Pochwała niedoboru

Wychowałem się w czasach, w których powszechnym zjawiskiem była niedostępność towaru: nie ma, nie dowieźli, skończyło się, nie wiadomo kiedy będzie. Dostępność towaru („RZUCILI!”) bywała świętem, biegło się w te pędy zająć dobre miejsce, lub wystawało w kolejkach. Ileż było żartów z tym związanych, skeczów, utworów…

Dziś problem niedoboru towarów w zasadzie się rozwiązał, problemem jest raczej niedobór pieniędzy na tych towarów kupowanie, w ostatnich latach niektórym doskwierać zaczął problem niedoboru sklepów otwartych w niedziele, czasem ewentualnie problem niedoboru towaru, który został wycofany z produkcji (zaczynam mieć wrażenie, że serki, o których niedawno pisałem, mogły zniknąć definitywnie). Bardziej niepokojące wydaje się zjawisko rosnącego marnotrawstwa żywności, z jednej strony kupowanej ponad potrzebę („bo fajne”, „bo tanie”, „bo…”). z drugiej strony takiej, której nikt nie kupił i osiągnęła termin przydatności, podany przez producenta lub po prostu wynikający ze swoich własności (czytaj: zgniła i podobne). Chodziłem sobie dziś po markecie robiąc drobne zakupy i przed samą kasą zobaczyłem lodówkę z towarami specjalnie przecenionymi z racji bliziutkiego już terminu przydatności. Chwilę pogrzebałem i wyciągnąłem produkt niezmiernie podobny do tego, który już miałem w koszyku; zamyśliłem się chwilę i przemierzyłem ponownie drogę do właściwej półki, odłożyłem produkt na jego miejsce, zastąpiłem go w koszyku tym co już-już ma się przeterminować. Może wziąłby go ktoś inny, a może trzeba by go było utylizować…

I tak sobie dumałem patrząc na obfitość towaru: a gdyby tak jakiś sklep zaczął ograniczać ilość zamawianego towaru? Tak, dokładnie to mam na myśli: że mogłoby być tak, że przychodzicie do sklepu, a tam czegoś nie ma, bo wykupione – a dostawa będzie jak będzie, zgodnie z planem; bo nieraz lepiej, żeby towar się nie zmarnował na półce, niż żeby był dostępny w każdej sekundzie otwarcia sklepu (OK, może niech to nie dotyczy chleba czy innych najbardziej podstawowych rzeczy, choć z drugiej strony chleb też się marnuje w sprzedaży). Owszem, handlowcy nie będą szczęśliwi, ale jakoś wolę żeby zmniejszyć produkcję, niż żeby się marnowało. W sumie dotyczy to nie tylko żywności…

Nie być piratem drogowym

Wracałem wczoraj z roboty. Zmierzch zapadł, na drogach korki, miejscami mokro… ogólnie rzecz biorąc, jechało się fatalnie, na domiar złego byłem zmęczony i głodny.

Jechałem przez las (ciemny). Dojechałem do przejazdu rowerowego, co go w środku lasu mamy, niby prawdopodobieństwo że ktoś o takiej porze jeździ niewielkie, ale… Zwolniłem, zacząłem się przyglądać: z prawej strony w lesie ciemno, z lewej strony w lesie ciemno, z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka świecąc mi po oczach swoją galanterią świetlną… Raczej nikt nie stał przy przejeździe, ani się do niego nie zbliżał, ale z czystym sumieniem nie mogłem powiedzieć, że byłem tego pewny.

Za lasem wieś (porządna, z chodnikami). Wzdłuż drogi latarnie, bez szaleństw, ale mniej więcej widać. Widzę znak przejścia, skupiam się na jego otoczeniu, po lewej nikogo nie widać, po prawej nikogo nie widać… Dopiero kiedy już-już mam wjechać na przejście, po lewej stronie dostrzegam kogoś czekającego na przejście, tam akurat żadna latarnia nie stoi bezpośrednio przy przejściu, żeby oświetlać miejsce dla zamierzających wejść na przejście. Na szczęście i tak dzielił mnie od pieszego cały jeden pas ruchu, który pieszy musiałby najpierw pokonać.

