Refleksje murzyńskie

Temat słowa „Murzyn” poruszałem już na blogu nie raz, czy to w formie poważniejszej analizy, czy luźniejszej refleksji. Ostatnio na Twitterze – wśród tysiąca innych kłótni – pojawiły się na nowo spory o to, czy jest to słowo obraźliwe, dowiedziałem się przy okazji że Afroamerykanin jest trochę passe, i że zasadniczo powinno się mówić „Czarny”.

Na ile rozumiem, takie podejście służy dostosowaniu się do konwencji przyjętej w innych językach, w szczególności we współczesnej lingua franca anglosaskiego pochodzenia. Konsekwentnie jednak uważam, że mechaniczne przenoszenie pojęć jest błędne, ponieważ w polszczyźnie w odniesieniu do człowieka „czarny” zawsze miał znaczenie lekko pogardliwe, z nutą białej wyższości, natomiast „Murzyn” był zasadniczo opisowy (próby wysilonego przypisywania mu negatywnych konotacji w oparciu o parę związków frazeologicznych są śmieszne, zasadniczo Grecy też powinni się obrazić za „udawanie Greka”), mniej więcej w tej samej kategorii co „Indianin” – odwrotnie niż w angielszczyźnie. Co więcej, polski odpowiednik głęboko obraźliwego „nigger” właśnie od „czarnego” pochodzi, a nie od „Murzyna”, mogę tylko mieć nadzieję że w ramach fikołka językowego nikt nie zacznie próbować przekładać „nigger” jako „murzynek” zamiast „czarnuch”.

Czy warto „umierać za Murzyna”? Język, jak wiadomo, elastycznym jest, uzus może wszystko, możliwe że za parę dekad Murzyn wyjdzie z użycia tak jak Eskimos czy Cygan. Jeżeli osoba czarnoskóra sobie nie życzy, można do niej nie mówić per „Murzyn”, zresztą uważam za zupełnie bez sensu podkreślanie w rozmowie tego rodzaju cechy; oczywiście można o takiej osobie też nie mówić „Murzyn”, aczkolwiek obraźliwość zasadniczo jest w oku mówiącego (choć to słyszącemu jest potencjalnie przykro).

Manifest wirusowo-wyborczy

Za 8 dni mają się odbyć wybory prezydenckie. Piszę „mają”, bo na dziś w zasadzie ich przeprowadzenie nie wydaje się możliwe, czy to w szalonym trybie korespondencyjnym (który będzie formalnie możliwy dopiero na jakieś 3 dni przed terminem wyborów), czy w trybie tradycyjnym, który na dziś jest zablokowany i formalnie (brak prawnej możliwości określenia wzoru kart do głosowania), i faktycznie (brak obsady komisji wyborczych). Być może zostaną przesunięte o kilkanaście dni, być może o kilkanaście tygodni, nie mam pojęcia co się stanie i w jakim trybie (oprócz tego że w przyszłoniedzielne wybory na razie nie wierzę).

Przyjmijmy na moment założenie, że w nieodległej przyszłości te wybory się odbędą, pomimo epidemii, w czasie kiedy wszyscy mają obowiązek chodzić w maseczkach i powinni dezynfekować ręce dla ochrony zdrowia własnego i cudzego. Niezależnie od tego, czy głos trzeba będzie wrzucić do urny w komisji wyborczej, czy – w pakiecie korespondencyjnym – do specjalnej skrzynki pocztowej (będącej de facto substytutem urny wyborczej, pomijając na moment sensowność i bezpieczeństwo wożenia głosów ze skrzynki pocztowej do urny wyborczej), trzeba się będzie fizycznie pofatygować w miejsce, w którym nasz głos zostanie przyjęty. I teraz mam parę uwag:
– jeżeli ktoś jest w stanie stać w kolejce do sklepu, mniejszego, większego czy całkiem dużego – to nie ma żadnych przeszkód, żeby stał w kolejce do lokalu wyborczego lub skrzynki „wyborczej”
– jeżeli ktoś nie widzi przeszkód żeby w maseczce wyjść do parku i przemieszczać się w odległości 2 metrów od innych ludzi – to nie powinien widzieć żadnych przeszkód, żeby wyjść w maseczce do lokalu wyborczego lub skrzynki „wyborczej” i zachowywać odległość 2 metrów od innych ludzi.

