Paryż, poranek szósty

Dla olimpijskich nerdów fascynujące jest obserwowanie, jak zmienia się tabela klasyfikacji medalowej – w kilka godzin, kwadransów, minut kolejność może się zmieniać w miarę jak kończą się kolejne konkurencje. Zwłaszcza jeśli liczy się „klasycznie”, czyli uwzględniając kolor medali (jeden złoty ma pierwszeństwo przed dziesięcioma srebrnymi) – najwięcej medali ogółem mają Amerykanie, ale (póki co) znacznie mniej złotych niż by chcieli.

Dla olimpijskich szowinistów istotne jest, kto jest przed „ich” reprezentacją (ewentualnie kto jest za nią). Tacy mniej się cieszą z faktu, że mamy już trzy medale (do srebra szpadzistki i wioślarze dodali dwa brązowe), a bardziej patrzą z niedowierzaniem pomieszanym ze złością, że w tabeli medalowej wyżej stoją Gruzja (złoto i srebro), Gwatemala (złoto i brąz), Ekwador (złoto) czy Korea Północna (dwa srebrne). Zupełnie jakby Igrzyska już się skończyły.

Dla miłośników olimpijskiej wielobarwności jest raj. Medale zdobyło już (na moment pisania tego zdania) 48 reprezentacji, w tym 28 zdobyło złote (aż się nasuwa wniosek że o złote łatwiej…). Ale kiedy patrzę na listę uczestników np. takiego chodu na 20 km, na której flagi państw wielkich i potężnych (sportowo) mieszają się z małymi i niepozornymi, i wcale nie wiadomo których spodziewać się w której części – wtedy czuję tego Ducha Sportu (i niekoniecznie w sensie samego tylko udziału, w końcu złoto zgarnął Ekwadorczyk).

Paryż, dzień trzeci

Młyny olimpijskie mielą wytrwale, konkurencja za konkurencją, cały czas się dzieje. Oczywiście rozdają też medale, w tych konkurencjach, które można skończyć w jeden-dwa-trzy dni. Liczba reprezentacji z medalami się prawie podwoiła, dołączyły między innymi Uzbekistan, Kosowo, Mołdowa czy Ukraina, ale…

…dla nas najważniejsze jest oczywiście, że dołączyła także Polska. Kajakarka górska Klaudia Zwolińska w slalomie miała drugi czas eliminacji i drugi czas półfinału, podsumowała to drugim czasem przejazdu finałowego i w efekcie drugim w historii medalem olimpijskim dla Polski w kajakarstwie górskim (nie pewnym, ale też niezupełnie nieoczekiwanym). Cieszymy się i oczywiście prosimy o więcej!

Igrzyska to oczywiście też nie tylko medale. W rundach eliminacyjnych widzimy wielu zawodników startujących w imię coubertinowskiej zasady udziału (gdyby startowali bezpośrednio z najlepszymi, widzielibyśmy sportową przepaść), ale ich historie czasem zapamiętuje się lepiej niż walkę o medale. W Paryżu w rundzie eliminacyjnej turnieju ping-ponga wystąpiła reprezentująca Liban 46-letnia Mariana Sahakian, urodzona w Armenii. Pomyśleliście: o!? To teraz pomyślcie, że jej rywalką była reprezentująca Chile 58-letnia Zeng Zhiying (nazwisko z przodu), oczywiście Chinka z urodzenia i pochodzenia, która wiele lat reprezentowała Chile, po czym… na 20 lat przerwała karierę. Wznowiła ją po tym, jak w pandemii kupiła sobie do domu stół do ping-ponga, stwierdziła że wciąż pamięta co robić z rakietką, i… zakwalifikowała się na Igrzyska. Mecz wygrała młodsza (i to był koniec jej sukcesów), ale historia im obu zostanie po wieki wieków.

rower metropolitalny

Wspominałem już, że zacząłem używać roweru? Stało się to w zeszłym roku, więc mogłem o tym napisać albo nie (a nie chce mi się sprawdzać). W każdym razie używam do tej pory wyłącznie rowerów publicznych. W zeszłym roku był to rower „miejski”, czyli działający na podstawie umowy miasta z operatorem sieci rowerów. W tym roku zaś…

