miejsca pracy dla idiotów

Jak zapewne zauważyliście (a może nie śledzicie, to nie wiecie), Sejm przegłosował ustawę o obniżeniu składki zdrowotnej dla przedsiębiorców (jeszcze Senat i ewentualny podpis prezydenta, ale ja nie o tym).

W wyniku ewentualnego wejścia w życie tej ustawy – jeżeli Was to interesuje – szewc, który ma miesięczne dochody niższe niż 3/4 minimalnej krajowej, zapłaci taką samą składkę jak informatyk na b2b, który wystawiając faktury trzem firmom inkasuje półtorej średniej krajowej plus VAT. Jednocześnie menedżer zarabiający „na fakturę” tyle co cały podległy mu dział łącznie, zapłaci znacznie niższą składkę zdrowotną niż cały ten dział łącznie – i znacznie mniej niż menedżer kierujący sąsiednim działem za takie samo wynagrodzenie, ale zatrudniony normalnie na etacie. Nie wspominając o (nielicznych wciąż) lekarzach, którzy „na kontraktach” wyciągają ponad 100 tys. zł miesięcznie, oni też zapłacą od tego znacznie niższą składkę zdrowotną. Ale ja w sumie też nie o tym.

Apologeci tej zmiany – przynajmniej niektórzy, bo inni jawnie cieszą się, że wyrwali dla siebie i swoich – opowiadają fantastyczne bzdury, że dzięki niej będzie przestrzeń do rozwoju i tworzenia miejsc pracy przez kwiaciarki, szewców, właścicieli małych sklepów (nie wiem czy żabka się łapie, czy nie). Popatrzmy na to przez chwilę.

Załóżmy, że nowe miejsce pracy ma zostać stworzone dzięki obniżce składki zdrowotnej, wynoszącej (wciąż jeszcze) 9% dochodu. Przyjmijmy dla uproszczenia, że nowelizacja zupełnie wyrzuca składkę zdrowotną naliczaną od dochodu i zostawia tylko minimalne „pogłówne”. Minimalne wynagrodzenie to dziś 4666 zł brutto, zatem dzielimy kwotę minimalnego wynagrodzenia przez 9%: 4.666 zł : 0,09 = 51.844,44 zł. Tyle sklepikarz musi mieć dochodu, żeby dzięki obniżce składki zdrowotnej „móc sfinansować” jedno miejsce pracy. Miesięcznie. I tak, całkowicie świadomie pominąłem fakt, że sklepikarz z takim dochodem miesięcznym nie będzie się rozliczał z PIT na zasadach ogólnych (tylko na liniówce, gdzie składka zdrowotna wynosi 4,9% dochodu – czyli „potrzebny” jest dochód miesięczny przekraczający 95 tysięcy złotych), podobnie jak dodatkowe koszty związane z zatrudnieniem pracownika.

Powiedzcie sobie uczciwie: czy ktoś, kto zarabia miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych (nie liczyłem ile dokładnie „na rękę”, ale nie mniej niż 30), potrzebuje jakiejkolwiek zachęty, żeby zatrudnić pracownika (pierwszego lub dodatkowego)?

Oczywiście, możemy przyjąć, że chodzi o nowych pracowników w sklepach jubilerskich, salonach samochodów sportowych lub luksusowych hotelach, w których zaoszczędzone pieniądze zostawią obdarowani przez Sejm właściciele firm.

Za to kolejki do lekarzy się wydłużą.

Gajewska vs Gajewska

W ostatnich dniach głośna zrobiła się sprawa posłanki Gajewskiej (jeżeli nie wiecie jaka, to na pewno wyguglacie, jeśli Was to obchodzi) z Koalicji Obywatelskiej. Przy tej okazji okazało się, że wiele osób nie wie, że Koalicja Obywatelska ma dwie różne posłanki Gajewskie, które mylą się nawet dziennikarzem. Przygotowałem więc ściągę pokazującą, że trudno jest je pomylić.

Aleksandra Gajewska.
Urodzona w Warszawie.
Pełniła funkcję przewodniczącej stowarzyszenia Młodzi Demokraci w Warszawie.
Prowadziła własną firmę.
Ma jedno dziecko.
Występowała na mistrzostwach świata szkół w koszykówce.

konwencja wyborcza SMD // Warszawa 2014

Kinga Gajewska.
Urodzona w Warszawie.
Pełniła funkcję przewodniczącej stowarzyszenia Młodzi Demokraci w Warszawie.
Prowadziła własną firmę.
Ma drugiego męża i troje dzieci.
Występowała w mistrzostwach Polski w motocrossie, Mistrzostwach Polski Formacji Tanecznych oraz mistrzostwach Polski juniorek w zapasach.