A jeżeli ktoś uważa, że nadchodzące wybory – jak wiele złego można o nich powiedzieć – nie są Prawdziwymi Wyborami (as in: true Scotsman fallacy) i dlatego on/a nie będzie w nich brać udziału, to niech potem nie liczy na wstawiennictwo Wszystkich Świętych, Cthulhu czy Instytucji Międzynarodowych. Można sobie strzelić focha i uważać, że w niewyborach wybrano nieprezydenta, który przez 5 lat będzie podpisywał nieustawy i nienominacje. Rzeczywistość – niełatwa sama w sobie – jest taka, że przez najbliższe 3 lata prawdopodobnie nie będzie innej szansy, żeby powstrzymać działalność obecnej ekipy rządzącej, możliwą po części dzięki temu, że 5 lat temu zbyt wielu postanowiło zlekceważyć zagrożenie związane z wyborem kandydata Zielonych, nawet jeśli kandydat Niebieskich wydawał się beznadziejny.

Odszkodowania stanu nadzwyczajnego

Robi furorę temat odszkodowań, jakie Skarb Państwa wypłacałby (Pani płaci, Pan płaci) w razie ogłoszenia stanu nadzwyczajnego, w tym także wniosek, że rząd/prezydent/ktokolwiek wstrzymuje się z jego ogłoszeniem właśnie po to, żeby nie musieć ich wypłacać. Przyjrzyjmy się więc temu od początku, czyli od kodeksu cywilnego.

Ogólną zasadą jest, że kto ze swojej winy wyrządził innemu szkodę, jest zobowiązany do jej naprawienia (art. 415 k.c.). Poszkodowany musi więc udowodnić:
1) że poniósł szkodę, na czym ona polega i jaka jest jej wartość
2) kto za to ponosi winę
3) że pomiędzy tym, co winny zrobił (w tym czego nie zrobił, jeśli powinien był) a szkodą, istnieje odpowiedni związek (przyczynowo-skutkowy).
Istnieje też oczywiście szereg zasad poszerzających lub ograniczających te zasady, ale tym się tu nie będziemy zajmować. Szkodą może być zarówno strata majątkowa, jak i utracone korzyści (nie wspominając o tzw. szkodach na osobie, czyli chorobie itp).

Skarb Państwa co do zasady ponosi odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną przy wykonywaniu władzy publicznej (pomińmy dla uproszczenia działania władz samorządowych, które odpowiadają za siebie), poprzez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie. Dla dochodzenia roszczeń odszkodowawczych niezbędne może być uprzednie wykazanie w innym postępowaniu sądowym, że takie działanie lub zaniechanie (a więc np. wprowadzenie zakazów stanu epidemii) było niezgodne z prawem. Nie ma ograniczenia co do tego, co mogą obejmować roszczenia odszkodowawcze.

Wiemy już zatem, co czeka kogoś, kto poniósł szkodę, i chciałby dochodzić jej naprawienia przez wytoczenie procesu – generalnie sporo pracy (głównie prawników). W przypadku stanów nadzwyczajnych (stan wojenny, stan wyjątkowy lub stan klęski żywiołowej) obowiązuje natomiast pewna szczególna regulacja (ustawa z 2002 roku, nigdy nie zmieniana), którą teraz spokojnie przeanalizujemy.

Otóż pierwszą i podstawową zasadą wynikającą z ustawy jest zdjęcie z poszkodowanego obowiązku wykazywania tego, co wynika z ogólnych zasad odpowiedzialności, i przyjęcie zasady, że można skierować roszczenia po prostu do Skarbu Państwa (bez wnikania, czy za szkodę odpowiada straż pożarna, straż gminna, wojsko, sanepid czy ochotnicy ratujący przed powodzią, kto komu wydał polecenie i czy mógł je wydać…). Skarb Państwa może się jedynie bronić wykazaniem, że za szkodę faktycznie poszkodowany sam jest sobie winien albo winna jest inna konkretna osoba (wtedy poszkodowany powinien dochodzić odszkodowania od takiej osoby). Z pozoru brzmi obiecująco, ale…

