dyskowych do zapisywania wszystkiego co się chce w internecie umieścić, czy to Błyskotliwe Rozważania, czy filmiki z zabawnymi pieskami… Niby będzie to życie, ale… będzie to życie jak przez setki lat, zanim się przyzwyczailiśmy do standardu wygodnego (żeby nie powiedzieć wygodnickiego) życia Pierwszego Świata?

droga do doskonałości wymaga cierpliwości

Zdjąłem wieko trumny w równe dwie minuty. W zdejmowaniu wieka, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji” (Alistair McLean, „Złote rendez-vous”, tł. Robert Ginalski)

To miała być rzecz rutynowa, jak co roku. Zabrałem się za rozliczenie podatku dochodowego dość wcześnie jak na mnie, bo już w pierwszej połowie kwietnia, a tak konkretnie to w Święta uznałem że mogę poświęcić część czasu przeznaczonego na oglądanie czy czytanie. Rutynowo wszedłem więc na stronę Ministerstwa Finansów, aby ściągnąć formularz, mechanicznie ściągnąłem, otworzyłem, zabrałem się do wypełniania… Stop. Próbując wypełniać zrozumiałem, że ściągnięty PDF to jest tylko skan do wydruku i złożenia ręcznego (co oznacza że musiałbym własnoręcznie liczyć i weryfikować każdą cyferkę). Wstrzymałem konie i wróciłem do strony.

Zamiast formularzy interaktywnych do wypełnienia w domu, Ministerstwo zaoferowało tym razem formularz online. Pomyślałem sobie: ostatnio tworzenie narzędzi online idzie Temu Państwu coraz lepiej, cóż może się stać jak wypełnię online? Kliknąłem. Niby wszystko wydawało się działać jak należy, choć strona zachowywała się topornie, trzeba było jak w „Diunie” działać z opóźnieniem (bo przeskakiwanie do następnego okienka w naturalnie szybkim tempie powodowało że system „bronił się” udając że nic nie zostało zrobione, może strona była optymalizowana pod Internet Explorera).

Intuicyjność (czy też przejrzystość) strony była niestety dość umiarkowana. Sporo czasu zmarnowałem rozkminiając dochód z praw autorskich – jedno okienko „Przychód” było opatrzone groźną adnotacją „pole obowiązkowe”, poniżej niego było okienko „Przychód z 50% KUP” (innymi słowami, ale żeby było wiadomo o co chodzi). Wpisałem wartość przychodu w pole oznaczone jako obowiązkowe, a ponieważ z PIT-a kontrahenta wynikały 50% KUP, wpisałem tę wartość także w pole „przychód w 50% KUP” – i zacząłem się zastanawiać co zrobić, żeby te wartości się nie sumowały. Ostatecznie pomogło zerknięcie w ten ściągnięty formularz, eureka! w polu „obowiązkowym” wystarczyło… wpisać 0,00.

Tak dobrze nie było już przy przychodzie z działalności. Ten bowiem obowiązkowo się wpisuje w załączniku PIT-B, który oczywiście kazałem stronie dołączyć. Tylko, drobiazg: mogłem go dołączyć dla podatnika, ale już nie dla małżonka podatnika (a tak się składa że oboje z małżonką uzyskujemy dochody z działalności). Po iluś tam próbach i rozważeniu wariantów w stylu „a może wziąć na siebie cały dochód i rozliczyć wspólnie”, „może prościej złożyć osobno” oraz „może jednak to guano wydrukować i wypełnić ręcznie” – zachowałem się jak Prawdziwy Klient i wysłałem maila do supportu Ministerstwa, dołączając skrin pokazujący że dołączyć PIT-B dla małżonka po prostu #niedasię.

Odpowiedź z supportu otrzymałem po jakimś tygodniu i brzmiała: na stronie udostępniliśmy formularz pozwalający na dołączenie załącznika PIT-B dla małżonka. Wszedłem ponownie, patrzę: faktycznie jest. Zatem załadujmy wcześniej wprowadzone dane… ups, nowy formularz na stronie wprawdzie pozwala zachować kopię wprowadzonych danych w formacie XML (tak jak wcześniej), ale jakoś znikła możliwość ich zaimportowania z tej kopii… Nic to, można wpisać jeszcze raz i po robocie.