Miasto jest częścią Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (GZM). Metropolia w ramach swoich skromnych kompetencji i możliwości wymyśliła, że po co w kilkunastu jej miastach odrębne systemy rowerów miejskich (pamiętam, że w chorzowskim parku się naciąłem, że chciałem tam odstawić rower, a tu bum! katowicki rower nie zostanie przyjęty, choć granicy nie widać), lepiej zrobić jedną wielką sieć na podstawie umowy GZM z operatorem (był na to duży przetarg) – i od wiosny faktycznie taka sieć zaczęła ruszać, najpierw w wybranych miastach, a w ostatnich tygodniach… właściwie na obszarze całej metropolii z przyległościami.

Rozszerzenie działalności roweru metropolitalnego obejmowało także uruchomienie stacji w mieście za miedzą, co oczywiście oznaczało poszerzenie możliwości wycieczek. Wybrałem się więc w niedzielę – kiedy już przeszły burze i deszcze (wiatry niekoniecznie), przejechałem przez centrum Mikołowa, zdałem na chwilę rower w punkcie… Co mnie zaskoczyło (samo miasto znam) to reakcje „tubylców” – rower metropolitalny to dla nich na tyle nowość, że prawie dziwili się że ktokolwiek używa, i pytali czy się dobrze jeździ. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że tak, nie przyznając się że jestem na gościnnych występach – w końcu wszystkie rowery metropolitalne wyglądają mniej więcej tak samo… A niech się zachęcą. W końcu i tak na kolejne wycieczki będę brał rower z mojego najbliższego punktu.

Paryż, dzień pierwszy

Za nami ceremonia otwarcia. Jedni zachwyceni, inni oburzeni, mnie nie zrobiła różnicy. Jedyne nad czym się zastanawiałem, to czy ktoś ze sportowców się nie przeziębi na tym deszczu, ale w sumie nie wiem jak długo oni tymi barkami płynęli po Sekwanie i co robili po dopłynięciu do Trocadero.

Ale to tak naprawdę był dzień zerowy, dnia pierwszego zaczęła się walka o medale (choć rywalizacja turniejowa zaczęła się już w dniu minus drugim) z całą jej wielobarwnością. Dominują oczywiście „tradycyjni podejrzani”, ale pierwszy medal zdobyli strzelcy z Kazachstanu (wygrali pojedynek o brąz). Na koniec dnia mieliśmy medalistów z 20 różnych reprezentacji, w tym Hongkongu (mistrzyni w szpadzie), Fidżi (rugbyści), Mongolii (dżudoczka) czy Tunezji (szablista).

Na liście medalistów nie ma Polaków (nie sprawdzałem czy „z pochodzenia” też nie…), bo i za bardzo nie mieliśmy szans – z grubsza wiadomo, kto ma jakie możliwości. Owszem, zawsze może zdarzyć się „dzień konia” i ktoś niespodziewanie będzie pokonywać nominalnie lepszych/bardziej doświadczonych rywali, nawet przez mrugnięcie oka wydawało się że debiutująca na Igrzyskach szpadzistka Alicja Klasik może sprawić niespodziankę po tym jak w dogrywce pokonała Włoszkę i w pojedynku o ćwierćfinał doprowadziła do dogrywki z Estonką. Cóż, w dogrywce decydujące trafienie należało już do Estonki, która później jednym punktem wygrała ćwierćfinał i również jednym punktem przegrała mecz o brązowy medal… kto chce, niech myśli że byliśmy o dosłownie parę trafień od medalu.

polonijny miks(t)

z dedykacją dla Piotrka za to że swoim komentarzem zmotywował mnie do pisania

Polskość. Polacy – jak zapewne większość nacji – rozchodzili się po świecie we wszystkie strony, gdzieniegdzie się osiedlali jak Skłodowska czy Domeyko, gdzie indziej zostawiali przejściowy ślad jak Strzelecki czy Czerski. Jednym z naszych ulubionych sportów (i pewnie nie tylko naszych) jest odszukiwanie polskich korzeni, sam nie jestem od tego wolny, choć żartem raczej zwykle.