Dalej kolejna wieś. Tu latarni jeszcze nie ustawili, więc widać tyle, ile moje reflektory oświetlą. Przejście, na dodatek na wyniesieniu, trójka wydaje się minimalnie za dużo, lewa strona przejścia pusta, prawa strona przejścia pusta… Wjeżdżam na wyniesienie i w tym momencie dostrzegam, że około 10 metrów za przejściem jakiemuś facetowi szkoda było nadłożyć drogi i wejść na przejście, więc poszedł na rympał, oczywiście żadnych jaskrawych czy odblaskowych elementów pozwalających go wcześniej dostrzec w tych warunkach.

Naprawdę ciężko czasami nie zostać piratem drogowym.

Szklanki

W pierwszych słowach donoszę, że notka może zawierać nazwy produktów handlowych, aczkolwiek nie będzie stanowiła zamierzonego lokowania produktu.

Mam w kuchennych szafkach sporo szklanek „po nutelli”. Nie ma na nich, oczywiście, żadnego śladu, wszystkie etykiety zostały starannie usunięte, ale pamiętam skąd się wzięły. Są praktyczne – z grubym dnem i ściankami (można pić z nich whisky, tzn. ja nie piję wcale, więc nie wiem czy byłaby to wielka profanacja, ale tak się kojarzą), można je wkładać jedna w drugą (mniej miejsca zajmują), nie tłuką się łatwo… Tyle się ich nazbierało, że przestaliśmy kupować w takich opakowaniach, bo i co z nimi dalej robić? (puste słoiki lecą do śmieci, a słoik na dłużej starcza)

Był taki czas (niekoniecznie w tym samym zakątku świata), że używaliśmy dużo więcej różnego rodzaju szklanek pochodzących z takiego „odzysku”. Jakieś dżemy czy miody dały baterię całkiem zgrabnych kufelków (grubościennych), serki topione dostarczały małych szklaneczek i szklanek typu long drink. Pamiętam nawet jednego faceta, który kupił karton serków long drink, a potem pytał, czy ktoś nie chciałby tych serków od niego kupić, byle szklanki oddał (smak tych serków był taki sobie, przyznaję).

W ostatnich tygodniach z zaprzyjaźnionych sklepów znikła seria serków twarogowych w plastikowych kubeczkach (odnotowaliśmy, bo jedną odmianę smakową kupowaliśmy regularnie). Nie znam przyczyn tego zniknięcia, może to zwykłe sprawy handlowe – ale wyobraziłem sobie, że w ramach zmian proekologicznych mogliby zmienić rodzaj ich opakowań z plastikowych na szklane. I nawet nie potrzebuję nowych szklaneczek, mógłbym płacić kaucję za opakowanie zwrotne jak przy butelkach od piwa (i odzyskiwać ją po wyjedzeniu zawartości).

Nie ma w Polsce dwóch matek

Skoro już nawet Kataryna napisała o problemie uchwały NSA w przedmiocie transkrypcji aktu urodzenia wskazującego jako rodziców dwie lesbijki, to i ja się ruszę.

Nie ma jeszcze wprawdzie uzasadnienia tej uchwały, ale z informacji jakie do mnie dotarły wynika, że w brytyjskim akcie urodzenia jako dwie matki są wpisane dwie Polki (to o tyle moim zdaniem istotne, że to w zasadzie gwarantuje, że dziecko ma polskie obywatelstwo wskutek urodzenia przez Polkę). Problem staje się przez to bardziej formalistyczny niż merytoryczny, ponieważ prawo o aktach stanu cywilnego nakazuje dokonywać transkrypcji dokładnie (dozwolone jest tylko dostosowanie pisowni do polskiej) – albo odmówić transkrypcji (zwłaszcza gdyby była sprzeczna z podstawowymi zasadami porządku prawnego RP), nie ma możliwości dokonać jej „częściowo”; jednocześnie nie można „obejść” problemu, bo skoro wystawiono akt urodzenia, to zasadniczo nie można oprzeć się na dokumencie innym niż akt urodzenia (ja bym tu trochę naciągnął, ale nie jestem sędzią NSA, a zwłaszcza siedmioosobowym składem).