Wpisałem. Przejrzałem, kazałem formularzowi zweryfikować (i tak weryfikuje przed wysłaniem i nie puści w razie błędu), zaraportował że w tym czy tamtym punkcie o czymś zapomniałem lub użyłem niepoprawnego formatu, zdarza się. Poprawiłem błędy, zweryfikowałem ponownie… Otrzymałem komunikat: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”. Przetarłem oczy, przejrzałem ponownie każdą podstronę, spróbowałem jeszcze parę razy zweryfikować. wynik ten sam. Zamknąłem przeglądarkę, zrestartowałem komputer (standardowe metody doświadczonego użytkownika), wypełniłem od nowa – to samo. Włączyłem drugi komputer, inną przeglądarkę, użyłem innego połączenia internetowego, wypełniłem od nowa. Przez chwilę oglądałem dwa identycznie wypełnione formularze, z których jeden informował o błędzie, którego nie umiał wskazać, a drugi – o błędzie w miejscu, w którym ten pierwszy błędu nie pokazywał (tak, nie mylę się, wypełnione były identycznie, i byłem pewien że tego błędu nie było).

Uznałem, że są dwie możliwości: albo system mnie nie lubi, albo programiści poprawiając formularz w jednym miejscu spieprzyli coś w innym… Dałem systemowi czas do odpoczynku, wróciłem parę dni później. Zacząłem od przetestowania fikcyjnymi danymi czy prawidłowo zaciągnie, najpierw dla rozliczenia jednoosobowego, potem wspólnego. Weryfikacja: pozytywna. Wprowadziłem prawdziwe dane, zweryfikowałem: jest OK. Pomyślałem: no wreszcie mogę złożyć, kliknąłem „wyślij” czekając na przejście do autoryzacji. System przemielił i powiedział: nie udało się wysłać. Oczywiście wprowadzone dane zgubił i musiałem wprowadzić jeszcze raz (opcja importu wciąż nie wróciła). Wprowadziłem, kliknąłem dla porządku „zweryfikuj”, odpowiedź: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”.

Podejrzewam że większość ludzi na moim miejscu dawno kliknęłaby „drukuj formularz” i przepisała ręcznie dane. Wykonałem trochę ćwiczeń oddechowych, zrestartowałem. Wypełniłem (praktycznie wszystkie dane już z pamięci). Zweryfikowałem. Kliknąłem „wyślij”. Autoryzowałem. Pobrałem UPO.

Ostateczne wypełnienie i wysłanie PIT zajęło mi 13 minut. W wypełnianiu PIT, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji.

komornik na śmieciówce

Dziś będzie wpis, nazwijmy to, szkoleniowo-interwencyjny. Interwencyjny, bo inspirowany otrzymanym znienacka pytaniem, szkoleniowy, bo będzie go można używać na przyszłość.

Więc zaczęło się od pytania „czy jak mam umowę zlecenie, to komornik może mi zabrać 100% wynagrodzenia?” Gdyż takie rzeczy niewątpliwe się zdarzają (i nie chodzi o to że komornik zatrudnił się gdzieś na śmieciówce, z tym problemem niech sobie radzi sam, zasadniczo powinien mieć wykształcenie prawnicze”.

Zacznijmy od zrobienia paru niezbędnych założeń, a więc zakładamy, że ktoś rzeczywiście ma komornika „na karku” i komornika zasadniczo nie obchodzi dlaczego (a żeby go bardziej nie obchodziło, to założymy, że to nie alimenty, bo wtedy zawsze sytuacja dłużnika wg przepisów jest trochę gorsza). Załóżmy też, że nie będziemy się zastanawiać, czy dana umowa zlecenie nie powinna być w istocie umową o pracę (bo to temat na inny wątek), może istnieją jakieś powody, dla których nie.

Uzbrojeni w te założenia możemy teraz powiedzieć, że przepisy o egzekucji komorniczej (że już sobie darujemy opcję egzekucji administracyjnej, najczęściej prowadzonej przez urząd skarbowy, wszak w tytule i pytaniu mamy komornika) bardzo wyraźnie rozróżniają egzekucję z umowy o pracę i umowy zlecenie. Ta druga egzekucja jest prowadzona według przepisów obejmujących wszystkie należności, a więc tak samo będzie traktowana należność z umowy pożyczki (jeśli pożyczyliście komuś kasę i czekacie na jej zwrot), z umowy najmu (wynajmujecie komuś mieszkanie, garaż, samochód – i czekacie na zapłatę czynszu), z umowy sprzedaży (sprzedaliście coś na portalu aukcyjnym i czekacie aż wpłynie kasa) czy zlecenia (robicie coś dla kogoś i czekacie aż zapłaci za robotę). Oznacza to – tak jak w pytaniu – że jak komornik dowie się, od kogo macie dostać pieniądze, i wyśle mu odpowiednie pismo (zajęcie), to ten ktoś ma obowiązek co do grosza zapłacić komornikowi (chyba że jest wam winien więcej, niż wy komornikowi – wtedy nadwyżkę powinniście dostać normalnie).

