oceania, oceania, oceania

Dawno, dawno temu (OK, w latach 30. XX wieku) polscy marynarze pojechali do włoskiej stoczni w Monfalcone, żeby obserwować budowę nowego polskiego transatlantyka m/s Piłsudski. Stocznia słynęła z tego, że zbudowała będące chlubą włoskiej floty transatlantyki Vulcania, Neptunia i Oceania – i na wszelkie pytania (a zwłaszcza wątpliwości) Polaków Włosi odpowiadali „nic się nie bójcie, będzie dobrze, my zbudowaliśmy Vulcanię, Neptunię i Oceanię!” (po polsku: „będzie pan zadowolony”), że aż Borchardt uwiecznił to w jednym ze swoich opowiadań z tomu Znaczy Kapitan, zatytułowanym „Vulcania, Neptunia, Oceania”.

Nie mogła mi się ta historyjka nie przypomnieć (i nie tylko mnie zresztą), kiedy wczoraj głośna zrobiła się „sprawa Oceanii”. Tym razem „Oceania” to nazwa statku badawczego Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, który zamieścił na FB dość dramatyczne oświadczenie o „wstrzymaniu finansowania statku przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego”. Ministerstwo nie ma ostatnio najlepszej prasy, więc nie dziwi, że dziennikarze skoczyli na to oświadczenie jak kozy na pochyłe drzewo. Po krótkim czasie okazało się że „wstrzymane finansowanie” tak naprawdę było dotacją, o którą Instytut ubiegał się co roku (a od 35 lat zwykle dofinansowanie na utrzymanie statku dostawał) – i w 2024 roku wniosek Instytutu miał zostać „pozytywnie oceniony, ale nie skierowany do realizacji„. W międzyczasie ministerstwo opublikowało krótki komunikat, zgodnie z którym konkurs (w którym Instytut ubiegał się na dotację na utrzymanie Oceanii) „został rozstrzygnięty na podstawie ocen naukowców-ekspertów”. Równolegle pojawiły się komentarze, że „minister nie znalazł 10 mln dla Oceanii, bo trzeba oszczędzać” (choć w żadnym z komunikatów wątek oszczędności się nie pojawił). Szybko też nadano sprawie wymiar czysto polityczny, uznając temat za symbol polityki rządu, jak też kwestionując „merytorycznie” (bez jakiejkolwiek wiedzy na ten temat) potrzebę utrzymywania statku…

Kiedy piszę te słowa, nie wiem ani jak dokładnie przebiegał konkurs, w którym „poległ” wniosek Instytutu, czy jest w tym coś „podejrzanego” (jakieś ręczne sterowanie, złośliwość, you name it), ani czy Oceania ostatecznie dostanie jakieś dofinansowanie na przegląd i bieżący remont potrzebny do dalszego prowadzenia badań naukowych. W tym wpisie skupiam się tak naprawdę na dochodzeniu do „ostatniej wersji prawdy”, jak śpiewał Klaus Mitffoch, i na tym, że wyskakiwanie z mocnymi wnioskami w oparciu o fragmentaryczne informacje jest tak mocno Vulcania, Neptunia, Oceania.

droga do doskonałości wymaga cierpliwości

Zdjąłem wieko trumny w równe dwie minuty. W zdejmowaniu wieka, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji” (Alistair McLean, „Złote rendez-vous”, tł. Robert Ginalski)

To miała być rzecz rutynowa, jak co roku. Zabrałem się za rozliczenie podatku dochodowego dość wcześnie jak na mnie, bo już w pierwszej połowie kwietnia, a tak konkretnie to w Święta uznałem że mogę poświęcić część czasu przeznaczonego na oglądanie czy czytanie. Rutynowo wszedłem więc na stronę Ministerstwa Finansów, aby ściągnąć formularz, mechanicznie ściągnąłem, otworzyłem, zabrałem się do wypełniania… Stop. Próbując wypełniać zrozumiałem, że ściągnięty PDF to jest tylko skan do wydruku i złożenia ręcznego (co oznacza że musiałbym własnoręcznie liczyć i weryfikować każdą cyferkę). Wstrzymałem konie i wróciłem do strony.

