rower metropolitalny

Wspominałem już, że zacząłem używać roweru? Stało się to w zeszłym roku, więc mogłem o tym napisać albo nie (a nie chce mi się sprawdzać). W każdym razie używam do tej pory wyłącznie rowerów publicznych. W zeszłym roku był to rower „miejski”, czyli działający na podstawie umowy miasta z operatorem sieci rowerów. W tym roku zaś…

Miasto jest częścią Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii (GZM). Metropolia w ramach swoich skromnych kompetencji i możliwości wymyśliła, że po co w kilkunastu jej miastach odrębne systemy rowerów miejskich (pamiętam, że w chorzowskim parku się naciąłem, że chciałem tam odstawić rower, a tu bum! katowicki rower nie zostanie przyjęty, choć granicy nie widać), lepiej zrobić jedną wielką sieć na podstawie umowy GZM z operatorem (był na to duży przetarg) – i od wiosny faktycznie taka sieć zaczęła ruszać, najpierw w wybranych miastach, a w ostatnich tygodniach… właściwie na obszarze całej metropolii z przyległościami.

Rozszerzenie działalności roweru metropolitalnego obejmowało także uruchomienie stacji w mieście za miedzą, co oczywiście oznaczało poszerzenie możliwości wycieczek. Wybrałem się więc w niedzielę – kiedy już przeszły burze i deszcze (wiatry niekoniecznie), przejechałem przez centrum Mikołowa, zdałem na chwilę rower w punkcie… Co mnie zaskoczyło (samo miasto znam) to reakcje „tubylców” – rower metropolitalny to dla nich na tyle nowość, że prawie dziwili się że ktokolwiek używa, i pytali czy się dobrze jeździ. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że tak, nie przyznając się że jestem na gościnnych występach – w końcu wszystkie rowery metropolitalne wyglądają mniej więcej tak samo… A niech się zachęcą. W końcu i tak na kolejne wycieczki będę brał rower z mojego najbliższego punktu.

Paryż, dzień pierwszy

Za nami ceremonia otwarcia. Jedni zachwyceni, inni oburzeni, mnie nie zrobiła różnicy. Jedyne nad czym się zastanawiałem, to czy ktoś ze sportowców się nie przeziębi na tym deszczu, ale w sumie nie wiem jak długo oni tymi barkami płynęli po Sekwanie i co robili po dopłynięciu do Trocadero.

Ale to tak naprawdę był dzień zerowy, dnia pierwszego zaczęła się walka o medale (choć rywalizacja turniejowa zaczęła się już w dniu minus drugim) z całą jej wielobarwnością. Dominują oczywiście „tradycyjni podejrzani”, ale pierwszy medal zdobyli strzelcy z Kazachstanu (wygrali pojedynek o brąz). Na koniec dnia mieliśmy medalistów z 20 różnych reprezentacji, w tym Hongkongu (mistrzyni w szpadzie), Fidżi (rugbyści), Mongolii (dżudoczka) czy Tunezji (szablista).

Na liście medalistów nie ma Polaków (nie sprawdzałem czy „z pochodzenia” też nie…), bo i za bardzo nie mieliśmy szans – z grubsza wiadomo, kto ma jakie możliwości. Owszem, zawsze może zdarzyć się „dzień konia” i ktoś niespodziewanie będzie pokonywać nominalnie lepszych/bardziej doświadczonych rywali, nawet przez mrugnięcie oka wydawało się że debiutująca na Igrzyskach szpadzistka Alicja Klasik może sprawić niespodziankę po tym jak w dogrywce pokonała Włoszkę i w pojedynku o ćwierćfinał doprowadziła do dogrywki z Estonką. Cóż, w dogrywce decydujące trafienie należało już do Estonki, która później jednym punktem wygrała ćwierćfinał i również jednym punktem przegrała mecz o brązowy medal… kto chce, niech myśli że byliśmy o dosłownie parę trafień od medalu.

polonijny miks(t)

z dedykacją dla Piotrka za to że swoim komentarzem zmotywował mnie do pisania

Polskość. Polacy – jak zapewne większość nacji – rozchodzili się po świecie we wszystkie strony, gdzieniegdzie się osiedlali jak Skłodowska czy Domeyko, gdzie indziej zostawiali przejściowy ślad jak Strzelecki czy Czerski. Jednym z naszych ulubionych sportów (i pewnie nie tylko naszych) jest odszukiwanie polskich korzeni, sam nie jestem od tego wolny, choć żartem raczej zwykle.