Myślicie że to koniec? A skąd, to dopiero początek. Umowy zlecenia mogą być różne – możecie dorabiać po godzinach, możecie zasuwać cały tydzień po 12 godzin, możecie jednorazowo zgodzić się na robótkę. Dlaczego to ma znaczenie? Gdyż jest w kodeksie przepis, zgodnie z którym w egzekucji przepisy kodeksu pracy o ochronie wynagrodzenia (czyli ile wolno potrącić w egzekucji) stosuje się odpowiednio „do wszystkich świadczeń powtarzających się, których celem jest zapewnienie utrzymania albo stanowiących jedyne źródło dochodu dłużnika będącego osobą fizyczną„.

Fragment o osobie fizycznej zasadniczo możemy pominąć, bo w pytaniu zawarte jest założenie że chodzi o należności za pracę (śmieciówkową) osoby fizycznej (a komornik też wie kto jest dłużnikiem), ale zostają dwa warunki:
– świadczenia muszą być powtarzające się, czyli tydzień w tydzień, lub miesiąc w miesiąc itp.
– muszą stanowić jedyne źródło dochodu albo mieć na celu zapewnienie utrzymania.
Dopóki ktoś komornikowi nie powie, że te warunki są spełnione (a w zasadzie tylko wy o tym wiecie), to komornik będzie oczekiwał przelania na konto całości należności.

Jeżeli zatem pracujecie na śmieciówce, żeby mieć na życie, i wiecie, że może się pojawić komornik – uprzedźcie swojego śmieciówkodawcę, że dla was to jedyne źródło dochodu, albo że pracujecie w celu zapewnienia utrzymania. Jeżeli już się komornik pojawi u śmieciówkodawcy (pisemnie, na pewno nie będzie was tam osobiście szukał) – od razu powiadomcie komornika, że wasze wynagrodzenie spełnia kryteria ochrony (powołanie się na przepis art. 833 paragraf 2[1] kodeksu postępowania cywilnego powie komornikowi, że wiecie o czym mówicie), na wszelki przypadek jeszcze raz przypomnijcie o tym śmieciówkodawcy (a jeśli mu nie mówiliście, to powiedzcie teraz).

A jeśli was nie posłuchają? Cóż, zawsze zostaje skarga, którą wysyłacie do komornika w ciągu 7 dni od chwili, kiedy dowiedzieliście się, że wam zabierze wynagrodzenie (wzór skargi komornik nawet powinien był wam kiedyś przysłać, a jeśli nie możecie znaleźć, to jest do wyguglania, nie trzeba zresztą z niego korzystać). Że trzeba trochę poprawniczyć? Nie lękajcie się. W końcu chodzi o wasze pieniądze…

…oczywiście jeśli wasza śmieciówka spełnia warunki, o których wyżej.

skok życia

Więc kiedy masz oddać skok życia, to dobrze wybierz moment. Niech to będzie decydująca seria konkursu o mistrzostwo świata, w którym po pierwszej serii różnice między pierwszym a piętnastym miejscem zamykają się w czterech metrach (na średniej skoczni, ale wciąż w czterech). Niech to będzie moment, w którym trafisz w loterii wiatrowej – dostaniesz (średnio) minimum wiatru pod narty, żeby zyskać odrobinę noszenia, ale nie na tyle, żeby zbyt wiele odjęto od wyniku, zamiast wiatru w plecy, który przydusi na zeskoku, nawet dając dodatkowe punkty. Niech to będzie lot na rekord skoczni z trzynastej pozycji…

Dziesięć lat temu był głównie wesołkiem i kiedy dziesięć lat temu znienacka udało mu się wygrać konkurs Pucharu Świata w Oslo (ex aequo ze Schlierenzauerem), wydawało się, że to szczyt jego możliwości. Nawet jeśli chwilę wcześniej zdobył z kolegami historyczny medal mistrzostw świata w drużynie, to z kolei rok później w dużej mierze zawalił im historyczną szansę na pierwszy drużynowy medal olimpijski. Ale potem przyszedł kolejny medal mistrzostw świata w drużynie, potem indywidualny medal mistrzostw świata, potem drużynowe mistrzostwo świata i drużynowe medale mistrzostw świata w lotach… Można było się zastanawiać, w jakim stopniu to czyja zasługa, w końcu ten historyczny olimpijski medal drużynowy koledzy wydarli w Pjongczangu bez niego. Ale…

Oddając skok życia, dołączył do Birgera Ruuda, Martina Schmitta i Adama Małysza. Piotr Żyła obronił indywidualny tytuł mistrza świata (jako czwarty skoczek w historii). Czy sięgnie jeszcze po medal olimpijski?

odkładanie złotówek na podatki

Wyobraźmy sobie stabilnie prosperującą małą firmę, na tyle stabilnie że co miesiąc uzyskuje dochód (także po odliczeniu składek), ale na tyle umiarkowany, żeby nie martwić się o drugi próg podatkowy (obecnie 120 tysięcy dochodu rocznie). Wyobraźmy sobie następnie, że oto firmie wpada nieplanowany czysty dochód, niech to będzie z powieszenia na płocie cudzego bannera reklamowego, wszystkie koszty po stronie płacącego – niech będzie, że 1 lipca wpływa na konto lub do kasy 1000 zł.