Zamiast formularzy interaktywnych do wypełnienia w domu, Ministerstwo zaoferowało tym razem formularz online. Pomyślałem sobie: ostatnio tworzenie narzędzi online idzie Temu Państwu coraz lepiej, cóż może się stać jak wypełnię online? Kliknąłem. Niby wszystko wydawało się działać jak należy, choć strona zachowywała się topornie, trzeba było jak w „Diunie” działać z opóźnieniem (bo przeskakiwanie do następnego okienka w naturalnie szybkim tempie powodowało że system „bronił się” udając że nic nie zostało zrobione, może strona była optymalizowana pod Internet Explorera).

Intuicyjność (czy też przejrzystość) strony była niestety dość umiarkowana. Sporo czasu zmarnowałem rozkminiając dochód z praw autorskich – jedno okienko „Przychód” było opatrzone groźną adnotacją „pole obowiązkowe”, poniżej niego było okienko „Przychód z 50% KUP” (innymi słowami, ale żeby było wiadomo o co chodzi). Wpisałem wartość przychodu w pole oznaczone jako obowiązkowe, a ponieważ z PIT-a kontrahenta wynikały 50% KUP, wpisałem tę wartość także w pole „przychód w 50% KUP” – i zacząłem się zastanawiać co zrobić, żeby te wartości się nie sumowały. Ostatecznie pomogło zerknięcie w ten ściągnięty formularz, eureka! w polu „obowiązkowym” wystarczyło… wpisać 0,00.

Tak dobrze nie było już przy przychodzie z działalności. Ten bowiem obowiązkowo się wpisuje w załączniku PIT-B, który oczywiście kazałem stronie dołączyć. Tylko, drobiazg: mogłem go dołączyć dla podatnika, ale już nie dla małżonka podatnika (a tak się składa że oboje z małżonką uzyskujemy dochody z działalności). Po iluś tam próbach i rozważeniu wariantów w stylu „a może wziąć na siebie cały dochód i rozliczyć wspólnie”, „może prościej złożyć osobno” oraz „może jednak to guano wydrukować i wypełnić ręcznie” – zachowałem się jak Prawdziwy Klient i wysłałem maila do supportu Ministerstwa, dołączając skrin pokazujący że dołączyć PIT-B dla małżonka po prostu #niedasię.

Odpowiedź z supportu otrzymałem po jakimś tygodniu i brzmiała: na stronie udostępniliśmy formularz pozwalający na dołączenie załącznika PIT-B dla małżonka. Wszedłem ponownie, patrzę: faktycznie jest. Zatem załadujmy wcześniej wprowadzone dane… ups, nowy formularz na stronie wprawdzie pozwala zachować kopię wprowadzonych danych w formacie XML (tak jak wcześniej), ale jakoś znikła możliwość ich zaimportowania z tej kopii… Nic to, można wpisać jeszcze raz i po robocie.

Wpisałem. Przejrzałem, kazałem formularzowi zweryfikować (i tak weryfikuje przed wysłaniem i nie puści w razie błędu), zaraportował że w tym czy tamtym punkcie o czymś zapomniałem lub użyłem niepoprawnego formatu, zdarza się. Poprawiłem błędy, zweryfikowałem ponownie… Otrzymałem komunikat: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”. Przetarłem oczy, przejrzałem ponownie każdą podstronę, spróbowałem jeszcze parę razy zweryfikować. wynik ten sam. Zamknąłem przeglądarkę, zrestartowałem komputer (standardowe metody doświadczonego użytkownika), wypełniłem od nowa – to samo. Włączyłem drugi komputer, inną przeglądarkę, użyłem innego połączenia internetowego, wypełniłem od nowa. Przez chwilę oglądałem dwa identycznie wypełnione formularze, z których jeden informował o błędzie, którego nie umiał wskazać, a drugi – o błędzie w miejscu, w którym ten pierwszy błędu nie pokazywał (tak, nie mylę się, wypełnione były identycznie, i byłem pewien że tego błędu nie było).