Skończył się właśnie turniej Australian Open (daję słowo, jak zaczynałem pisać jeszcze trwał, Włoch – jak samo nazwisko wskazuje z włoskich Tyrolczyków – Sinner pokonał Rosjanina Miedwiediewa). W pewnej chwili zauważyłem, że w ćwierćfinałach miksta wśród 16 zawodników występowali Gadecki, Dabrowski, Zieliński, Krawietz, Skupski i Krawczyk (reprezentujący kolejno Kanadę, Australię, Polskę, Niemcy, Wielką Brytanię i USA, pary na zwykłych turniejach nie muszą się składać z zawodników tej samej nacji, to nie igrzyska olimpijskie). Oczywiście nie zgłębiałem życiorysów każdego z nich, ale brzmienie nazwisk jest tak typowo polskie, że wydaje się mało prawdopodobne żeby ich przodkowie pochodzili skąd indziej. Połowa z nich dotarła aż do finału…

I w tym miejscu możemy dać upust radości, bo na koniec górą był najbardziej polski z polsko wyglądających zawodników – mistrzem Australian Open 2024 został Jan Zieliński (w parze z Chinką z Tajwanu, Su-wei Hsieh)!

stop top

Odbył się kolejny tradycyjny Top Wszech Czasów, już nie Trójkowy (oficjalnie Radia 357, ale nawet na stronie Topu w wikipedii jest traktowany jako kontynuacja Trójkowego). Wygrał ktoś z usual suspects*, choć przyznam, że kiedy włączyłem się w okolicach miejsca czwartego i spojrzałem na wyniki, to z niedowierzaniem szukałem, kto jeszcze będzie na podium, bo wszyscy pozostali usual suspects byli gdzieś niżej… ostatecznie okazało się, że śmierć Sinead O’Connor w lecie spowodowała chyba głosowanie nostalgiczne, nie powiem żeby mi się efekt nie podobał, Nothing Compares To You po raz pierwszy w historii wylądowało na podium i to przed Dire Straits. Ale ja właściwie nie o tym.

Pisałem już niejeden raz na blogu, że obecna formuła Topu zasadniczo mnie nudzi – bo o ile tworzy się przyjemna playlista (zwłaszcza dla starszych ludzi), to z punktu rywalizacyjnego jest to równie ciekawe jak analiza układu sił w dowolnym politbiurze, a muzycznie ugrzęzło w przeszłości, jakby teraźniejszość nie istniała. A ponieważ postulowałem już – kiedyś pół żartem, teraz coraz bardziej serio – żeby Top ograniczyć do piosenek z XXI wieku, to o świcie przejrzałem pod tym kątem wyniki Topu 2023.

Otóż w Topie brało udział 357 utworów. W miarę staranne liczenie (z Excelem i Googlem) powiedziało mi, że z tych 357 w roku 2000 lub później powstało 39 (czyli 10,92%). Czy w XXI wieku nie powstaje dobra muzyka? Czy też tylko chcemy głosować na piosenki które znamy i lubimy? Spojrzenie na miejsca zajęte przez utwory XXI-wieczne sugeruje, że to drugie – w pierwszej pięćdziesiątce jest jeden (liczbowo: 1) utwór „z „współczesny”, czyli nieszczęsne Again Archive (pozycja dziewiąta). W drugiej pięćdziesiątce dodatkowo trzy (Amy Winehouse, Gotye i Adele). W trzeciej pięćdziesiątce kolejne dwa… (Lady Gaga i ponownie Adele).

O ileż bardziej odświeżająco i kolorowo byłoby, gdybyśmy jednak odrzucili cały ten balast Piosenek Które Zawsze Będą Za Nisko i pobawili się tym, co świeższe. Bo nikt nie powiedział, że tylko w 70s/80s/90s nagrywano ładne piosenki, a w obecnych czasach nie powstają piosenki ponadczasowe, którymi za 20-30 lat ktoś będzie katował młodszych jako evergreenami.

Zostawiam Was z jednym z najlepszych utworów lat ostatnich. Nie, w Topie go nie było.

*Bohemian Rhapsody

wystrzałowego

Wyobraźcie sobie, że zamierzacie przyjemnie spędzić długi wieczór w miłym towarzystwie, przy trunkach, muzyce i sympatycznych zajęciach. Ciemno się na dworze zrobiło (wiadomo, w zimie dzień krótki), zaczynacie się rozgrzewać…

Nagle w ogrodzie za domem coś wybucha. Raz, drugi. Patrzycie z niedowierzaniem, może z przerażeniem. Po chwili spostrzegacie że za wybuchem idą smugi pocisków, w popłochu odskakujecie od okien. Pękają szyby, kanonada za oknem nasila się.