Kto nie lubi mieć dodatkowego tysiąca, np. na wakacje? Ale, ale. Jesteśmy legalistami, ten tysiąc traktujemy jako coś do opodatkowania. Jesteśmy firmą, zakładamy że podatnikiem VAT (klient płacąc 1000 zł woli odliczyć VAT z zapłaconej kwoty…), więc na początek liczymy ile trzeba zapłacić od tego VAT. Każdy, kto wie, że podstawowa stawka VAT wynosi 23%, będzie chciał unieść rękę, że on wie, że 230 zł (23% z 1000 zł) – chyba, że wie jak się liczy VAT (mają z tym problem wykładowcy ekonomii). A VAT się liczy tak, że liczy się go od kwoty netto, która w tym przypadku wynosi 813,01 zł i z tego 23% to 813,01×0,23=186,99, kwota netto 813,01+ VAT 23% 186,99= kwota brutto 1000,00. Dla uproszczenia oddamy dodatkowy grosz Skarbowi Państwa i przyjmiemy że netto wynosi 813 zł, a VAT 187 zł (do zapłaty w całości, bo co mamy od tego odliczać).

Pora na kolejne należności płatne od dochodu. Te 813 zł formalnie to przychód – ale założyliśmy (dla uproszczenia), że koszty w związku z tym przychodem są zerowe, a firma jest na tyle stabilna, że wszystkie stałe koszty są pokrywane z normalnych przychodów i jeszcze zostaje (tak samo zresztą z odliczeniami VAT), dzięki takim zabiegom mamy przychód=dochód i proste liczenie bez żadnych „a jeśli”. Ponieważ zakładamy, że firma ma dochody umiarkowane, więc nie opłaca jej się podatek liniowy 19%, a ponieważ zakładamy, że wpłata następuje w lipcu, to wyczerpała się już kwota wolna od podatku (obecnie 30 tysięcy). Od tych 813 zł liczymy więc 12% 813×0,12=97,56, zaokrąglamy do pełnych złotych w górę (w podatkach zawsze zaokrągla się w górę, aczkolwiek tu i zwykłe zasady zaokrąglania nakazują w górę) i mamy 98 zł podatku dochodowego. Oprócz tego płacimy składkę zdrowotną w wysokości 9% 813×0,09=73,17, tu z kolei nie ma zaokrąglania i płaci się co do grosza. A zatem bierzemy i odprowadzamy…

Stop. Podatki i składki odprowadza się w określonych terminach. VAT od obrotu w danym miesiącu płaci się zasadniczo jednorazowo do 25 dnia następnego miesiąca (po złożeniu deklaracji, w której znajdzie się faktura wystawiona w związku z tym tysiącem). Podatek dochodowy od dochodu w danym miesiącu płaci się zasadniczo do 20 dnia następnego miesiąca (deklaracji się nie składa, a nawet kiedy się składało, to nie wynikało z niej, od jakich faktur). Składkę zdrowotną zaś płaci się w ten sposób, że dochód z danego miesiąca (lipca) jest podstawą składki w następnym miesiącu (sierpniu), za który składkę płaci się do 20 dnia jeszcze następnego miesiąca (składa się deklarację, ale podając tylko kwotę dochodu). A więc z naszego 1000 zł otrzymanego 1 lipca odkładamy:
– 98 zł do 20 sierpnia
– 187 zł do 25 sierpnia
– 73,17 zł do 20 września
Uff, 641,83 zł można wydać od razu… tylko gdzie odkładać, żeby się nie pomylić i nie wydać za wcześnie? Na szczęście Państwu wszystko jedno, z jakich pieniędzy to zostanie zapłacone, nie trzeba ich „znaczyć” (choć pieniądze na VAT czasem przyjdą „znaczone”, jeśli przyjdą tzw. przelewem podzielonym i wskoczą na rachunek VAT, ale nikt nie będzie wiedział czy pójdą na zapłatę VAT za czerwiec, lipiec czy sierpień, gdyż tego nikt nie kontroluje, to jest poza systemem).

