barażyk

Przyznam szczerze, że eliminacje do przyszłorocznych zamorskich mistrzostw świata w piłce nożnej wzbudziły we mnie bardzo umiarkowane zainteresowanie – czy to z racji tego, że się zestarzałem i futbol nie budzi już we mnie takich namiętności jak kiedyś, czy z racji tego, że wcześniejsze wyczyny reprezentacji przysparzały emocji jak u dentysty, czy może wreszcie z racji tego, że lokalizacja (przynajmniej częściowo) w dzikim obecnie kraju oraz dość poroniony format nie budzą entuzjazmu dla samego turnieju.

W każdym razie, przetłukliśmy fazę grupową nawet bez większego wstydu, zajęliśmy dumnie znakomite drugie miejsce i z tegoż drugiego miejsca gramy w barażach (w sumie jak cztery lata temu). Z racji znakomitości (niedoskonałej) naszego drugiego miejsca w losowaniu byliśmy rozstawieni na tyle, że w pierwszym meczu mieliśmy zagwarantowany mecz na własnym stadionie. I oto w efekcie losowania 26 marca 2025 roku zagramy – może w Chorzowie, może w Warszawie – z Albanią, a jeśli* wygramy, to 31 marca 2025 roku o awans na mundial zagramy z Ukrainą lub Szwecją.

W tym miejscu przyznaję się do malutkiej ignorancji – mianowicie pozostawałem w nieuzasadnionym przekonaniu, że drużyna z wyższym rozstawieniem w losowaniu będzie w drugim meczu gospodarzem (byłoby to zresztą logiczne, prawda?), ale właśnie się wyprowadziłem z błędu – gospodarz drugiego meczu był losowany i będzie nim (w naszym przypadku) zwycięzca meczu Ukraina-Szwecja. W każdym razie, odkąd zerknąłem na format baraży (jeszcze bez wgłębiania się), dręczyła mnie myśl: jak w FIFA wyobrażają sobie organizowanie meczu międzynarodowego w ciągu kilku dni, skoro w czwartek wieczorem będzie wiadomo gdzie mecz powinien się odbyć, a w najbliższy wtorek stadion powinien być gotowy na przyjęcie piłkarzy, sędziów i kibiców….?

Otóż rozwiązanie jest zgoła genialne: obaj potencjalni gospodarze rozegrają u siebie mecz tego dnia. Ci szczęśliwsi baraż, ci mniej szczęśliwi mecz towarzyski z drugimi mniej szczęśliwymi (PDF).

A zatem użyta dwa akapity wyżej *gwiazdka prowadzi do następującego sprecyzowania: niezależnie od tego czy wygramy z Albanią, 31 marca 2026 roku zagramy z Ukrainą lub Szwecją (ze Szwecją w Sztokholmie, w przypadku Ukrainy trudno nawet zgadywać gdzie właściwie) – baraż o awans do mistrzostw świata lub, well, barażyk o honor.

Amanda

Ma 23 lata, jest Amerykanką, której rodzice wyemigrowali z Rosji pod koniec ubiegłego stulecia. Jako nastolatka wygrała zawodowy turniej w Bogocie i zagrała w półfinale Roland Garros, później kręciła się w zawodowym tourze bez większych sukcesów, aż ogłosiła przerwę z powodu wypalenia i obawy o zdrowie psychiczne. Wróciła w zeszłym roku z nową siłą, osiągnęła pierwszy w życiu finał turnieju najwyższej rangi (w Toronto), na początku tego roku wygrała w Katarze…

Na Wimbledonie miała turniej życia. Była rozstawiona z numerem 13, w pierwszej rundzie zmiażdżyła rywalkę „rowerkiem”, w półfinale odprawiła liderkę światowego rankingu Sabalenkę. Finał Wimbledonu dawał jej pierwszy w życiu awans do Top10 światowego rankingu.

Fakt, w finale czekała zawodniczka, która nigdy w zawodowej karierze nie przegrała finału wielkoszlemowego, przełamać prawo serii to dodatkowe obciążenie dla debiutantki na takim poziomie. Amanda Anisimova nie udźwignęła ciężaru, została rozbita do zera (nie ugrała ani gema), zdarza się. Chwała zwyciężonym, bez nich nie ma zwycięzców.

PS IGA ŚWIĄTEK MISTRZYNIĄ WIMBLEDONU 2025

trzej królowie

Czy może być coś piękniejszego sportowo, niż walka o zwycięstwo do ostatniej chwili? W tym roku w Turnieju Czterech Skoczni od początku rządziła trójka Austriaków: weteran Stefan Kraft, Jan Hoerl i młody Daniel Tschofenig (urodzony już po historycznym szlemie Svena Hannawalda). W Oberstdorfie wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem, w Ga-Pa wygrał Tschofenig, a dwaj pozostali nie zmieścili się na podium. W Innsbrucku wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem…

…i przed ostatnim konkursem w klasyfikacji TCS trzeciego Tschofeniga od pierwszego Krafta dzieliło 1,3 punktu, mniej niż metr. A w Bischofshofen można polatać… I latali. Kraft wygrał kwalifikacje, Tschofenig był czwarty, Hoerl szósty. Kraft wygrał pierwszą serię, Hoerl przed ostatnim skokiem tracił 2,7 punktu, Tschofenig 6,5…