Skończył się właśnie turniej Australian Open (daję słowo, jak zaczynałem pisać jeszcze trwał, Włoch – jak samo nazwisko wskazuje z włoskich Tyrolczyków – Sinner pokonał Rosjanina Miedwiediewa). W pewnej chwili zauważyłem, że w ćwierćfinałach miksta wśród 16 zawodników występowali Gadecki, Dabrowski, Zieliński, Krawietz, Skupski i Krawczyk (reprezentujący kolejno Kanadę, Australię, Polskę, Niemcy, Wielką Brytanię i USA, pary na zwykłych turniejach nie muszą się składać z zawodników tej samej nacji, to nie igrzyska olimpijskie). Oczywiście nie zgłębiałem życiorysów każdego z nich, ale brzmienie nazwisk jest tak typowo polskie, że wydaje się mało prawdopodobne żeby ich przodkowie pochodzili skąd indziej. Połowa z nich dotarła aż do finału…

I w tym miejscu możemy dać upust radości, bo na koniec górą był najbardziej polski z polsko wyglądających zawodników – mistrzem Australian Open 2024 został Jan Zieliński (w parze z Chinką z Tajwanu, Su-wei Hsieh)!

stop top

Odbył się kolejny tradycyjny Top Wszech Czasów, już nie Trójkowy (oficjalnie Radia 357, ale nawet na stronie Topu w wikipedii jest traktowany jako kontynuacja Trójkowego). Wygrał ktoś z usual suspects*, choć przyznam, że kiedy włączyłem się w okolicach miejsca czwartego i spojrzałem na wyniki, to z niedowierzaniem szukałem, kto jeszcze będzie na podium, bo wszyscy pozostali usual suspects byli gdzieś niżej… ostatecznie okazało się, że śmierć Sinead O’Connor w lecie spowodowała chyba głosowanie nostalgiczne, nie powiem żeby mi się efekt nie podobał, Nothing Compares To You po raz pierwszy w historii wylądowało na podium i to przed Dire Straits. Ale ja właściwie nie o tym.

Pisałem już niejeden raz na blogu, że obecna formuła Topu zasadniczo mnie nudzi – bo o ile tworzy się przyjemna playlista (zwłaszcza dla starszych ludzi), to z punktu rywalizacyjnego jest to równie ciekawe jak analiza układu sił w dowolnym politbiurze, a muzycznie ugrzęzło w przeszłości, jakby teraźniejszość nie istniała. A ponieważ postulowałem już – kiedyś pół żartem, teraz coraz bardziej serio – żeby Top ograniczyć do piosenek z XXI wieku, to o świcie przejrzałem pod tym kątem wyniki Topu 2023.

Otóż w Topie brało udział 357 utworów. W miarę staranne liczenie (z Excelem i Googlem) powiedziało mi, że z tych 357 w roku 2000 lub później powstało 39 (czyli 10,92%). Czy w XXI wieku nie powstaje dobra muzyka? Czy też tylko chcemy głosować na piosenki które znamy i lubimy? Spojrzenie na miejsca zajęte przez utwory XXI-wieczne sugeruje, że to drugie – w pierwszej pięćdziesiątce jest jeden (liczbowo: 1) utwór „z „współczesny”, czyli nieszczęsne Again Archive (pozycja dziewiąta). W drugiej pięćdziesiątce dodatkowo trzy (Amy Winehouse, Gotye i Adele). W trzeciej pięćdziesiątce kolejne dwa… (Lady Gaga i ponownie Adele).

O ileż bardziej odświeżająco i kolorowo byłoby, gdybyśmy jednak odrzucili cały ten balast Piosenek Które Zawsze Będą Za Nisko i pobawili się tym, co świeższe. Bo nikt nie powiedział, że tylko w 70s/80s/90s nagrywano ładne piosenki, a w obecnych czasach nie powstają piosenki ponadczasowe, którymi za 20-30 lat ktoś będzie katował młodszych jako evergreenami.

Zostawiam Was z jednym z najlepszych utworów lat ostatnich. Nie, w Topie go nie było.