Uznałem, że są dwie możliwości: albo system mnie nie lubi, albo programiści poprawiając formularz w jednym miejscu spieprzyli coś w innym… Dałem systemowi czas do odpoczynku, wróciłem parę dni później. Zacząłem od przetestowania fikcyjnymi danymi czy prawidłowo zaciągnie, najpierw dla rozliczenia jednoosobowego, potem wspólnego. Weryfikacja: pozytywna. Wprowadziłem prawdziwe dane, zweryfikowałem: jest OK. Pomyślałem: no wreszcie mogę złożyć, kliknąłem „wyślij” czekając na przejście do autoryzacji. System przemielił i powiedział: nie udało się wysłać. Oczywiście wprowadzone dane zgubił i musiałem wprowadzić jeszcze raz (opcja importu wciąż nie wróciła). Wprowadziłem, kliknąłem dla porządku „zweryfikuj”, odpowiedź: „formularz zawiera błędy [brak wskazania jakich]”.

Podejrzewam że większość ludzi na moim miejscu dawno kliknęłaby „drukuj formularz” i przepisała ręcznie dane. Wykonałem trochę ćwiczeń oddechowych, zrestartowałem. Wypełniłem (praktycznie wszystkie dane już z pamięci). Zweryfikowałem. Kliknąłem „wyślij”. Autoryzowałem. Pobrałem UPO.

Ostateczne wypełnienie i wysłanie PIT zajęło mi 13 minut. W wypełnianiu PIT, jak zresztą we wszystkim, praktyka prowadzi do perfekcji.

rżnij ziemniakami wprost w monety

I znów mamy Dyskusję o tym, czy należy używać jedzenia (w niewielkiej ilości i o niewielkiej wartości) do rzucania w obrazy znanych malarzy (o dużej wartości artystycznej i całkiem pokaźnej, choć nie do końca wiadomo jak wycenialnej, wartości ekonomicznej). Tym razem (po wylaniu w Londynie zupy pomidorowej na van Gogha) w muzeum w Poczdamie potraktowano papką ziemniaczaną obraz Moneta (podobnie jak w Londynie, tak i tu cenny obraz był za szkłem, więc jedynie trochę więcej pracy dla sprzątaczy).

Aktywiści rzucający wiktem pytają: „Czy sztuka jest warta więcej niż życie?”, i w Anglii, i w Niemczech. Zapytacie może, czyje życie, i w jaki sposób oblanie obrazu (ze skutkiem rzeczywistym lub pozornym) ma pomóc w jego ratowaniu? Otóż jak będziemy zgłębiać temat, to aktywiści otwarcie przyznają, że ich celem było przejście z ósmej strony w gazetach na stronę pierwszą. W sumie nihil novi, już Dante miał zapewnić sobie sławę wchodząc na latarnię

Więc OK, udało się, o akcjach mówią wszyscy (przynajmniej o tych konkretnych, bo czy kolejne w ramach tej kampanii się przebijają przynajmniej lokalnie, to już nie wiem). Czy dzięki temu szeroka publiczność jest bardziej przychylna dla celów akcji? Zaraz, jakie to są te cele… Podpowiem (bo doczytałem, a media podobno nie chcą o tym pisać) – w Anglii chcą zablokowania nowych koncesji na poszukiwanie/wydobycie ropy i gazu, w Niemczech ograniczenia limitu prędkości na autostradach do 100 km/h. OK, nazwijmy to Pierwszym Krokiem, bo w wymiarze praktycznym daje to niewiele (zwłaszcza w Anglii), zapewne da się policzyć – ale żeby miało to jakąkolwiek moc przekonywania…

A bez przekonywania nie będzie niczego. Czytam list niemieckich aktywistów do rządu niemieckiego, i uderza mnie jedno: wyraźne niezrozumienie, że demokracja to – czy nam się to podoba, czy nie – głos większości. Nie sposób mówić o upadku demokracji, jeżeli rząd będzie spełniał postulaty mniejszości, których nie popiera większość (choć rząd niemiecki nie ma problemu z zamykaniem elektrowni atomowych, pomimo że większość Niemców jest dziś temu przeciwna). Jak przekonać większość? Odnoszę wrażenie, że aktywiści wierzą w medialny spisek blokujący Prawdę, i że gdy tylko przedrą się przez spiskową zaporę, to ludzie natychmiast wyjdą ze swojej strefy komfortu (choć nie mówią tym ludziom wprost, że to właśnie będą musieli zrobić).

Nie będę próbował dawać rad, co zrobić. Prywatnie mam przekonanie, że skala koniecznych dolegliwości jest przerażająca, więc każdy będzie wolał próbować „oddalenia tak zwanego kielicha goryczy” (Herbert) i trudno się ludziom dziwić. Aczkolwiek après nous le déluge też nie jest żadną strategią.