Do domu wskakują podejrzane, zamaskowane, uzbrojone typy. Jesteście wystraszeni na śmierć. Typy tymczasem rozglądają się po domu, czegoś szukają. Znaleźli fajerwerki przeznaczone na strzelanie po północy. Co oni robią??? Biorą i odpalają je w salonie, w waszej obecności. Co za hałas, co za błyski, co za smród, przecież oni wszystko tu poniszczą…

Wszystkim tym, którzy potrafią witać Nowy Rok/świętować dowolną inną okazję bez walenia petardami i fajerwerkami, życzę spokojnego roku 2024. Pozostałym życzę takiego wieczoru jak opisano powyżej, w końcu to mniej więcej ich wizja świętowania, tylko na ich własnym podwórku, a nie na cudzym.

w kibbutzu, jak to w kibucu

Kibuc to taka jakby wieś, niewielkie skupisko ludzi, wszyscy się znają. Nie będę tu akurat rozwijał historii, teorii ani praktyki kibbutzu, zamierzam opowiedzieć tylko krótką historyjkę. Mieszkali sobie w jednym kibucu niejaka Margalit i niejaki Gadi. Pobrali się, mieli dzieci (później dzieci sprawiły im wnuki). Po jakimś czasie się rozwiedli, mieszkali dalej w tym samym kibucu. Gadi zamieszkał w tym samym kibucu z niejaką Efrat, młodszą od Margalit o 9 lat, która miała swoje dzieci i wnuki.

7 października 2023 roku do kibucu, w którym mieszkali Margalit, Gadi i Efrat, wtargnęli hamasowscy bandyci. 78-letnia Margalit, Gadi, córka i wnuczki Efrat został uprowadzone do Strefy Gazy i przetrzymywani jako zakładnicy. Efrat została zamordowana we własnym domu.

Dziś hamasowscy bandyci zwolnili pierwszą grupę zakładników. Wśród 13 uwolnionych Izraelczyków jest Margalit, jest Doron, córka Efrat, jest dwuletnia Awiw, wnuczka Efrat, jest pięcioletnia (piąte urodziny „obchodziła” uwięziona w hamasowskim tunelu) Raz, wnuczka Efrat. Gadi nadal jest przetrzymywany.

lustereczko powiedz przecie…

…co jest za nami?

Jeżdżę regularnie samochodem już parę dekad, odruch zerkania w lusterka – centralne lub boczne – mam wyrobiony. Na tyle wyrobiony, że chodząc pieszo – zwłaszcza przy wymijaniu ludzi – łapię się na tym, że chcę zrobić szybkie spojrzenie w bok, w kierunku nieistniejącego lusterka (które czasem zupełnie by się przydało, nawet śmialiśmy się z żoną że mógłbym sobie zainstalować, pewnie w jakichś śp. Google Glasses wyświetlacz mógłby być połączony z kamerką umieszczoną za uchem).

Zacząłem w tym roku trochę jeździć na rowerze, w zasadzie wyłącznie na miejskim (stację mam o kilometr od domu, przyjemny spacer na rozgrzewkę i roztrenowanie po). Nie jeździłem od ho-ho-ho, jeżeli powiem od XX wieku to pewnie się nie pomylę, w każdym razie sam nie wiedziałem na ile na początek będę trzymał pion (nie przewracam się). I jedna rzecz mnie w tych wszystkich współczesnych rowerach uderzyła: brak lusterek. Wiem, nie są obowiązkowe, wiem, trudno je umieścić tak, żeby się dobrze trzymały i nie przekręcały się (nie mówiąc o tłuczeniu się czy urywaniu). Niemniej ilekroć mam wykonać jakikolwiek manewr i w tym celu obracać się przez ramię, to bardzo mocno odczuwam, że mi tego lusterka brakuje (pewnie jakbym miał własny rower to dawno bym kombinował jeśli nie z lusterkiem, to z uchwytem na telefon, który by wyświetlał obraz z kamery selfiakowej).

