Już trzeci tydzień mija odkąd mieliśmy drugą turę wyborów prezydenckich, poszliśmy tłumnie, głosy rozłożyły się niemal po równo (przy 21 mln głosów różnica między wynikami dwóch kandydatów to niecałe 370 tysięcy). Pojawiają się sugestie, że głosy nie wszędzie zostały prawidłowo policzone (z przyczyn dowolnych), nawet kilka kontrolnych przeliczeń to potwierdziło (w, powiedzmy, 10 komisjach na 32 tysiące). Jest już nawet akcja „Przeliczmy Głosy”…
Zastanawiam się luźno nad jedną kwestią: czy proponujący takie ponowne liczenie głosów zdają sobie sprawę, że takie przeliczenie nie jest w stanie zmienić wyniku wyborów? O, powie wiele osób, na pewno nie zmieni bo Izba Która Nie Jest Sądem nie uzna – ale ja nie o tym. Otóż bez względu na to, ile głosów faktycznie oddano na którego z kandydatów (wiemy ile ich było w protokole sporządzonym przez Państwową Komisję Wyborczą, która jednak opiera się tylko na przesłanych jej protokołach z komisji niższego szczebla, a nie przegląda samodzielnie tych 21 mln kart do głosowania, leżących zresztą grzecznie w województwach), wybory wygrał i prezydentem został Karol Nawrocki, a nie Rafał Trzaskowski – bo tak stanowi protokół (i uchwała) Państwowej Komisji Wyborczej.
W przypadku, gdyby się okazało, że Rafał Trzaskowski jednak otrzymał w drugiej turze więcej głosów niż Karol Nawrocki, Sąd Najwyższy zgodnie z prawem może jedynie stwierdzić nieważność wyboru Karola Nawrockiego na prezydenta. Nie oznacza to absolutnie wyboru Rafała Trzaskowskiego, ale… konieczność zarządzenia nowych wyborów prezydenckich. Czyli przeliczylibyśmy głosy po to, żeby (ewentualnie) móc za nie więcej niż 2,5 miesiąca zagłosować ponownie (przy czym powtarzamy całą procedurę, zaczynając od zbierania podpisów pod kandydaturami…).
Nie piszę tego, żeby argumentować przeciw (lub za) ponownemu przeliczeniu głosów. Piszę to tylko po to, żeby wszyscy* mieli świadomość, jak to się potencjalnie zakończy.
*wszyscy którzy to przeczytają, oczywiście