Ten wpis to takie wesołe zrzędzenie, bo jeśli mam od czego (i z czego) płacić podatki, to po zapłaceniu nadal jestem na plusie w porównaniu do sytuacji, w której tego tysiąca bym nie dostał (nawet jeśli ten tysiąc od razu cały wydam). No i odrobinę edukacyjnie może, zwłaszcza w zakresie tego VAT.

wszystko wszędzie w głowie

Mógłbym machnąć banałem, że ten film nikogo nie zostawia obojętnym – jedni go uwielbiają, inni wychodzą w połowie – ale znam i takich, którzy uważają go za film jakich wiele. Ot, wszystko zależy od punktu widzenia, mój nietrudno odgadnąć, skoro właśnie skończyłem oglądać go po raz trzeci w ciągu dziewięciu miesięcy. Bo to właściwie pomieszanie dwóch filmów…

Żeby rozwinąć myśl, muszę przybliżyć fabułę (a przynajmniej „jednego z filmów”). Otóż jest sobie Chinka w średnim wieku, dziecko ma już odchowane do dorosłości, całe dorosłe życie spędziła prowadząc pralnię w Ameryce wspólnie z mężem (to był bardziej jego pomysł). Dla męża opuściła rodziców, którzy nieomal się jej za to wyrzekli, teraz stary ojciec przyjechał w odwiedziny, a ona czuje się jakby go zawodziła ponownie nie odnosząc w życiu takiego sukcesu, o jakim sama marzyła; do tego wstydzi się przed ojcem przyznać, że jego wnuczka jego stereotypowe oczekiwania zawiedzie jeszcze bardziej (skoro zawodzi jej własne) – bo nic konkretnego nie robi, po chińsku ledwo mówi, a na dodatek ma dziewczynę. I jeszcze ma na głowie kontrolę podatkową pod okiem wymagającej kontrolerki (znajomy bywający w Ameryce stwierdził, że to najbardziej hard SF jakie sobie można wyobrazić, że ktoś tam prowadzi działalność i samodzielnie rozlicza podatki), która wytyka błąd za błędem i natychmiast ripostuje próby wytłumaczenia, a temu wszystkiemu przygląda się ojciec którego nie było z kim zostawić, i co z tego że nie rozumie po angielsku ani słowa… Ostatnia szansa na uporządkowanie papierów tuż przed wieczorną imprezą z okazji chińskiego Nowego Roku (organizowaną w pralni, a jakże), i naszej bohaterce wpadają w ręce papiery rozwodowe składane przez męża… Czy ktoś byłby zdziwiony że w takiej sytuacji otwarcie olewa kontrolerkę, mimo że ta może przyjść z funkcjonariuszami i zamknąć jej firmę – a kiedy to się dzieje, łapie za kij baseballowy i zaczyna demolować pralnię, przy rodzinie, kontrolerce, funkcjonariuszach i gościach…

Z pewnością można by z tej historii zrobić poruszające kino psychologiczne, ale twórcy zastosowali raczej kino psychiatryczne (nie sądzę żeby taki termin funkcjonował w teorii, bo go sobie wymyśliłem na użytek tej notki). Czytałem kiedyś „Obłęd” Jerzego Krzysztonia, pisarza który cierpiał na urojenia, i pamiętam jak niesamowite obrazy malowała wyobraźnia chorego w fazie napadu. Tu bohaterka upadając pod ciężarem poczucia braku własnej wartości przelewa wszystkie swoje lęki, frustracje, niespełnione marzenia i zawiedzione oczekiwania w rozbuchane (choć z ograniczonym budżetem) światy równoległe, w których można zostać każdym i nabyć każdych umiejętności, jak w snach i marzeniach (być może odbiór filmu zależy od tego, czy ktoś kiedykolwiek miał podobne myśli i odczucia). Między tymi światami porusza się w szalonej (im dziwniej, tym lepiej, takie jest wprost wyrażone, acz całkiem zręcznie wprowadzone założenie) historii ratowania świata przed przedziwną wersją własnej córki (Harley Quinn jest przy niej nudna), którą jednocześnie chce ratować i zwalczać. I ta historia kończy się szalonym happy endem, spowodowany nazbyt może banalnym cudem błyskawicznej terapii, w której można oswoić wszystkie potwory i pogodzić się z wszystkimi (to prawdopodobnie najsłabszy moment filmu). Ale tych przedziwnych światów, migających światłami i pomysłami (najbardziej niesamowity jest być może prościutki świat, w którym nie ma warunków do życia, ale w którym można się schować wraz z córką), zapomnieć się nie da.

Wszystko wszędzie naraz. Nie wiem czy na oscarowej gali będzie zwycięzcą, czy przegranym (nominacji ma bodaj jedenaście, w tym w kategorii najlepszego filmu), i w sumie zupełnie mnie to nie obchodzi, poszedłbym jeszcze raz do kina (a jak nie będzie to i tak kupię na płycie i obejrzę jeszcze nie raz, z płyty lub w streamingu).

nowy rok, nowe liczby

Nie, tym razem nie będzie o kredytach i stopach procentowych. Ani nawet o składkach ZUS, które uciśnionych przedsiębiorców doprowadzają do plajty, bo wzrosły prawie tak bardzo, jak najniższe wynagrodzenie. Teraz pora na coś z zupełnie innej beczki.