Skarb Państwa nie jest aż takim dobrym wujkiem, jakby się komuś wydawało. Żeby dochodzić odszkodowania od państwa, trzeba wykazać, że konkretna szkoda jest skutkiem konkretnego ograniczenia praw i wolności obywatela, wynikającego z zasad ogłoszonego stanu nadzwyczajnego. Jeżeli więc zostanie wprowadzony zakaz prowadzenia sklepów (ograniczenie prowadzenia działalności), to można dochodzić odszkodowania za towary, które się w tym sklepie przeterminowały; jeżeli wojsko zabierze zmagazynowane drewno na budowę umocnień (ograniczenie prawa własności), można za nie dochodzić odszkodowania – ale nie można tego pomieszać, szkoda musi wynikać z konkretnego zakazu.

Szczególna odpowiedzialność Skarbu Państwa ma też drugi haczyk – mianowicie w odróżnieniu od ogólnych zasad odpowiedzialności, jest ograniczona tylko do straty majątkowej – a więc tego, co ktoś posiadał przed wyrządzeniem szkody, a potem już nie miał (bo utracone, zniszczone lub uszkodzone). W przykładach z poprzedniego akapitu właściciel towarów czy drewna może więc żądać odszkodowania odpowiadającego cenie zakupu tych rzeczy, ale już nie cenie, po jakiej zamierzał je sprzedać – a już tym bardziej nie może żądać wypłacenia mu przyszłych zysków, jakie spodziewał się osiągnąć po wybudowaniu z tego drewna karczmy. Na potrzeby tej notki bardziej szczegółowo nad zakresem pojęcia „strata majątkowa” się nie będę rozwodzić, może innym razem, ale to co już napisałem, powinno dać do myślenia wyliczającym milionowe straty (a wykazanie wysokości szkody zawsze jest po stronie poszkodowanego).

Dodajmy, że roszczenia odszkodowawcze oparte na tej szczególnej odpowiedzialności za stan nadzwyczajny przedawniają się szybciej – należy wystąpić z roszczeniami w ciągu roku od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się o stracie majątkowej, i nie później niż w ciągu 3 lat od zakończenia stanu wyjątkowego („zwykłe” roszczenia w stosunku do winnego przedawniają się po upływie 3 lat odkąd się dowiedzieliśmy kto i co nam zrobił, ale nie później niż po upływie 10 lat od zdarzenia wywołującego szkodę).

Jakie natomiast jeszcze korzyści mógłby dać poszkodowanym stan nadzwyczajny? Teoretycznie decyzja wojewody w sprawie odszkodowania powinna być wydana w ciągu 3 miesięcy, a potem najpóźniej po 30 dniach wypłata odszkodowania. Jeśli komuś się decyzja nie podoba („niezadowolony”), bo odszkodowanie zbyt niskie lub zgoła żadne, ma 30 dni na wniesienie sprawy – bez opłaty – do zwykłego sądu (odszkodowanie przyznane w decyzji i tak zostanie wypłacone), a sąd… będzie sądzić, na tych szczególnych zasadach, lecz w zwykłym tempie (czyli tak samo jak w przypadku „zwykłych” roszczeń odszkodowawczych).

Miley

Jednym z moich ulubionych zajęć jest zapewnianie transferu międzyserwisowego – jak znajdę coś ładnego na fejsie, to przenoszę na twittera, jak znajdę coś ładnego na twitterze, to przenoszę na fejsa; dzięki temu radość mam poniekąd podwójną. Kiedy znalazłem na twitterze okolicznościowy żart z fikcyjnym festiwalem muzycznym, nie wahałem się ani chwili – zwłaszcza że zanosiłem się śmiechem po przeczytaniu że jednym z fikcyjnych wykonawców będzie MILEY VIRUS.

miley virus

O sparodiowanej w ten sposób Miley Cyrus niewiele w sumie mogę powiedzieć (a nie robiłem riserczu, świadomie piszę z ulotnej pamięci). Kiedyś była chyba gwiazdą młodzieżowych programów Disneya (z jakimś Efronem albo bez), potem dorosła przynajmniej metrykalnie i zajęła się byciem znaną. Coś zapewne nagrywała i koncertowała (nie mam pojęcia, nie kojarzę żadnej piosenki, więc nawet nie powiem jakie mam zdanie na temat tego co i jak śpiewa), bardziej mi się zapamiętały plotki o skandalikach scenicznych, wskazujące na ratowanie statusu celebrytki w sposób dość rozpaczliwy raczej niż na robienie kariery jako wciąż młodej gwiazdy.