Prawo o aktach stanu cywilnego w przepisie definiującym treść polskiego aktu urodzenia nakazuje wymienienie danych RODZICÓW dziecka (art. 60 pkt 4) i niektórzy argumentują, że należy przez to rozumieć wszystkich których uważa się za „rodziców”. Nie ujmując pewnej słuszności temu rozumowaniu, zauważę jednak, że polska ustawa odwołuje się do polskiej siatki pojęciowej, w szczególności do przepisów rozdziału IA tytułu II kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, noszącego nazwę „Rodzice i dzieci”; nie ma w nim wprawdzie jednoznacznej definicji że „rodzicami są matka i ojciec”, niemniej rozdział I „Pochodzenie dziecka” obejmuje wyłącznie oddziały „Macierzyństwo” i „Ojcostwo” – co traktowałbym jako określenie że rodzicami są zgodnie z podstawową biologią matka i ojciec. Jest tam między innymi wyraźny przepis definiujący kto jest matką (nawet kiedyś o nim wspominałem) – wyłącznie ta kobieta, która dziecko urodziła (definicji ojca nie ma, są tylko domniemania, ewentualnie przełamujące te domniemania ustalenia biologiczne…), zatem „matka” w znaczeniu genetycznym (jako dawczyni komórki jajowej i genów w niej zawartych) nie jest dla polskiego prawa matką w żaden sposób. Pozostałe przepisy prawa o aktach stanu cywilnego – w tym sąsiadujące z art. 60 – też zresztą do tych pojęć nawiązują, przez co czytanie tych przepisów łącznie nakazuje moim zdaniem uznanie, że konsekwentnie jako „rodziców” uznaje się matkę (jedną) i ojca (jednego). Mam własne zdanie na temat ogólnej konstrukcji pojęć pokrewieństwa i podobnych (łączące biologię z rzeczywistością społeczną), ale zachowam je na inną okazję…

Czy istnieje więc w Polsce możliwość legalnego „posiadania” rodziców jednopłciowych? Wbrew pozorom tak, ale tylko w pewnej sytuacji – a mianowicie kiedy jedno z rodziców „biologicznych” następnie zmieni płeć, jak w przypadku Anny Grodzkiej (której syn ma matkę płci żeńskiej i ojca płci żeńskiej). Ciekawiłoby mnie jak USC zareagowałby na akt urodzenia wskazujący kobietę jako OJCA (a nie drugą matkę), niemniej w takim przypadku nie spodziewałbym się żeby NSA czynił przeszkody do rejestracji takiego aktu urodzenia.

PS Pisząc tę notkę nie dokonywałem przeglądu orzecznictwa i piśmiennictwa, są to moje własne rozważania na kanwie przepisów – jak ktoś chce mi wytknąć że o czymś nie wiem, to proszę bardzo.

PPS Temat przysposobienia celowo został pominięty.

Liczba dnia

Dla niektórych najważniejszą liczbą powyborczego dnia jest 48 foteli senatorskich dla PiS i tyleż dla Paktu Senackiego (co w połączeniu z rozkładem foteli „niezależnych” sugeruje brak większości partii rządzącej w tej izbie).

Dla innych najważniejszą liczbą dnia jest 235 mandatów poselskich PiS – tak samo co 4 lata temu (ale dzięki niezmiernie niskiej liczbie głosów „zmarnowanych” uzyskane przy poparciu o sześć punktów procentowych więcej).

Dla jeszcze innych najważniejszą liczbą dnia jest 49 mandatów dla komitetu Lewicy (w tym 6 dla przedstawicieli partii Razem), włącznie ze startującymi z list Koalicji Obywatelskiej oznacza to ponad 50 lewicowych posłanek i posłów w Sejmie.