*Bohemian Rhapsody

wystrzałowego

Wyobraźcie sobie, że zamierzacie przyjemnie spędzić długi wieczór w miłym towarzystwie, przy trunkach, muzyce i sympatycznych zajęciach. Ciemno się na dworze zrobiło (wiadomo, w zimie dzień krótki), zaczynacie się rozgrzewać…

Nagle w ogrodzie za domem coś wybucha. Raz, drugi. Patrzycie z niedowierzaniem, może z przerażeniem. Po chwili spostrzegacie że za wybuchem idą smugi pocisków, w popłochu odskakujecie od okien. Pękają szyby, kanonada za oknem nasila się.

Do domu wskakują podejrzane, zamaskowane, uzbrojone typy. Jesteście wystraszeni na śmierć. Typy tymczasem rozglądają się po domu, czegoś szukają. Znaleźli fajerwerki przeznaczone na strzelanie po północy. Co oni robią??? Biorą i odpalają je w salonie, w waszej obecności. Co za hałas, co za błyski, co za smród, przecież oni wszystko tu poniszczą…

Wszystkim tym, którzy potrafią witać Nowy Rok/świętować dowolną inną okazję bez walenia petardami i fajerwerkami, życzę spokojnego roku 2024. Pozostałym życzę takiego wieczoru jak opisano powyżej, w końcu to mniej więcej ich wizja świętowania, tylko na ich własnym podwórku, a nie na cudzym.

w kibbutzu, jak to w kibucu

Kibuc to taka jakby wieś, niewielkie skupisko ludzi, wszyscy się znają. Nie będę tu akurat rozwijał historii, teorii ani praktyki kibbutzu, zamierzam opowiedzieć tylko krótką historyjkę. Mieszkali sobie w jednym kibucu niejaka Margalit i niejaki Gadi. Pobrali się, mieli dzieci (później dzieci sprawiły im wnuki). Po jakimś czasie się rozwiedli, mieszkali dalej w tym samym kibucu. Gadi zamieszkał w tym samym kibucu z niejaką Efrat, młodszą od Margalit o 9 lat, która miała swoje dzieci i wnuki.

7 października 2023 roku do kibucu, w którym mieszkali Margalit, Gadi i Efrat, wtargnęli hamasowscy bandyci. 78-letnia Margalit, Gadi, córka i wnuczki Efrat został uprowadzone do Strefy Gazy i przetrzymywani jako zakładnicy. Efrat została zamordowana we własnym domu.

Dziś hamasowscy bandyci zwolnili pierwszą grupę zakładników. Wśród 13 uwolnionych Izraelczyków jest Margalit, jest Doron, córka Efrat, jest dwuletnia Awiw, wnuczka Efrat, jest pięcioletnia (piąte urodziny „obchodziła” uwięziona w hamasowskim tunelu) Raz, wnuczka Efrat. Gadi nadal jest przetrzymywany.

lustereczko powiedz przecie…

…co jest za nami?

Jeżdżę regularnie samochodem już parę dekad, odruch zerkania w lusterka – centralne lub boczne – mam wyrobiony. Na tyle wyrobiony, że chodząc pieszo – zwłaszcza przy wymijaniu ludzi – łapię się na tym, że chcę zrobić szybkie spojrzenie w bok, w kierunku nieistniejącego lusterka (które czasem zupełnie by się przydało, nawet śmialiśmy się z żoną że mógłbym sobie zainstalować, pewnie w jakichś śp. Google Glasses wyświetlacz mógłby być połączony z kamerką umieszczoną za uchem).

Zacząłem w tym roku trochę jeździć na rowerze, w zasadzie wyłącznie na miejskim (stację mam o kilometr od domu, przyjemny spacer na rozgrzewkę i roztrenowanie po). Nie jeździłem od ho-ho-ho, jeżeli powiem od XX wieku to pewnie się nie pomylę, w każdym razie sam nie wiedziałem na ile na początek będę trzymał pion (nie przewracam się). I jedna rzecz mnie w tych wszystkich współczesnych rowerach uderzyła: brak lusterek. Wiem, nie są obowiązkowe, wiem, trudno je umieścić tak, żeby się dobrze trzymały i nie przekręcały się (nie mówiąc o tłuczeniu się czy urywaniu). Niemniej ilekroć mam wykonać jakikolwiek manewr i w tym celu obracać się przez ramię, to bardzo mocno odczuwam, że mi tego lusterka brakuje (pewnie jakbym miał własny rower to dawno bym kombinował jeśli nie z lusterkiem, to z uchwytem na telefon, który by wyświetlał obraz z kamery selfiakowej).