miley woody

Tym większym dla mnie zaskoczeniem było, kiedy ją zobaczyłem w serialu Woody’ego Allena „Kryzys w sześciu scenach”. Sam serial to takie trochę rozciągnięcie typowych grepsów Woody’ego z rozmiaru filmu do sześcioodcinkowego miniserialu komediowego osadzonego w latach 60-tych, w którym postać Miley – dość jednowymiarowa, jak w zasadzie wszystkie postacie serialu – stanowi spiritus movens (w fabułę nie będę wchodzić, jak kto ciekaw to na Amazon Prime obejrzy). Oprócz niej (i Woody’ego oczywiście) mamy cudownie sepleniącą Elaine May oraz w drugoplanowej roli przemykającą Rachel Brosnahan, czyli panią Maisel. Parę żartów naprawdę udanych, jak kto lubi Woody’ego to zapraszam, jak nie lubi – to na własną odpowiedzialność.

Poczta czasu zarazy

– Przepraszam, gdzie ta kolejka na pocztę się kończy?
– Tam (machnięcie ręką w kierunku środka rynku).

– Kto ma polecony albo awizo?
– A można dwie osoby?
– Jedna, bo tylko jedno okienko się zwolniło.

– Kto ma wpłatę do zrobienia, to proszę!
– A do skrytki pocztowej można?
– Proszę, jak do skrytki to można bo tam teraz nikogo.

– Kto ma polecony albo awizo, jedna osoba?
– A jak mam paczkę do odbioru?
– To jest to samo, wchodź pan.

– A moga ino do skrzynki wciepnonć?
– Dej pani, jo wciepna.

I tak sobie staliśmy w środku dużego miasta, w odległości po 1,5+ metra, w tej nowej wirusowej, acz jeszcze nie postapokaliptycznej rzeczywistości, a ochroniarz pilnował żeby na pocztę wchodzić bezpiecznie.

Szczęśliwie nie trafił się żaden inwalida wojskowy ani kobieta w ciąży, żeby poza kolejnością.

Osoba nie całkiem najbliższa

Kiedy po raz pierwszy czytałem rozporządzenie zmieniające rygory stanu epidemii (wiecie, to że pieszo można najwyżej parami, a i to tylko jak macie po co, np. wyprowadzić psa sąsiadów na siódmy spacer), w pewnym punkcie zamrugałem oczami i wyraziłem lekko niepochlebną opinię o kompetencjach legislatora. Potem przetarłem oczy, przeczytałem jeszcze raz, dla pewności sobie rozrysowałem i…

Jeden z nowych przepisów – ten dotyczący możliwości wychodzenia z domu – jest napisany w sposób niezmiernie zawiły. Pomińmy już możliwości rozważań co to są „niezbędne potrzeby” i „bieżące sprawy życia codziennego” (zwłaszcza zestawiając z innymi przepisami, sugerującymi co nimi nie jest…), skupmy się na tzw. stronie podmiotowej. Przepis mówi bowiem o potrzebach:
tej osoby, osoby jej najbliższej, a jeśli osoba przemieszczająca się pozostaje we wspólnym pożyciu z inną osobą – także osoby najbliższej osobie pozostającej we wspólnym pożyciu.

Macie już dość? To dołóżmy do tego definicję osoby najbliższej, sformułowaną w kodeksie karnym (bo tak akurat twórcy rozporządzenia postanowili, że do tej definicji sięgną):
Osobą najbliższą jest małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu.

Wszędzie to pożycie, prawda? Przyjmijmy – bo nie chcę tu iść w analizę – że „osoby we wspólnym pożyciu” nazywamy partnerami (czy też wspólnie konkubinatem), niezależnie od płci (jeśli na gruncie prawa karnego to pojęcie rozumie się szerzej, to… trudno, ale nie wydaje mi się). Spróbujmy teraz przełożyć na prostszy język, za czyimi potrzebami właściwie można wyjść z domu?