Dla co poniektórych najważniejszą liczbą dnia jest liczba głosów, o którą wygrali lub przegrali mandat.

Dla mnie najważniejsza liczba dnia to 18.678.457. To liczba ważnych kart wyjętych z urn wyborczych (nieco ponad 200 tysięcy z nich stanowiło głosy nieważne). Daje to najwyższą od 1989 frekwencję wyborczą na poziomie 61,74%, udział w głosowaniu wzięło o 3 miliony wyborców więcej niż 4 lata temu.

Krajobrazy ekranowe

Kiedyś, dawno temu, w czasach przedinternetowych, niektóre filmy oglądało się także dlatego, że pokazywały piękne krajobrazy z różnych zakątków świata, do których człowiek nawet nie spodziewał się że kiedykolwiek dotrze, a nawet nie wiedział kiedy będzie okazja je zobaczyć w kolorze (albumy z pięknymi krajobrazami wciąż zachowują pewną popularność). Z tego wynikała choćby jakaś część popularności „Bondów”, bo agent 007 krążył po przeróżnych, zwykle uroczych, zakątkach świata (filmowanych przynajmniej częściowo na miejscu).

Dziś każdy prawie zakątek świata można sobie zobaczyć w licznych internetowych galeriach zdjęć, jeśli nie bezpośrednio w Google Street View – no i znacznie łatwiej przemierzyć pół świata (nie mówiąc o połowie Unii Europejskiej), żeby w takie zakątki świata dotrzeć. Większym problemem jest dzisiaj, jak wybrać te miejsca do oglądania, bo nawet na wirtualne podróże życia nie starczy. I tu okazuje się, że filmy (a także seriale) pozwalają wiele rzeczy obejrzeć „przy okazji”, a nadto można sobie wybierać coś do oglądania w taki sposób, żeby łączyć śledzenie fabuły z podziwianiem okolic.

Obejrzałem w ostatnich miesiącach dwa sezony serialu „Detektyw” (nawet o tym wspominałem) – pierwszy i trzeci (każdy jest zupełnie odrębny, więc nie było problemu ciągłości). Pierwszy dzieje się w mało uczęszczanej przez filmowców małomiasteczkowej Luizjanie, trzeci zaś w Arkansas, na kuszącej górskimi krajobrazami wyżynie Ozark (przyznam, że rozważałem kiedyś oglądanie serialu „Ozark” głównie po to, żeby przy okazji popatrzeć właśnie na tę krainę…) Sezon drugi – pomijając słabsze recenzje – to dla odmiany znacznie bardziej oklepana Kalifornia. Oczywiście, nie oznacza to że odrzucam oglądanie seriali rozgrywających się w Kalifornii. Byłem na przykład zauroczony widokami w „Wielkich kłamstewkach”, gdzie już w czołówce jesteśmy częstowani wysokimi brzegami okolic Monterey (o ileż one piękniejsze od plaż okolic LA).

Brytyjski serial „Durrellowie” zacząłem oglądać także po to, żeby przypomnieć sobie czarowne krajobrazy zwiedzanej kiedyś wyspy Korfu. „Paragraf 22” cieszył oko słonecznymi wybrzeżami Sardynii. Włączyłem dziś intrygujący serial „Owieczki boże” i zaraz po zakończeniu odcinka gorączkowo szukałem, skąd pochodziły widziane na ekranie krajobrazy (Nowa Południowa Walia). I tak sobie można zwiedzać zakątki świata na ekranie telewizyjnym… Czasem to nawet nie kwestia piękna, tylko możliwości wyobrażenia sobie, jak mogą wyglądać rozmaite miejsca, nawet znajdujące się nieopodal tych wielokrotnie widzianych.

Podobno coraz ładniej wypadają krajobrazy – prawdziwe lub fikcyjne – w grach komputerowych, ale tu jednak nie czuję się ekspertem (choć kiedyś, dawno temu, kiedy włączyłem nową grę wyścigową, to zachwycałem się realizmem – jak na tamte czasy – odtworzenia ulic Monaco).