Teraz już nikt ich nie pomyli!

PS sprawa dotyczy tej która ma drugiego męża

PPS zdjęcia z Wikipedii

tyle pytań, a odpowiedzi…

Więc mamy mieć referendum (piszę „mamy mieć”, bo formalnie wciąż nie ma uchwały Sejmu je zarządzającej, choć pytania już nam zostały teatralnie przedstawione). Z referendum jest tak, że najpierw się głosuje, a potem się czasem okazuje, że z wynikami coś trzeba zrobić (czasem, czyli jeśli w głosowaniu najpierw weźmie udział więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, a potem okaże się, że z tych co wzięli udział, uzyskano większość dla jakiejś odpowiedzi, tak, chciałbym zobaczyć remis przy milionach głosów). A co trzeba zrobić – to dopiero jest pytanie!

Czwarte pytanie (tak, kolejność sobie wybieram) ma brzmieć:
Czy popierasz likwidację bariery na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi?

Pozytywna odpowiedź na to pytanie zobowiązuje rząd do niezwłocznego podjęcia czynności zmierzających do likwidacji bariery (tu jest pytanie z kategorii „co poeta miał na myśli”, czyli czy przewidziany w art. 67 ustawy o referendum ogólnokrajowym termin 60 dni od ogłoszenia uchwały o ważności referendum jest terminem na zakończenie tej likwidacji, czy jednak tylko najpóźniejszym terminem na podjęcie tych czynności). A odpowiedź negatywna? Oznacza dosłownie tylko, że rząd ma nie podejmować takich czynności, a czy stanowi zakaz podjęcia ich w przyszłości…

Pierwsze pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw?

Zanim odpowiemy co oznacza pozytywna odpowiedź na to pytanie, najpierw wyjaśnijmy dwie kwestie. Po pierwsze, na dziś (wg danych podanych przez inne osoby, sam nie sprawdzałem) mamy dziś w Polsce 18 przedsiębiorstw państwowych, w tym kilka w stanie upadłości lub likwidacji. Po drugie, co do zasady dziś przedsiębiorstwa państwowego sprzedać nie można – można je jedynie skomercjalizować, czyli przekształcić w spółkę (a o sprzedawaniu państwowych spółek pytanie milczy). Zatem pozytywna odpowiedź na to pytanie oznacza, że Sejm powinien uchwalić ustawę „o wyprzedaży przedsiębiorstw państwowych”, zapewne zmierzającą do sprzedaży tych ostatnich 18 bez konieczności przekształcania ich w spółki. Natomiast negatywna odpowiedź w żaden sposób nie przeszkadza ani w komercjalizacji tych przedsiębiorstw, ani w późniejszej sprzedaży po tej komercjalizacji, ani tym bardziej w sprzedaży (lub wyprzedaży) spółek powstałych w wyniku komercjalizacji przed referendum.

Trzecie pytanie ma brzmieć:
Czy popierasz przyjęcie tysięcy nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki, zgodnie z przymusowym mechanizmem relokacji narzucanym przez biurokrację europejską?

Zostawmy już na uboczu pytanie o jaki mechanizm chodzi, czy jakiś konkretny, czy hipotetyczny przyszły (bo i co to jest biurokracja europejska). Zostawmy już na uboczu kwestię, że skoro pytanie dotyczy tysięcy, to nie ma wpływu na możliwość przyjęcia 1999 nielegalnych imigrantów. Zostawmy już na uboczu kwestię, że pytanie nie dotyczy imigrantów z Kaukazu, Nepalu, Bangladeszu, Birmy, Filipin, a może nawet Afganistanu (bo gdzie się właściwie ten Bliski Wschód kończy). Pozytywna odpowiedź nakazuje de facto przyjęcie tysięcy takich imigrantów (jeśli się znajdą chętni). A negatywna? Otóż negatywna jest całkowicie bez znaczenia, bo jeżeli zostanie przyjęty mechanizm relokacji na poziomie unijnym (na razie nie ma takiego który by nas zmuszał do przyjęcia imigrantów, bo przyjęliśmy tysiące uchodźców z Ukrainy), to państwo polskie nie ma żadnych instrumentów prawnych aby go podważyć „wynikiem referendum”. Prawo unijne stoi bowiem wyżej od krajowego, a wynik referendum nie jest równy Konstytucji, nawet gdyby chcieć argumentować że Konstytucja stoi wyżej (co jest tematem na zupełnie inne spory)…

Wreszcie ostatnie, czyli drugie pytanie ma brzmieć:
Czy jesteś za podwyższeniem wieku emerytalnego wynoszącego dziś 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn?