Zacznijmy od rzeczy prostych. Oczywiście można chodzić za sprawami męża/żony (w polskim rozumieniu, zaznaczmy), dzieci, rodziców, wnuków, dziadków (także pra-, jeśli ktoś posiada), sióstr, braci. Takoż za sprawami rodziców, dzieci etc. małżonka. Takoż za sprawami rodzica adopcyjnego i ewentualnie jego małżonka, jako i dziecka adopcyjnego (i jego małżonka). Oczywiście także za sprawami partnera, co w obecnych czasach jest coraz częstsze przecież.

Dziwnie zaczyna się robić, kiedy próbujemy sobie wytłumaczyć tę drugą część przepisu. Tu już pójdźmy sobie obrazowo – wyobraźmy sobie nieformalną parę mieszkających wspólnie X i Y. X wychodzi z domu (bo lepiej się czuje, czy jakkolwiek) i idzie „za sprawami”. X – oprócz spraw  X, Y oraz „rodziny” X – może załatwiać sprawy całej „rodziny” Y wymienionej w poprzednim akapicie, zatem także dzieci Y, nieformalnej teściowej czy nieformalnego szwagra (jak poczytać uważnie to nawet sprawy aktualnego małżonka Y, jeśli jeszcze się nie zdążyli rozwieść). Wygląda całkiem szeroko, prawda?

I teraz następuje wynikająca z konstrukcji przepisu niespodzianka. Wczoraj X załatwia sprawę mamusi Y, dziś czuje się gorzej i dzwoni czy mamusia Y nie załatwiłaby czegoś dla X. I nagle się okazuje, że relacja „najbliższości” jest nieprzechodnia* – matka Y oczywiście może bez problemu załatwić coś dla swojego dziecka, ale jeśli wyjdzie z domu za sprawami X jako osoby pozostającej we wspólnym pożyciu z tym dzieckiem (zatem „najbliższej” temuż dziecku), to będzie naruszać zakazy ustanowione na czas stanu epidemii.

To, czy faktycznie matce Y by coś groziło za załatwianie spraw dla X, to inna historia, o której tu nie będę pisać (także dlatego, że lada moment przepisy mogą się pozmieniać).

*wiem, to trochę nieprecyzyjne

Nie panikuj, jak się nie znasz

W czasach niespokojnych, w jakich przyszło nam ostatnio żyć, niezmiernie łatwo jest wyciągać niepokojące wnioski.

Siedziałem ja sobie przed monitorem i przeglądałem spis najświeższych publikacji w Dzienniku Ustaw, starając się w minimalnym stopniu ogarniać twórczość prawodawcy w sprawach związanych z epidemią (podstawy zamknięcia kin dotąd mi się nie udało znaleźć, pewnie źle szukam). Rzuciło mi się w oczy rozporządzenie w sprawie Wojskowej Inspekcji Sanitarnej. Przejrzałem je (wchodzi w życie w niedzielę) i przez moment się zadumałem.

Ustawę „koronawirusową” przeglądałem nie raz i nie dwa, ale żadnych wzmianek o Wojskowej Inspekcji Sanitarnej nie znalazłem. Krótka kwerenda podpowiedziała mi natomiast, że przepis stanowiący podstawę wydania rozporządzenia został do ustawy wprowadzony tyle co, bo ustawą ze stycznia tego roku, ogłoszoną w lutym… Nie powiem, wyobraźnia przez moment zaczęła pracować: po co ktoś wprowadzał do ustawy takie przepisy AKURAT TERAZ?

Uspokoiłem myśli, zacząłem przeglądać staranniej. Tak, te konkretne przepisy (art. 22a do 22j ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej) faktycznie zostały świeżo wprowadzone. Tyle że jednocześnie z ustawy skreślono art. 20a, który – zgadliście – do tej pory regulował (w dużo bardziej szczątkowy sposób, odsyłając wszystko do rozporządzenia) instytucję Wojskowej Inspekcji Sanitarnej; gdyby to kogoś fascynowało (sam nigdy wcześniej nie próbowałem tej ustawy czytać), to art. 20a wprowadzono do ustawy w roku 2001, acz tylko po to, żeby odróżnić instytucję wojskową od innych podobnych resortowych, które wcześniej (od samego uchwalenia ustawy w roku 1985) hurtowo miały swoją podstawę istnienia w art. 20 ustawy… W sumie wystarczyło przeczytać jakie są jej zadania (to samo co zwykli inspektorzy sanitarni, ale w wojsku), żeby wyłączyć tryb paniki.