Nowy rok jest zjawiskiem ze swojej istoty wyjątkowo umownym. Otóż w pewnej arbitralnie przyjętej chwili następuje magiczne cyk, i zamiast kolejnego dnia starego roku robi się pierwszy dzień nowego roku, równie dobrze mógłby to być każdy inny dzień roku (a zmiana nie musiałaby następować w środku nocy, ale w środku dnia lub o wschodzie słońca, to wszystko jest tak samo umowne). Wszystko zaczynamy liczyć od nowa (z wyjątkiem grzechów i długów, choć raty kredytów mogą nabrać nowej wysokości, WIBOR ostatnio spada).

W zeszłym roku przeczytałem (skończyłem czytać) 26 książek wcześniej nieczytanych. Nawet przyznam, że pod koniec roku już nawet troszeczkę tym sobie „zarządzałem” – najpierw chciałem osiągnąć wynik 24, czyli dwie na miesiąc, ale ostatecznie po Świętach jeszcze trochę podciągnąłem i uzyskałem średnią 1 książkę na 2 tygodnie. Wiem, że są ludzie czytający dużo więcej (sam potrafiłem trzy razy tyle), są ludzie czytający mniej czy zgoła wcale (na przykład dlatego, że czytanie ich fizycznie usypia, a nie dlatego że stronią od wyrafinowanej intelektualnej rozrywki), nie czuję się zakompleksiony ani wyróżniający się. Listą też nikogo zanudzał nie będę, była fantastyka, były kryminały, była literatura popularno-naukowa, nie bawiąc się w klasyfikacje polecę tylko „Czeski Raj” Jaroslava Rudisa, może dlatego że spędziłem w tamtej okolicy uroczy urlop (acz nie tylko dlatego).

W zeszłym roku obejrzałem też 60 filmów wcześniej nieoglądanych (tak, zgadliście, też się trochę starałem żeby wyszło „ładnie”, czyli 5 miesięcznie). Przypadkiem bardziej wyszło, że 20 z nich obejrzałem w kinie, a 40 na mniejszym ekranie, ale tu już nie mam pomysłu jak to sprzedawać „w przeliczeniu”, trudno, musi wystarczyć, że liczby są okrągłe. Niezmiennie najbardziej polecam „Wszystko wszędzie naraz„, kiedyś może bym go nawet zrecenzował w swój nieprofesjonalny sposób, ale dziś po pierwsze dzielę się wrażeniami w różnych miejscach i potem najlepsze myśli już wykorzystałem… a po drugie nie zawsze jednak to robiłem, nigdy chyba nie napisałem recenzji ze Skyfalla

W zeszłym roku obejrzałem też seriali… nieee, nie ma mowy, tego nie jestem w stanie podliczyć, i to mimo że notuję każdy kolejny obejrzany odcinek – ale robię to w podziale na platformy streamingowe, nie na miesiące czy lata. Sama rozpiska. w jakim okresie korzystam z jakiej platformy, jest już wystarczająco skomplikowana. A na dodatek serial serialowi nierówny, koreańskie potrafią mieć odcinki dobrze ponadgodzinne, a czasem się ogląda parominutowe (licząc lub nie licząc napisów) animacje, pomiędzy tym do wyboru, do koloru – 25 minut, 40 minut… W charakterze ciekawostki powiem tylko, że na samym Disney+ w 3 miesiące naliczyłem równe 200, ale tam też były wyjątkowo krótkie odcineczki, a na dodatek tam przy serialach zapisuję jak leci także to, co oglądam powtórkowo. Ogólna refleksja jest taka, że oglądam tych seriali za dużo, i jak mawia jeden znajomy, nazbyt średniej jakości czasem, honi soit qui mal y pense.

Niemniej liczniki książek i filmów ruszyły tydzień (z haczykiem) temu od nowa. Zatem, pozwólcie, że dla odmiany oddalę się czytać…

stopy, stopy…

Stopy to bez wątpienia to jeden z najgorętszych tematów mijającego roku, i nie chodzi o części ciała ani ich zdjęcia (stópkarze, idźcie sobie gdzie indziej). Stopy procentowe, przede wszystkim te od kredytów hipotecznych, o tym się mówiło rok cały, i przez następny zapewne też się będzie mówić.