Do pisania tej notki sprowokował mnie głośny dziś incydent pomiędzy autobusem a rowerem gdzieś w Łodzi, kiedy to rowerzysta raźno jechał środkiem drogi (przy linii środkowej), a kierowca autobusu równie raźno postanowił go wyprzedzić, lecz pojechał także blisko linii środkowej, przez co doszło do drobnej kolizji (rowerzysta się przewrócił nie wpadając pod koła autobusu, stanu pojazdów nie badałem). Zostawię na uboczu szczegółowe rozważania kto zawalił (moim zdaniem obaj), tu wyrażę tylko jedną myśl: otóż gdyby ten rowerzysta miał w swoim rowerze lusterko, to najprawdopodobniej… wróć, miałby dużą szansę zauważyć w lusterku wielki zaczynający wyprzedzanie autobus, wystarczyłoby zjechać o pół metra w prawo (zgodnie z przepisami o ruchu drogowym), żeby do incydentu nie doszło.

Kochajcie swoje lusterka, zupełnie nie narcystycznie.

czas zimowy, ale

Dziś w nocy po raz kolejny zmieniliśmy czas letni na zimowy. Z tej okazji powróciły wszystkie dyskusje o tym czy utrzymywać mechanizm zmiany czasu (w Parlamencie Europejskim trwały prace nad jego likwidacją w Unii), czy też się go pozbyć, a jeżeli się pozbyć – to czy zostawić czas zimowy (naturalny dla naszego kraju), czy też letni (czyli czas słoneczny dla Kijowa). Zwolennicy czasu letniego argumentują, że dzięki temu mamy nieco więcej światła słonecznego popołudniu…

Przyszedł mi do głowy w związku z tym pewien eksperyment. A gdyby tak zarządzić odgórnie, że – zima czy lato – biura zamiast o 9 zaczynają pracę o 8, lekcje w szkołach zamiast o 8 zaczynają się o 7, urzędy zamiast o 7-7.30 zaczynają pracę o 6-6.30, pierwsza zmiana w fabrykach czy sklepach rusza nie o 6 tylko o 5… Ba, nawet Wiadomości TVP niech są nadawane nie o 19.30, tylko o 18.30. Dziwne? Ale jak wszyscy wcześniej wstaną i rozpoczną codzienne obowiązki, to wcześniej skończą i będą mieli więcej światła słonecznego po zakończeniu! Było nie było, taka propozycja ma dokładnie taki sam efekt jak przejście na czas letni – tylko godziny mają inne numerki. A że widzimy dzięki temu, ilu ludzi zimą wychodziłoby z domu co rano w ciemności i część dnia pracy spędzało po ciemku

Tu nasuwa się ogólna refleksja, że tak naprawdę przyjęty czas (strefa czasowa) ma jedynie funkcję porządkującą rzeczywistość. Z niczego bowiem nie wynika, że szkoła powinna się zaczynać 8 godzin od umownej północy (czyli mniej więcej 4 godziny przed kulminacją słoneczną), a telewizyjny prime-time 8 godzin od umownego południa. Równie dobrze moglibyśmy przyjąć, że zamiast „stałej” pory południa (12) będziemy ustalać godziny licząc od momentu wschodu lub zachodu słońca – tyle że wtedy mielibyśmy „dziwne” godziny początku i końca doby (dlatego trzymamy się zerowania zegara o północy). Niestety, jeżeli dzień (od wschodu do zachodu słońca) trwa u nas od 7,5 do 17 godzin, to ciężko jest tak ułożyć plan dnia, żeby zaspokajał potrzeby wszystkich przez cały rok.

tyle pytań, a odpowiedzi…

Więc mamy mieć referendum (piszę „mamy mieć”, bo formalnie wciąż nie ma uchwały Sejmu je zarządzającej, choć pytania już nam zostały teatralnie przedstawione). Z referendum jest tak, że najpierw się głosuje, a potem się czasem okazuje, że z wynikami coś trzeba zrobić (czasem, czyli jeśli w głosowaniu najpierw weźmie udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, a potem okaże się, że z tych co wzięli udział, uzyskano większość dla jakiejś odpowiedzi, tak, chciałbym zobaczyć remis przy milionach głosów). A co trzeba zrobić – to dopiero jest pytanie!

Czwarte pytanie (tak, kolejność sobie wybieram) ma brzmieć:
Czy popierasz likwidację bariery na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi?

Pozytywna odpowiedź na to pytanie zobowiązuje rząd do niezwłocznego podjęcia czynności zmierzających do likwidacji bariery (tu jest pytanie z kategorii „co poeta miał na myśli”, czyli czy przewidziany w art. 67 ustawy o referendum ogólnokrajowym termin 60 dni od ogłoszenia uchwały o ważności referendum jest terminem na zakończenie tej likwidacji, czy jednak tylko najpóźniejszym terminem na podjęcie tych czynności). A odpowiedź negatywna? Oznacza dosłownie tylko, że rząd ma nie podejmować takich czynności, a czy stanowi zakaz podjęcia ich w przyszłości…

Pierwsze pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw?