Wiedeń robi rzeźbę

Wiedeń. Miasto pałaców, ogrodów i zdobionych kamienic (i wielu innych rzeczy, bo to miasto o dużej różnorodności). Gdy się tak spaceruje tu i tam, to można napotkać wiele ciekawych przejawów sztuki przestrzennej, przy których w zależności od preferencji można unieść brwi lub podrapać się głowę (bądź zrobić wiele innych rzeczy, bo co będziemy kogoś ograniczać.

Weźmy taki ogród przed dolnym Belwederem, wypełniony jeszcze w osiemnastym wieku marmurowymi piersiastymi sylwetkami. Idziesz sobie podziwiając kontrast bieli z intensywną zielenią żywopłotów, i nagle zadajesz sobie pytanie: co poeta… rzeźbiarz miał na myśli?

Wien Belvedere

Albo taki Schweizer Garten. Niby park jak każdy inny, a tu nagle coś na człowieka wyziera, i znajome się wydaje. Patrzysz raz, drugi – Frycek to czy jak? Znajdujesz tabliczkę informacyjną i faktycznie, tylko jakiś taki płaski i dziurawy, i coś mu koło głowy furga.

Wien Chopin

Albo jak się wybierzesz zobaczyć budynki ONZ… i przy okazji zwiedzasz Nowoczesną Dzielnicę ozdobioną Nowoczesnymi Rzeźbami. Oglądasz taką rzeźbę z lewej, z prawej, z tyłu, z przodu, nawet od dołu próbujesz (żeby od góry to trzeba by drona lub gościnności kogoś z wyższych pięter) – i nadal nie bardzo wiesz o co chodzi. Podchodzisz do tabliczki informacyjnej i dowiadujesz się że to rzeźba „Bez tytułu”.

Wien VIC 1
Wien VIC 2

A potem idziesz wstrząśnięty i lekko zmieszany ulicą, napotykasz kolejny błyszczący obiekt trójwymiarowy i odczuwasz wielką potrzebę trollingu przez odkręcenie takiej tabliczki „Bez Tytułu” i przykręcenie jej pod tym nieoznaczonym obiektem.

Wien Hydrant

Gdybyście chcieli zapytać, jak w Wiedniu robią masę, to może przy innej okazji (ale robią lepiej).

100 odcinków

Długo, bardzo długo omijałem serwisy pozwalające na oglądanie czegoś przez internet. Wróć: Netfliksa kiedyś nawet testowałem jak wszedł do Polski (w ramach darmowego miesiąca), ale zwinąłem się stwierdzając, że nie ma tam nic na tyle interesującego, żebym miał nad tym spędzać całe godziny (z Breaking Bad obejrzałem trzy czy cztery odcinki z początku i końca, z Orange Is The New Black jakieś cztery minuty…). Poza tym jestem staromodny i seriale lubię oglądać po odcinku, z przerwami, jak w telewizji – a nie maratonami.

Dopiero w maju stanąłem przed w zasadzie koniecznością – „Paragraf 22” był niestety dostępny wyłącznie w serwisie abonamentowym. Stwierdziłem, że może przy okazji zobaczę coś z pozycji bardziej lub mniej reklamowanych, i założyłem konto HBO GO (odnotowując przy okazji, że też dają pierwszy miesiąc za darmo). I tak sobie oglądałem, i oglądałem… Kiedy zbliżał się koniec pierwszego miesiąca, podliczyłem notatki i uznałem, że jak za tę ilość obejrzanych pozycji to wręcz nieuprzejmością byłoby czegoś nie zapłacić. I tak upłynął miesiąc pierwszy, i drugi, i…