Jak widać: nietrudno jest się dać nakręcić. W czasach niespokojnych, w jakich przyszło nam ostatnio żyć, niezmiernie łatwo jest wyciągać niepokojące wnioski. Zachowajmy więc spokój i zdrowy rozsądek.

stereotypy na 8 marca

Piątek, wieczór już prawie. Wbijam do galerii handlowej, nawet jeszcze nie zatłoczonej, bo o tej porze i tak już żadnej porządnej kwiaciarni poza galerią otwartej nie znajdę. Długo przyglądam się rozmaitym kwiatkom doniczkowo-ozdobnym, zadając sobie w duchu jedno pytanie: gdzie ja tego kwiatka schowam, żeby do niedzieli rana pozostał nieodkryty?

Pomocne sprzedawczynie starają się mnie zachęcić tekstami, że kwiatki ładne (pewnie jako facet ocenić nie jestem w stanie), więc wyjaśniam, na czym mój problem polega, żeby sobie nie myślały bóg wie czego. Słyszę w odpowiedzi:
– pan schowa w garażu, tam żona na pewno nie znajdzie…

I tak sobie myślałem, oddalając się z zapakowanym kwiatkiem: czy to świadczy o stereotypowym postrzeganiu kobiet, które od auta to z daleka, czy o stereotypowym postrzeganiu mężczyzn, którzy wierzą, że…

PS nie schowałem w garażu
PPS nie wiem czy znalazła, nie zdradziła się oczywiście
PPPS skoro już dzień kobiet, to zostawię okolicznościowe zdjęcie

guy with a gun

Procenty opresji

W roku 2019 kwota składek ZUS* dla przedsiębiorców wynosiła 1316,97 zł.
W roku 2020 kwota składek ZUS dla przedsiębiorców wynosi 1431,48 zł.
Wzrost wynosi 8,7%,

W roku 2019 minimalne wynagrodzenie brutto wynosiło 2250 zł.
W roku 2020 minimalne wynagrodzenie brutto wynosi 2600 zł.
Wzrost wynosi 15,5%.

W III kwartale** 2018 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4580,20 zł.
W III kwartale 2019 roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 4931,59 zł.
Wzrost wynosił 7,7%.

Nie chce mi się wyliczać jakiemu dokładnie procentowi najniższego wynagrodzenia odpowiada składka ZUS dla przedsiębiorcy, być może będzie rekordowo niska. Taka to opresja dla polskich przedsiębiorców składkami na ZUS.

*w tym NFZ
**dane za IV kwartał będą za parę dni, a pisałem dziś

Ćwiczenie wyobraźni

Wyobraźmy sobie sprawę, w której oskarżono człowieka o popełnienie odrażających przestępstw: gwałtu na dziecku i doprowadzenia do śmierci tegoż. Wyobraźmy sobie, że w pierwszej instancji człowiek ten został skazany na karę 25 lat pozbawienia wolności, bo uznano, że jego czyn stanowił zabójstwo. Wyobraźmy sobie, że po apelacji sąd drugiej instancji uznał, że, że to jednak nie było zabójstwo, i zamiast kary 25 lat pozbawienia wolności wymierzył karę 15 lat pozbawienia wolności.

Jakie byłoby stanowisko bezwzględnie walczącego z przestępcami ministra sprawiedliwości? Jakie byłyby komentarze dziennikarskie? Jakie byłyby oceny analityków, czy wolne sądy stanęły na wysokości zadania, czy pogorszyły sobie wizerunek w oczach opinii publicznej? Jaki byłby ton reakcji w mediach społecznościowych?

Tyle że nie chodzi mi o sprawę Steve’a V. z Wieruszowa, tylko o sprawę Tomasza Komendy (różnica jest w tym, że w jego przypadku to druga instancja uznała czyn za zabójstwo i podwyższyła wyrok).

PS Oczywiście nie oznacza to sugerowania, że V. jest niewinny. To tylko przypomnienie, że swoje opinie opieramy na głębokiej niewiedzy o szczegółach sprawy.