Tadzio

Jakiekolwiek podobieństwo do dowolnych kont na portalach społecznościowych lub rzeczywistych osób bądź spółek jest zupełnie przypadkowe.

Jest sobie na pewnym portalu społecznościowym użytkownik, na imię mu Tadeusz, na nazwisko Podmiejski, sądząc po zdjęciu profilowym gość w średnim wieku. Ten Tadeusz pisze gromkimi słowami o różnych ludziach i wydarzeniach, i jednocześnie czasem się oburza, kiedy próbować go pytać o różne sprawy spoza portalu. Ostatnio się oburzył, że ktoś ma coś do powiedzenia na temat jego rodziny…

Wokół Tadeusza często spotyka się pewną Anetkę (sama tak się określa, nawet w nazwie konta), nawet kiedyś o nim napisała per „mój mąż”. Nikomu w akta stanu cywilnego patrzeć nie będziemy, ale wiecie, taka sprawa, Anetka ma też konto na innym portalu, używa tam tego samego zdjęcia i wrzuca te same teksty czy zdjęcia – tylko tam oficjalnie jako Aneta Bobecka. I, co ciekawe, pani Aneta Bobecka chwali również prowadzeniem firmy Templariusz, z elegancko zaprojektowaną stroną pod adresem templariusz kropka com kropka pl.

Jeżeli pogrzebiemy sobie chwilę w publicznie dostępnych danych Krajowego Rejestru Sądowego, to można się dowiedzieć, że adres strony templariusz etc należał jeszcze niedawno (parę lat temu) do spółki Templariusz sp. z o.o. (spółka zmieniła nazwę na inną kilka miesięcy po tym, jak pani Aneta otworzyła firmę). Prezesem i większościowym wspólnikiem spółki Templariusz (która wcześniej nazywała się Doppelkomfort) był Józef Kisiel, starszy pan, długo w tej roli nie pociągnął, a krótko po tym jak pozbył się spółki (i jej nazwy), spółka została zlikwidowana przez sąd jako wydmuszka (znaczy żadnego majątku, tylko jakaś przypadkowa nazwa i niezainteresowany spółką nowy właściciel i prezes, rutynowa procedura), zresztą za czasów pana Józefa nawet obowiązkowe składanie w sądzie sprawozdań finansowych spółki się nie przyjęło.

Nie przyjęło się też w innej spółce, w której pan Józef wcześniej chwilę prezesował… a która przypadkiem nazywała Doppelkomfort PL (wszystkie te firmy działają w tym samym województwie i mają podobny rodzaj działalności). Co ciekawe, w firmie Doppelkomfort PL pojawiał się również – w charakterze właściciela, członka zarządu, prokurenta – niejaki Tadeusz Marcin Kisiel, jego Pesel mówi, że chłop obecnie po pięćdziesiątce.

Jak myślicie, czy to przypadek że nasz Tadeusz Podmiejski obraża się na pytanie, czy warto kupić wystawiony na internetowej giełdzie dług Tadeusza Marcina Kisiela w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych?

słówka, słówka, słówka

CRIMP.
WINCE.
WHACK.
KNOLL.
PERKY.
SHARD.
PLEAT.
ALOFT.

Lubicie się uczyć słówek? Ja zawsze bardzo umiarkowanie, głównie tych które były praktyczne. Tak, w efekcie w językach obcych słownictwo mam średnio rozwinięte, przy wysławianiu się w mowie czy piśmie to nie przeszkadza, dopiero kiedy trzeba przeczytać tekst bardziej wyrafinowany, napotyka się na potrzebę sięgania po słownik (albo się prostacko idzie dalej rozumiejąc sens, nie niuans).