O stopach mówiło się, gdyż rosły, i nie było to przyjmowane pozytywnie. Przyznam szczerze, że byłem nawet zdziwiony ludzkim zdziwieniem nad rosnącymi stopami, gdyż jako człowiek stary pamiętam, jak stopy spadały z dużo wyższych poziomów niż dziś. Dość będzie powiedzieć, że kiedy zaczynałem pracę wymagającą liczenia odsetek, to odsetki ustawowe – ustalane rozporządzeniami Rady Ministrów – wynosiły 35% rocznie, a kiedy trzeba było policzyć takie ciut starsze (o rok, góra dwa), to przekraczały i 50%; w sumie gdyby zastosować dzisiejszą formułę opartą o stopę referencyjną NBP, to odsetki ustawowe spokojnie przekraczałyby 50% (dziś tylko 12,25%). I tak, wiem, że dziś stopy są najwyższe od jakichś 20 lat…

W każdym razie ja trochę o czymś innym może. W dyskusjach o stopach często się narzeka, dlaczego nie ma u nas kredytów o stałej stopie, skoro na świecie są. Otóż dostępność stałych stóp procentowych zależy w głównej mierze od stabilności inflacji – tam, gdzie jest ona na stabilnym (i niewysokim, dodajmy) poziomie, tam banki pożyczają od ludzi pieniądze na stały procent i pożyczają innym ludziom na nieco wyższy stały procent (opowieściami o tym, że banki nie potrzebują cudzych pieniędzy, żeby pożyczać innym, zajmiemy się może przy innej okazji, bo to jednak głównie bajki i konstrukcje doktrynalne), zarabiają bowiem na pośrednictwie. U nas kredyty o stałej stopie też były dostępne (zwłaszcza przed hiperinflacją lat 80-tych), a potem…

A potem przyszedł Pan Profesor Balcerowicz i zarządził (z małą pomocą parlamentu) co następuje:
Uchyla się nałożone na banki obowiązki dotyczące zapewnienia uprzywilejowań i preferencji w zakresie dostępu do kredytów, oprocentowania kredytów i warunków ich spłaty, oraz postanowienia umów kredytowych ustalające oprocentowanie kredytów według stawek stałych i preferencyjnych„.

To jak miało być wtedy ustalane oprocentowanie, zapytacie? Otóż… nijak, w zasadzie. Generalnie banki miały je ustalać tak, żeby było dobrze – dlatego w tamtych czasach (przez dekadę co najmniej) stopy procentowe były ustalane „uchwałami zarządów banków”. Gdzie dobro konsumenta, zapytacie? Otóż… takie pojęcie wtedy w zasadzie nie istniało. To przyszło dopiero na przełomie tysiącleci, kiedy w procesie stowarzyszeniowym zaczęliśmy dostosowywać nasze prawo do europejskiego… Wtedy, mówiąc szczerze, w umowach kredytowych pojawiły się zastrzeżenia, jakie parametry powinny uwzględniać zmiany stóp procentowych wprowadzane przez banki uchwałami zarządów. Przypomnijmy jednak, że na początku tysiąclecia to stopy procentowe głównie spadały, a nie rosły, więc takie jednostronne obniżenie oprocentowania kredytu z 32% na 30% raczej było w interesie konsumenta i nikt normalny nie żądałby unieważnienia klauzuli umożliwiającej takie obniżenie.

Ale świadomość konsumencka rosła (w tym świadomość tego, że w umowach nie bardzo można zapisywać takich jednostronnych postanowień), i wtedy (znów trochę śladem Zachodu) w umowach pojawił się WIBOR. W tamtych czasach jego zaletą było, że był ustalony wg zasad, które wydawały się niezależne od poszczególnych banków, nawet jeśli mało kto wiedział jak się dokładnie ten WIBOR ustala i kto to robi (ustala się go podobnie do do średniego kursu walut NBP, więc gdyby ustalał go NBP…) W każdym razie był sobie jednoznaczny wskaźnik, który na dodatek bardziej malał niż rósł, wszyscy byli w zasadzie zadowoleni.

Tu jeszcze można wspomnieć o wkładzie, jaki w zamieszanie stopami wprowadziły przepisy o kredycie konsumenckim – znów w ślad za przepisami unijnymi nakazano informowanie klienta o ewentualnych zmianach stóp, chyba że stopa umówiona była oparta o ustalony niezależny parametr. Każdy chce uniknąć niepotrzebnej korespondencji (Poczta Polska robi smutną minę) o tym, że w wyniku zmiany tego i tego stopa procentowa zmalała do…, więc tym chętniej takie niezależne parametry wprowadzano do umów.

A potem przyszły kolejne przepisy unijne (tzw. rozporządzenie BMR), które regulowały tworzenie takich wskaźników jak WIBOR i ich stosowanie w umowach kredytowych. I nagle… ten sam w zasadzie WIBOR, który dziś jest uważany za podejrzane szacher macher, od grudnia 2020 jest oficjalnie zatwierdzony jako wskaźnik referencyjny zgodny z rozporządzeniem BMR. Mało kto zwracał wtedy na to uwagę, bo WIBOR od lat był stabilnie niski, a od wybuchu pandemii spadł do prawie zera. A kilka miesięcy później stopy zaczęły rosnąć…

Gdyby to kogoś interesowało, to WIBOR od półtora miesiąca nieprzerwanie maleje (choć stopy NBP nie uległy zmianie), na razie do poziomu z sierpnia 2022, a nie z grudnia 2019.