Do końca trzeciego miesiąca jeszcze trochę zostało, ale dziś w notatkach pojawiła się znamienna liczba: 100 odcinków seriali obejrzanych od początku przygody z HBO GO (nie licząc powtórek, filmów i pozycji obejrzanych niezależnie przez innych domowych użytkowników…). Nawet tak pokombinowałem, że setnym odcinkiem był finał drugiego sezonu znakomitego Killing Eve z niesamowitą Jodie Comer. Na te 100 odcinków złożyło się w sumie 10 różnych seriali – Paragraf 22 i Killing Eve już wymieniałem, do tego dorzuciłem pierwszy sezon Westworld (nie zawiódł oczekiwań, choć wątpię czy będę kontynuował), dwa sezony Detektywa (pierwszy i trzeci), niesamowity Czarnobyl, dwa (z haczykiem) sezony cudownego Mr Robota, pierwszy sezon intrygujących Wielkich kłamstewek

Plan jest taki, że jeszcze z miesiąc pewnie dorzucę – mam zresztą cztery seriale do dokończenia i listę paru pozycji do spróbowania – ale we wrześniu zrobię sobie prawdopodobnie oddech, także dlatego, że na nowe sezony Mr Robota i Killing Eve trzeba będzie poczekać. Kto wie, może dam drugą szansę Netfliksowi (gdzie już miałem zrobioną listę propozycji)…

Straszny to złodziej czasu, ta telewizja… także w wersji internetowej.

Na hori

Dysząc szalenie, na szczyt się w końcu wydrapałem. Cała ekipa sprawdziła zapasy wody -byliśmy wszak najwyżej w połowie drogi – i jedynie słuszną myślą było: uzupełnić. Poszedłem więc do schroniska, stanąłem w kolejce, zacząłem rejestrować otaczającą rzeczywistość…

Szybko odnotowałem, że chłopak (przepraszam za familiarność, z wiekiem przychodzi że tak mówię o młodych, nawet jeśli mają obrączkę na palcu) za kontuarem mówi ze wschodnim akcentem (przechodziłem podobne rozważania jakiś czas temu w sklepie w mojej wiejskiej dzielnicy). Pomyślałem sobie: „wysoko dotarło łatanie dziur pracownikami z zagranicy”. Potem usłyszałem jak wydawalnia posiłków wywołuje klientów… a kiedy stanąłem blisko, to już się tylko zastanawiałem czy cała załoga schroniska jest z Ukrainy.

I wtedy myśli moje zaczęły płynąć w różnych kierunkach. Samo pytanie „jak się rekrutuje zagranicznych pracowników do pracy w górskich schroniskach” było w gruncie rzeczy banalne, niektórym może nie robić różnicy gdzie dokładnie będą pracować, tylko ile za ile. Potem zacząłem się zastanawiać, czy nocują „na miejscu” na górze – i wtedy jak wygląda ich życie poza pracą,  czy też mieszkają „na dole” – a wtedy czy mają w warunkach pracy wjazd i zjazd kolejką (chyba kosztowałoby to więcej niż sama ich praca…), czy też mają zapewniony wjazd/zjazd samochodem z dostawami, czy też muszą sobie radzić sami, 2h w górę, 1h w dół… (w sumie jeśli mieszkają na górze, to problem jest ten sam kiedy chcą zejść). Przeszło mi też przez głowę, czy zbieranie na halach jagód (sprzedawanych potem w schronisku za ciężkie pieniądze) mają w godzinach pracy, czy zbierają sobie ekstra i odsprzedają dzierżawcy schroniska. O zupełnie formalnych aspektach typu legalność i podstawa zatrudnienia oraz czas pracy już w ogóle nie wspomnę.

Nie pytałem ich o to oczywiście, bo ani ja miałem na to czas, ani oni, ani też moja to działka. To zadanie dla reportera raczej, żeby podpytać i opisać jak to wygląda, na tej górze bądź innych. W redakcjach pewnie nie ma na to chętnych, nawet redaktor Woś na takimi rzeczywistymi zagadnieniami ludzkiej pracy się raczej nie pochyli.

Mnie została myśl o tym jak bardzo tradycyjna jest kuchnia góralska, jeśli posiłki przygotowują zagraniczni pracownicy. Oraz na ile tradycyjny jest w schronisku nalewak prosecco.