Słownictwo można nadrabiać grami. Nie grywam ostatnimi laty w Scrabble, ale zdarzało mi się widzieć ludzi, którzy grali ze słownikiem przy stole (aczkolwiek nie pamiętam, czy w zasadach nie jest to w jakiś sposób zabronione, może to kwestia konwencji). Ostatnio zaś – zapewne zauważyliście – modna jest „gra” Wordle, czyli współczesny internetowy odpowiednik master minda, w którym zamiast kombinacji czterech kolorów odgaduje się w sześciu próbach pięcioliterowe słowo (w oryginale angielskie, są oczywiście dawno wersje dla licznych innych języków, każdy może wyszukać). Wordle ma podobno (tak czytałem, nie weryfikowałem) listę ponad dwóch tysięcy słów, więc mogą się na niej trafić słowa powszechnie znane, a mogą…

Znaliście te słówka wymienione na początku? Jeśli tak, dobrze dla was. Jeśli nie, to właśnie mogliście je poznać. Mogliście też je poznać, grając w Wordle w ostatnich tygodniach. Ich znaczenia to (mniej więcej lub jedno z):
CRIMP – Fałda
WINCE – Grymas
WHACK – Cios
KNOLL – Pagórek
PERKY – Dziarski
SHARD – Skorupa
PLEAT – Plisa
ALOFT – Wysoko.

Uczyć, bawiąc.

pan Cogito kupuje bilety online

Był weekend, wieczór był ciepły i cichy… i wtedy rodzina uprzejmie przypomniała mi o konieczności nabycia Juniorowi biletów kolejowych, żeby biedne dziecko mogło rano do szkoły dojechać (przesiadka na pociąg daje w miarę pewność dojechania na czas, a i tak wychodzi godzinę pięć przed pierwszym dzwonkiem). Westchnąłem więc, spojrzałem na rozpiskę którą mi dali (bo to w różne dni na różne godziny, a najlepiej jakbym z góry na cały tydzień), wstukałem adres w przeglądarce. Po króciutkim namyśle założyłem szybko konto w serwisie kolejowym, żeby mieć mniej wpisywania, zalogowałem się, zacząłem wybierać dane połączenia…

I wtedy nastąpił pierwszy zonk. Kiedy już podałem wszystkie dane, zorientowałem się, że nie ma żadnej opcji dokonania zbiorczej płatności, czyli za każdy bilet za pięć złotych będę musiał dokonywać osobnej płatności. Rozejrzałem się jeszcze trzy razy po serwisie, stwierdziłem, że nie ma… na Mariolę, przeszedłem do płatności. Wybrałem płatność kartą, nawet zdecydowałem się podpiąć na stałe kartę (z niskimi limitami), zatwierdziłem… Bank wszedł w tryb Bardzo Poważnej Autoryzacji, nakazał wpisanie przesłanego SMSem kodu 3d secure, po czym postanowił zadać mi jeszcze pytanie kontrolne, na które powoli wpisywałem odpowiedź żeby się nie pomylić (brak opcji podglądu)… Uff, bilet kupiony, nawet dwa maile przyszły, jeden informujący o płatności pięć złotych, drugi z biletem. Pora na kolejny… musiałem zacząć od ponownego logowania, dane na szczęście już były w systemie, klik, klik, zapłać… bank powtarza procedurę Bardzo Poważnej Autoryzacji zakupu biletu za pięć złotych… Po trzecim bilecie miałem dość i odmówiłem dalszej współpracy, stwierdzając że powrócimy do tematu w środę (a ja może do tej pory wymyślę bardziej praktyczny system kupowania tych biletów).

Wracam w poniedziałek do domu i niemal od progu czeka mnie informacja, że wiesz tata, tak się składa że we wtorek zmienili mi godzinę rozpoczęcia, więc ten bilet jest jakby do niczego.. Uśmiechając się przez zgrzytające zęby otwarłem maila z biletem na wtorek, kliknąłem linka „Zwrot”. Przeniosło mnie do systemu, gdzie zostałem poproszony o kliknięcie przycisku „wyślij maila z żądaniem zwrotu”. W otrzymanym mailu należało kliknąć linka „Zwrot biletu”, który przenosił do strony w systemie ze słowem „Potwierdź zwrot (pamiętając że przy zwrocie potrącane jest pięćdziesiąt groszy). Teraz już tylko logowanie, wybór, Bardzo Poważna…

Wracam we wtorek do domu i niemal od progu słyszę, że wiesz, kochanie, ten bilet na środę też już jest nieodpowiedni i trzeba w jego miejsce nowy…

Notkę napisałem w oczekiwaniu na potwierdzenie płatności (żeby ominąć Bardzo Poważną Autoryzację, postanowiłem zapłacić pięć złotych Szybkim Przelewem). Na szczęście potwierdzenie zdążyło przyjść zanim dziecko poszło spać.