Zanim odpowiemy co oznacza pozytywna odpowiedź na to pytanie, najpierw wyjaśnijmy dwie kwestie. Po pierwsze, na dziś (wg danych podanych przez inne osoby, sam nie sprawdzałem) mamy dziś w Polsce 18 przedsiębiorstw państwowych, w tym kilka w stanie upadłości lub likwidacji. Po drugie, co do zasady dziś przedsiębiorstwa państwowego sprzedać nie można – można je jedynie skomercjalizować, czyli przekształcić w spółkę (a o sprzedawaniu państwowych spółek pytanie milczy). Zatem pozytywna odpowiedź na to pytanie oznacza, że Sejm powinien uchwalić ustawę „o wyprzedaży przedsiębiorstw państwowych”, zapewne zmierzającą do sprzedaży tych ostatnich 18 bez konieczności przekształcania ich w spółki. Natomiast negatywna odpowiedź w żaden sposób nie przeszkadza ani w komercjalizacji tych przedsiębiorstw, ani w późniejszej sprzedaży po tej komercjalizacji, ani tym bardziej w sprzedaży (lub wyprzedaży) spółek powstałych w wyniku komercjalizacji przed referendum.

Trzecie pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?

Zostawmy już na uboczu pytanie o jaki mechanizm chodzi, czy jakiś konkretny, czy hipotetyczny przyszły (bo i co to jest biurokracja europejska). Zostawmy już na uboczu kwestię, że skoro pytanie dotyczy tysięcy, to nie ma wpływu na możliwość przyjęcia 1999 nielegalnych imigrantów. Zostawmy już na uboczu kwestię, że pytanie nie dotyczy imigrantów z Kaukazu, Nepalu, Bangladeszu, Birmy, Filipin, a może nawet Afganistanu (bo gdzie się właściwie ten Bliski Wschód kończy). Pozytywna odpowiedź nakazuje de facto przyjęcie tysięcy takich imigrantów (jeśli się znajdą chętni). A negatywna? Otóż negatywna jest całkowicie bez znaczenia, bo jeżeli zostanie przyjęty mechanizm relokacji na poziomie unijnym (na razie nie ma takiego który by nas zmuszał do przyjęcia imigrantów, bo przyjęliśmy tysiące uchodźców z Ukrainy), to państwo polskie nie ma żadnych instrumentów prawnych aby go podważyć „wynikiem referendum”. Prawo unijne stoi bowiem wyżej od krajowego, a wynik referendum nie jest równy Konstytucji, nawet gdyby chcieć argumentować że Konstytucja stoi wyżej (co jest tematem na zupełnie inne spory)…

Wreszcie ostatnie, czyli drugie pytanie ma brzmieć:
Czy jesteś za podwyższeniem wieku emerytalnego wynoszącego dziś 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn?

Otóż pozytywna odpowiedź zobowiąże rząd do przygotowania projektu ustawy podwyższającego wiek emerytalny (nie wiadomo o ile, więc wystarczy o miesiąc, żeby spełnić wymogi), a Sejm do jego uchwalenia. A odpowiedź negatywna? Czytając wprost, będzie oznaczała zakaz podwyższenia wieku emerytalnego. A jak długo taki zakaz miałby obowiązywać? Tego absolutnie nie wie nikt. Być może po wieki wieków. Być może do następnego referendum w tej sprawie (bo nie ma zakazu ponownego referendum). Być może do wyborów, które wygra partia głosząca potrzebę podwyższenia wieku emerytalnego (bo czemu głosowanie w referendum miałoby być ważniejsze od głosowania w wyborach). Być może do zmiany Konstytucji, wprowadzającej wyższy wiek emerytalny (Konstytucja stoi wszak wyżej niż wynik referendum). A być może do momentu uchwalenia ustawy podwyższającej wiek emerytalny, bo nie bardzo wiadomo w jaki sposób ktokolwiek miałby zakwestionować taką ustawę niezgodną z wynikiem niegdysiejszego referendum…

W sumie podobnie jest z tym czwartym pytaniem – nawet jak rząd rozbierze barierę wbrew wynikowi referendum, to żaden obywatel nie ma jak tego zakazać. A przynajmniej tak się na razie wydaje.