Otóż pozytywna odpowiedź zobowiąże rząd do przygotowania projektu ustawy podwyższającego wiek emerytalny (nie wiadomo o ile, więc wystarczy o miesiąc, żeby spełnić wymogi), a Sejm do jego uchwalenia. A odpowiedź negatywna? Czytając wprost, będzie oznaczała zakaz podwyższenia wieku emerytalnego. A jak długo taki zakaz miałby obowiązywać? Tego absolutnie nie wie nikt. Być może po wieki wieków. Być może do następnego referendum w tej sprawie (bo nie ma zakazu ponownego referendum). Być może do wyborów, które wygra partia głosząca potrzebę podwyższenia wieku emerytalnego (bo czemu głosowanie w referendum miałoby być ważniejsze od głosowania w wyborach). Być może do zmiany Konstytucji, wprowadzającej wyższy wiek emerytalny (Konstytucja stoi wszak wyżej niż wynik referendum). A być może do momentu uchwalenia ustawy podwyższającej wiek emerytalny, bo nie bardzo wiadomo w jaki sposób ktokolwiek miałby zakwestionować taką ustawę niezgodną z wynikiem niegdysiejszego referendum…

W sumie podobnie jest z tym czwartym pytaniem – nawet jak rząd rozbierze barierę wbrew wynikowi referendum, to żaden obywatel nie ma jak tego zakazać. A przynajmniej tak się na razie wydaje.

Pytanie, po co jest ma być w takim razie to referendum, to też temat na zupełnie osobną dyskusję.

PS Już po opublikowaniu notki pytania: pierwsze i drugie zostały zmienione (tak że analiza pytania pierwszego stała się kompletnie nieaktualna, a drugiego… właściwie sam nie wiem), ale już nie będę robić aktualizacji

taka jedna Pawłowska

W gruncie rzeczy to co zrobiła poseł Pawłowska z wciąż jeszcze Wiosny obchodzi mnie o tyle, o ile – szczęśliwie nie była z mojego okręgu, więc reprezentanta nie straciłem, na układ sił w parlamencie wielkiego wpływu to mieć nie będzie, a i przed wyborami nie budziła niczyjego entuzjazmu chociażby z uwagi na „aferę mobbingową” w Wiośnie (za którą została ukarana, choć oficjalnie nie uznano że zachowanie było mobbingiem).

Patrzę na tę sytuację głównie ze zdziwieniem: po co jej to było? Rozumiem, że zapisywała się do Wiosny, a nie do SLD, pardon: do Nowej Lewicy. Rozumiem, że w Wiośnie była kimś tam, a w nowej formacji jej znaczenie mogłoby istotnie spaść (zaznaczam, że nie mam żadnych insajderskich plotek o układach w nowej partii, zwłaszcza w jej okręgu, a gdybym miał – to tym bardziej bym o tym nie pisał, od kontrolowanych przecieków są dziennikarze). Zaznaczam przy tym, że nie czytałem wywiadu w Rzeczypospolitej, w którym mogła coś powiedzieć otwarcie lub między wierszami…

Nie wiem, czy miała szanse na kolejną kadencję (ba! nie wiem nawet czy jest zainteresowana). W nowej partii jej szanse nie są raczej większe, bo jednak jest trochę odrzutem z wrogiego środowiska, a szanse samej partii na samodzielne przekroczenie progu też nie wyglądają różowo. Nie wiem, czy liczyła na korzystne miejsce na lokalnej liście (o układach w Porozumieniu też nic nie wiem, dywaguję sobie). Jeśli więc nie chodziło o listy wyborcze, to o co? Nowa partia synekurami za bardzo dzielić nie może, korzystnych znajomości też jej nie przyniesie – a stare mogły się właśnie rozpaść… Jeśli nie chciała firmować swoim nazwiskiem (twarzą tym bardziej) nowej partii lewicowej, wystarczyło poudawać niezależną do końca kadencji.

Ale w sumie nie muszę rozumieć. Nic nie muszę, wszystko mogę.