Bilet na czwartek kupię w środę, bilet na piątek – w czwartek. Potem będzie już z górki, bo Junior ma tydzień zdalnego, a na czerwiec dostanie miesięczny, za który zapłacę raz i tylko raz…

Gdyby ktoś pytał to pięć złotych to uproszczenie. A tytuł dla atencji (i nie miałem pomysłu).

ty, Moteusz…

Naprawdę nieraz nie rozumiem przyczyn, dla których media (i ludzie) zajmują się danym tematem czy osobą (nigdy na przykład nie pojąłem fenomenu procesu Ewy Tylman).

Ostatnio zadziwia mnie sprawa Moteusza, syna eks-prezydenta. No był se chłop pastorem, zgubił gdzieś powołanie, zdarza się. Poszedł do zwykłej roboty w handlu, normalna rzecz, i nawet nieszczególnie dziwi, że ojciec załatwił mu fuchę w firmie znajomego. A nuż sprzedaż folii bąbelkowej to prawdziwe powołanie… A tu artykuły, dyskusje, oświadczenia o wsparciu. OK, nawet trochę rozumiem że jeśli wcześniej ojciec publicznie pokazywał się z nim w mediach jak z misiem na Krupówkach, to ludzie pamiętają.

Zdecydowanie bardziej mnie zadziwia że chłop przy tej okazji zmienił nazwisko. Zmiana nazwiska w Polsce to w ogóle nie jest małe miki, trzeba mieć ważny powód do zmiany nazwiska, kierownik USC wydaje w tym zakresie ważną decyzję, a minister nadzoruje kształtowanie jednolitej polityki w zakresie zmiany nazwisk. Tak, oczywiście co roku w Polsce tysiące ludzi zmieniają nazwisko przy okazji małżeństwa (część także przy okazji rozwodu), ale żeby przy ślubie zmieniać nazwisko na panieńskie własnej matki to musi zajść wyjątkowa koincydencja.

Zastanawiam się luźno, dlaczego przy okazji Moteusz nie zmienił również dość charakterystycznego imienia. Na przykład na Amos.

alerty RCB

Robiłem właśnie – okołourlopowe, powiedzmy – porządki w tym i owym. Między innymi wziąłem się za posprzątanie SMSów w routerze mobilnym, wiem jak to brzmi, ale to w końcu połączenie telekomunikacyjne jak każde inne (zdarzało mi się wysyłać przez router życzenia świąteczne, przez co niektórzy adresaci próbowali oddzwaniać), tylko urządzenie mniej zachęcające do korzystania (w zasadzie wejść trzeba z poziomu komputera z tym routerem połączonego).

Jak nietrudno się domyślić, dawno porządków tam nie robiłem, więc i sporo różnych śmieci było. Najwięcej oczywiście powiadomień o wystawieniu faktury, wysyłanych hurtowo na wszystkie numery (router jest częścią pakietu). Było trochę SMSów które można zakwalifikować jako spam, o tym właściwie mógłbym napisać osobną notkę skąd się mogą brać SMSy wysyłane na numer, z którego nigdy do nikogo (poza serwerem) nie dzwoniono (to o czym pisałem w poprzednim akapicie to był inny router i numer), ani którego nigdy nikomu nie podawano (sam musiałbym chyba w fakturze sprawdzić co to za numer). Po uprzątnięciu tego wszystkiego zostały alerty RCB, które z niejasnych powodów zostawiłem…

Więc takich alertów mam w pamięci routera 17, najstarszy ma 22 miesiące.
Trzy z nich to ostrzeżenia przed bardzo silnym wiatrem.
Jeden to ostrzeżenie przed burzami z gradem, intensywnymi opadami i możliwymi podtopieniami.
Osiem to kombinacje burz, gradu, opadów, wiatru i podtopień.
Cztery to informacje dotyczące koronawirusa.
Jeden to informacja dotycząca II tury wyborów.

Nie, nie mam żadnej błyskotliwej puenty, po prostu chciałem sobie to podsumować.

