Dla olimpijskich nerdów fascynujące jest obserwowanie, jak zmienia się tabela klasyfikacji medalowej – w kilka godzin, kwadransów, minut kolejność może się zmieniać w miarę jak kończą się kolejne konkurencje. Zwłaszcza jeśli liczy się „klasycznie”, czyli uwzględniając kolor medali (jeden złoty ma pierwszeństwo przed dziesięcioma srebrnymi) – najwięcej medali ogółem mają Amerykanie, ale (póki co) znacznie mniej złotych niż by chcieli.
Dla olimpijskich szowinistów istotne jest, kto jest przed „ich” reprezentacją (ewentualnie kto jest za nią). Tacy mniej się cieszą z faktu, że mamy już trzy medale (do srebra szpadzistki i wioślarze dodali dwa brązowe), a bardziej patrzą z niedowierzaniem pomieszanym ze złością, że w tabeli medalowej wyżej stoją Gruzja (złoto i srebro), Gwatemala (złoto i brąz), Ekwador (złoto) czy Korea Północna (dwa srebrne). Zupełnie jakby Igrzyska już się skończyły.
Dla miłośników olimpijskiej wielobarwności jest raj. Medale zdobyło już (na moment pisania tego zdania) 48 reprezentacji, w tym 28 zdobyło złote (aż się nasuwa wniosek że o złote łatwiej…). Ale kiedy patrzę na listę uczestników np. takiego chodu na 20 km, na której flagi państw wielkich i potężnych (sportowo) mieszają się z małymi i niepozornymi, i wcale nie wiadomo których spodziewać się w której części – wtedy czuję tego Ducha Sportu (i niekoniecznie w sensie samego tylko udziału, w końcu złoto zgarnął Ekwadorczyk).