Ponieważ kończy się niesławny raczej rok 2022, to życzę wszystkim, aby stopy w 2023 raczej malały, zarówno kredytobiorcom hipotecznym, jak i pozostałym. Procentowe, oczywiście.

wszystko we własnych nogach

Trwa Mundial (chciałem dopisać „piłkarski”, ale właściwie to się już zawiera w tej potocznej nazwie). W „polskiej” grupie rozegrano już dwie pełne kolejki, możemy się napawać prowadzeniem – ale ważniejsze jest to, że przed nami decydująca kolejka, gdzie każdy ma wciąż szansę na awans i odpadnięcie. O wszystkim zdecydują liczby…

Mecz, jak wiadomo, można wygrać, przegrać lub zremisować (w polskiej lidze można było jeszcze kiedyś wygrać/przegrać co najmniej 3 bramkami, wtedy przegrywający miał punkt ujemny, a wygrywający dodatkowy punkt). Za wygraną są 3 punkty, za remis jest 1 punkt; przy równości zdobytych punktów zaczynamy liczyć bramki, najpierw różnicę, potem liczbę strzelonych goli (potem patrzymy na bezpośrednie wyniki, a na końcu – jeśli trzeba – na liczbę żółtych i czerwonych kartek, tymi ostatnimi liczbami nie mieszajmy sobie na razie w głowie). Co zatem może się zdarzyć?

Polska gra z Argentyną, Arabia z Meksykiem. Aktualnie tabela wygląda tak:
1. Polska 4 pkt 2:0 bramki
2. Argentyna 3 pkt 3:2 bramki
3. Arabia 3 pkt 2:3 bramki
4. Meksyk 1 pkt 0:2 bramki
Z grupy wychodzą dwie drużyny…

Polska wyjdzie z grupy, jeżeli:
a. wygra z Argentyną (wygrywa grupę), albo
b. zremisuje z Argentyną, albo
c. przegra z Argentyną, ale zaistnieje korzystny układ planet… korzystny wynik meczu Arabii z Meksykiem, czyli:
– remis, o ile Polska nie przegra co najmniej 4 bramkami lub więcej (jeśli przegra trzema, to decydować może liczba goli strzelonych)
– wygrana Meksyku, ale możliwie niewysoka, tak żeby nas nie wyprzedził bramkami (patrz akapit o Meksyku)

Argentyna wyjdzie z grupy, jeżeli
a. wygra z Polską, albo
b. zremisuje z Polską, ale:
– Arabia zremisuje z Meksykiem
– Meksyk wygra z Arabią, ale nie więcej niż 2 bramkami (jeśli wygra trzema, to patrzymy na liczbę strzelonych)

Arabia wyjdzie z grupy, jeśli:
a. wygra z Meksykiem, albo
b. zremisuje z Meksykiem, i:
– Polska wygra z Argentyną, albo
– Argentyna wygra z Polską 4 bramkami (jeśli wygra trzema, to patrzymy na liczbę goli strzelonych)

Meksyk wyjdzie z grupy, jeśli
a. wygra z Arabią, przy czym:
– jeżeli wygra 4 golami, to bez względu na wynik Polski z Argentyną
– jeżeli wygra 3 golami, a Argentyna zremisuje z Polską, to decyduje liczba goli strzelonych – np. Meksyk wygrywa 4:1 przy remisie 0:0 i wychodzi bo ma więcej strzelonych goli (Meksyk 4-3, Argentyna 3-2), wygrywa 3:0 przy remisie 0:0 i odpada, bo przy tej samej liczbie strzelonych goli decyduje wygrana Argentyny w bezpośrednim meczu
– jeżeli Argentyna wygra z Polską, to decydować będzie różnica bramek, ewentualnie liczba goli strzelonych – np. wygrana Argentyny 3:0 i wygrana Meksyku 1:0 nadal powoduje, że Meksyk odpada (Polska ma wtedy bilans bramek 2-3, a Meksyk 1-2), wygrana Argentyny 2:0 i wygrana Meksyku 2:0 powoduje, że… liczymy kartki (a ściślej punkty fair play), bo różnica bramek taka sama (2-2), a w bezpośrednim meczu Polski z Meksykiem padł remis

Podsumowując: każda z drużyn ma szansę samodzielnie zapewnić sobie awans i każda ma szansę na awans przy sprzyjających okolicznościach. Wszyscy mają zatem wszystko we własnych rękach, czy też raczej nogach.

Sytuacją w innych grupach nie zajmuję się nie tylko dlatego, że w jednych druga kolejka dopiero przed nami, a w innych być może mniej ciekawie, po prostu mi się nie chce, nigdy nie byłem kronikarzem.