Pytanie, po co jest ma być w takim razie to referendum, to też temat na zupełnie osobną dyskusję.

PS Już po opublikowaniu notki pytania: pierwsze i drugie zostały zmienione (tak że analiza pytania pierwszego stała się kompletnie nieaktualna, a drugiego… właściwie sam nie wiem), ale już nie będę robić aktualizacji

wersja oszczędnościowa

Jest sobie taki mniej chyba znany (w dzisiejszych czasach trudno powiedzieć na ile coś stało się znane, a na ile nie) serial wyprodukowany przez Amazona i dostępny chyba tylko na jego platformie Amazon Prime pod tytułem „Upload” (polecam serdecznie!). Przedstawia on wizję świata z nieodległej już przyszłości, w której przed śmiercią można swoją świadomość załadować do rzeczywistości wirtualnej i „cieszyć się” życiem po śmierci oferowanym w prywatnych „hotelach”. Oczywiście, standard tego życia zależy od zasobności niezupełnie wirtualnego portfela (czy to zabranego ze sobą „do grobu”, czy to udostępnianego przez żyjących) – a najniższym poziomem oferty są „dwugigowcy”, czyli muszący przeżyć miesiąc na pakiecie danych 2GB, co wystarcza na powolne snucie się w suterenach (intensywniejszy ruch czy emocje zjadają więcej danych), niby życie, ale co to za życie…

Przypomniał mi się ten serial, kiedy wczoraj „zwariował” portal Twitter – po krótkim okresie powszechnego zdziwienia komunikatami „Limit dostępu został przekroczony”, sam Geniusz Południowoafrykańskiej Doliny Krzemowej wyjaśnił, że w trosce o najwyższą jakość usług musiał czasowo wprowadzić limity postów, jakie może użytkownik zobaczyć w ciągu dnia (obecnie chyba 1000 dziennie dla zwykłego użytkownika, i 10x więcej dla użytkownika płacącego abonament, nie wystarcza na pół dnia normalnego korzystania). Nie rozwodząc się nad przyczynami, efekt jest taki, że nie widzę tweetów napisanych dziś po godzinie 9 (bo wyczerpały limit), i być może nie zobaczę ich już wcale – bo kiedy limit się odnowi o północy (powiedzmy), to na razie wygląda to jakby zaliczał się tylko na nowe. Powszechny jest śmiech, że trzeba uważać co się czyta, bo się limit zmarnuje na głupoty… (jakby na Twitterze duża część czasu to nie były po prostu głupoty, napisałbym większość, ale nie chcę deprecjonować kont podających interesujące informacje). Niby życie, ale co to za życie…

I nagle przemknęła mi przez myśl, że ta sytuacja jest poniekąd metaforą naszej sytuacji. Jesteśmy przyzwyczajeni, że pewne rzeczy są dostępne w sposób praktycznie nieograniczony (ok, dostępnymi pieniędzmi). Woda? Leci z kranu – dopóki nagle się nie okaże, że przestaje lecieć; zwykle pomyślimy, że to tylko awaria, ale coraz bardziej realna staje się rzeczywistość, w której wody będzie po prostu za mało, miewamy już racjonowanie wody w miesiącach letnich, bo opadów za mało i za mocno wyeksploatowaliśmy wody podziemne. Prąd? Jest w gniazdku – choć bliżej nam do sytuacji, w której nie będzie dostępny o każdej porze, bo nie o każdej porze da się go wyprodukować z dostępnych źródeł. Żywność wszelkiego rodzaju? Jest w sklepie w szerokim wyborze, ale jeżeli zmniejszy się produkcja zbóż, mleka czy mięsa, to nagle się okaże, że wybór zostanie zmniejszony do artykułów bardziej podstawowych i dużo mniejszej ilości (w sumie pisałem kiedyś, że nie mam nic przeciwko, aby w sklepie czegoś brakowało). Internet? Leje się do nas gigabajtami (nie zliczę ile mogę wykorzystać, a tego nie robię), ale jeśli ktoś ograniczy dostępność łącz i przestrzeni dyskowych do zapisywania wszystkiego co się chce w internecie umieścić, czy to Błyskotliwe Rozważania, czy filmiki z zabawnymi pieskami… Niby będzie to życie, ale… będzie to życie jak przez setki lat, zanim się przyzwyczailiśmy do standardu wygodnego (żeby nie powiedzieć wygodnickiego) życia Pierwszego Świata?