Refleksje murzyńskie

Temat słowa „Murzyn” poruszałem już na blogu nie raz, czy to w formie poważniejszej analizy, czy luźniejszej refleksji. Ostatnio na Twitterze – wśród tysiąca innych kłótni – pojawiły się na nowo spory o to, czy jest to słowo obraźliwe, dowiedziałem się przy okazji że Afroamerykanin jest trochę passe, i że zasadniczo powinno się mówić „Czarny”.

Na ile rozumiem, takie podejście służy dostosowaniu się do konwencji przyjętej w innych językach, w szczególności we współczesnej lingua franca anglosaskiego pochodzenia. Konsekwentnie jednak uważam, że mechaniczne przenoszenie pojęć jest błędne, ponieważ w polszczyźnie w odniesieniu do człowieka „czarny” zawsze miał znaczenie lekko pogardliwe, z nutą białej wyższości, natomiast „Murzyn” był zasadniczo opisowy (próby wysilonego przypisywania mu negatywnych konotacji w oparciu o parę związków frazeologicznych są śmieszne, zasadniczo Grecy też powinni się obrazić za „udawanie Greka”), mniej więcej w tej samej kategorii co „Indianin” – odwrotnie niż w angielszczyźnie. Co więcej, polski odpowiednik głęboko obraźliwego „nigger” właśnie od „czarnego” pochodzi, a nie od „Murzyna”, mogę tylko mieć nadzieję że w ramach fikołka językowego nikt nie zacznie próbować przekładać „nigger” jako „murzynek” zamiast „czarnuch”.

Czy warto „umierać za Murzyna”? Język, jak wiadomo, elastycznym jest, uzus może wszystko, możliwe że za parę dekad Murzyn wyjdzie z użycia tak jak Eskimos czy Cygan. Jeżeli osoba czarnoskóra sobie nie życzy, można do niej nie mówić per „Murzyn”, zresztą uważam za zupełnie bez sensu podkreślanie w rozmowie tego rodzaju cechy; oczywiście można o takiej osobie też nie mówić „Murzyn”, aczkolwiek obraźliwość zasadniczo jest w oku mówiącego (choć to słyszącemu jest potencjalnie przykro).

Miley

Jednym z moich ulubionych zajęć jest zapewnianie transferu międzyserwisowego – jak znajdę coś ładnego na fejsie, to przenoszę na twittera, jak znajdę coś ładnego na twitterze, to przenoszę na fejsa; dzięki temu radość mam poniekąd podwójną. Kiedy znalazłem na twitterze okolicznościowy żart z fikcyjnym festiwalem muzycznym, nie wahałem się ani chwili – zwłaszcza że zanosiłem się śmiechem po przeczytaniu że jednym z fikcyjnych wykonawców będzie MILEY VIRUS.

miley virus

O sparodiowanej w ten sposób Miley Cyrus niewiele w sumie mogę powiedzieć (a nie robiłem riserczu, świadomie piszę z ulotnej pamięci). Kiedyś była chyba gwiazdą młodzieżowych programów Disneya (z jakimś Efronem albo bez), potem dorosła przynajmniej metrykalnie i zajęła się byciem znaną. Coś zapewne nagrywała i koncertowała (nie mam pojęcia, nie kojarzę żadnej piosenki, więc nawet nie powiem jakie mam zdanie na temat tego co i jak śpiewa), bardziej mi się zapamiętały plotki o skandalikach scenicznych, wskazujące na ratowanie statusu celebrytki w sposób dość rozpaczliwy raczej niż na robienie kariery jako wciąż młodej gwiazdy.

miley woody

Tym większym dla mnie zaskoczeniem było, kiedy ją zobaczyłem w serialu Woody’ego Allena „Kryzys w sześciu scenach”. Sam serial to takie trochę rozciągnięcie typowych grepsów Woody’ego z rozmiaru filmu do sześcioodcinkowego miniserialu komediowego osadzonego w latach 60-tych, w którym postać Miley – dość jednowymiarowa, jak w zasadzie wszystkie postacie serialu – stanowi spiritus movens (w fabułę nie będę wchodzić, jak kto ciekaw to na Amazon Prime obejrzy). Oprócz niej (i Woody’ego oczywiście) mamy cudownie sepleniącą Elaine May oraz w drugoplanowej roli przemykającą Rachel Brosnahan, czyli panią Maisel. Parę żartów naprawdę udanych, jak kto lubi Woody’ego to zapraszam, jak nie lubi – to na własną odpowiedzialność.