Do pisania tej notki sprowokował mnie głośny dziś incydent pomiędzy autobusem a rowerem gdzieś w Łodzi, kiedy to rowerzysta raźno jechał środkiem drogi (przy linii środkowej), a kierowca autobusu równie raźno postanowił go wyprzedzić, lecz pojechał także blisko linii środkowej, przez co doszło do drobnej kolizji (rowerzysta się przewrócił nie wpadając pod koła autobusu, stanu pojazdów nie badałem). Zostawię na uboczu szczegółowe rozważania kto zawalił (moim zdaniem obaj), tu wyrażę tylko jedną myśl: otóż gdyby ten rowerzysta miał w swoim rowerze lusterko, to najprawdopodobniej… wróć, miałby dużą szansę zauważyć w lusterku wielki zaczynający wyprzedzanie autobus, wystarczyłoby zjechać o pół metra w prawo (zgodnie z przepisami o ruchu drogowym), żeby do incydentu nie doszło.

Kochajcie swoje lusterka, zupełnie nie narcystycznie.

czas zimowy, ale

Dziś w nocy po raz kolejny zmieniliśmy czas letni na zimowy. Z tej okazji powróciły wszystkie dyskusje o tym czy utrzymywać mechanizm zmiany czasu (w Parlamencie Europejskim trwały prace nad jego likwidacją w Unii), czy też się go pozbyć, a jeżeli się pozbyć – to czy zostawić czas zimowy (naturalny dla naszego kraju), czy też letni (czyli czas słoneczny dla Kijowa). Zwolennicy czasu letniego argumentują, że dzięki temu mamy nieco więcej światła słonecznego popołudniu…

Przyszedł mi do głowy w związku z tym pewien eksperyment. A gdyby tak zarządzić odgórnie, że – zima czy lato – biura zamiast o 9 zaczynają pracę o 8, lekcje w szkołach zamiast o 8 zaczynają się o 7, urzędy zamiast o 7-7.30 zaczynają pracę o 6-6.30, pierwsza zmiana w fabrykach czy sklepach rusza nie o 6 tylko o 5… Ba, nawet Wiadomości TVP niech są nadawane nie o 19.30, tylko o 18.30. Dziwne? Ale jak wszyscy wcześniej wstaną i rozpoczną codzienne obowiązki, to wcześniej skończą i będą mieli więcej światła słonecznego po zakończeniu! Było nie było, taka propozycja ma dokładnie taki sam efekt jak przejście na czas letni – tylko godziny mają inne numerki. A że widzimy dzięki temu, ilu ludzi zimą wychodziłoby z domu co rano w ciemności i część dnia pracy spędzało po ciemku

Tu nasuwa się ogólna refleksja, że tak naprawdę przyjęty czas (strefa czasowa) ma jedynie funkcję porządkującą rzeczywistość. Z niczego bowiem nie wynika, że szkoła powinna się zaczynać 8 godzin od umownej północy (czyli mniej więcej 4 godziny przed kulminacją słoneczną), a telewizyjny prime-time 8 godzin od umownego południa. Równie dobrze moglibyśmy przyjąć, że zamiast „stałej” pory południa (12) będziemy ustalać godziny licząc od momentu wschodu lub zachodu słońca – tyle że wtedy mielibyśmy „dziwne” godziny początku i końca doby (dlatego trzymamy się zerowania zegara o północy). Niestety, jeżeli dzień (od wschodu do zachodu słońca) trwa u nas od 7,5 do 17 godzin, to ciężko jest tak ułożyć plan dnia, żeby zaspokajał potrzeby wszystkich przez cały rok.