Było wiadomo, że w ostatniej serii skoki będą o być albo nie być. Tschofenig skakał jako pierwszy (z piątego miejsca), oddał skok niemal perfekcyjny (58 pkt za styl). Hoerl (z trzeciego miejsca) odpowiedział skokiem poza rozmiar skoczni, ale nie wytrzymał lądowania, „szesnastki” od sędziów oznaczały że spadł za Tschofeniga nie tylko w klasyfikacji konkursu, ale i całego Turnieju. Kraft miał „prostą drogę” – ale z uwagi na zawirowania wiatru długo czekał na górze (schodząc z belki). Kiedy skoczył, nie wykorzystał tego, że wiatr w plecy ma słabszy niż rywale (co teoretycznie pozwala lecieć dalej, ale daje mniej punktów za wiatr) – wylądował bliżej, i spadł na trzecie miejsce w obu klasyfikacjach. Ostatecznie różnica między pierwszym a trzecim zawodnikiem wyniosła 4,1 pkt (tak, pamiętam jak Janda i Ahonen mieli na koniec Turnieju różnicę 0,0 pkt).

PS chciałbym pretendować do autorstwa błyskotliwego tytułu, ale wszyscy komentatorzy zdążyli go oklepać do zanudzenia

PPS oczywiście piękniejsze by było gdyby o zwycięstwo walczył Polak lub nawet trzech Polaków, ale z czysto sportowego punktu widzenia to bez znaczenia

Paryż, 666

Nie, to nie adres, numer telefonu, ani nawet kod pocztowy. Ot, ta liczba będzie poniekąd bohaterką dzisiejszego wpisu 🙂 A dlaczego? Otóż odbył się dziś konkurs skoku w dal pań. W ostatniej kolejce jedna z zawodniczek skoczyła dokładnie 666 centymetrów, i był to wynik bardzo znaczący. Wbrew pozorom nie był to jej najlepszy wynik, ten wynosił bowiem o centymetr więcej – 667 centymetrów. Ale dokładnie taki sam najlepszy wynik miała też inna zawodniczka. W takiej sytuacji o miejscu decyduje drugi najlepszy rezultat (trzeci gdyby oba były równe etc..) – a ten rywalka miała dokładnie 665 centymetrów. I tak oto centymetr do centymetra i zrobiła się przewaga na miarę miejsca w klasyfikacji. Szóstego, dodajmy.

Za czasów Małysza mówiło się, że ważne aby oddać dwa dobre skoki. Maksymę tę bardzo wzięła sobie do serca inna z zawodniczek tego konkursu skoku w dal – bo oddała serię pięciu dobrych, regularnych skoków, wszystkie wyniki mieściły się w obrębie dziesięciu centymetrów. Cóż, niestety do medalu zabrakło jej skoku o dziesięć centymetrów dalszego…

Bo ostatecznie nie decyduje równość formy, tylko najlepszy wynik. W konkursie rzutu dyskiem Jamajczyk miał serię w miarę przyzwoitych rzutów – i jeden zdecydowanie odbiegający, dający mu złoty medal o trzy centymetry. W konkursie rzutu oszczepem Indus miał jeden dobry rzut – dosłownie żaden pozostały nie został zaliczony – który wystarczył na srebrny medal. Czemu tak wyliczam? Bo mam nadzieję, że Marii Andrejczyk po kwalifikacjach wygranych pierwszym rzutem, uda się w finale zdobyć medal takim przynajmniej jednym dobrym rzutem, zamiast serii takich tuż obok medalu.

Paryż, dzień ósmy

W prastarym dowcipie było, że jedziemy wypowiadać wojnę Chińczykom, a Chińczycy pytają: ilu was jest? czterdzieści milionów? z którą ulicą chcecie walczyć?

Liczba ludności nie przekłada się automatycznie na sukcesy. Owszem, na Igrzyskach Chińczycy prowadzą w tabeli medalowej (16 złotych medali), ale nie oznacza to, że w każdej dyscyplinie i każdej konkurencji brylują. A czasem nie mają szans nawet nie z Guliwerami, ale z liliputami.

Pomiędzy Gwadelupą a Martyniką leży wyspa Dominika (wiem, możecie nie być pewni czy nie pomyliłem z Dominikaną, to akurat jest „tylko” państwo, nie wyspa), która ma mniej więcej tylu mieszkańców co Inowrocław. Z tej wyspy pochodzi lekkoatletka Thea Lafond, która właśnie wywalczyła dla Dominiki (państwo obejmujące tę wyspę) złoty medal w trójskoku.

Ale to jeszcze nic. Na południe od Martyniki leży wyspa Saint Lucia, na której jest państwo Saint Lucia. Mieszkańców ma tylu co Bytom. I z tej wyspy pochodzi biegaczka Julien Alfred, która dziś wieczorem nie dała szans reprezentującym potęgi rywalkom w ikonicznym biegu na sto metrów (naszej Ewie Swobodzie z 60-tysięcznych Żor zabrakło jednej-dwu setnych sekundy do awansu do finału). Mógłbym jeszcze wspomnieć, że nieco dalej na południe leży Grenada (sami znajdźcie informacje), której reprezentant zdobył dziś brązowy medal w dziesięcioboju… Chińczyków nie zauważono.

W cieniu tych medali zostaje wyścig kolarski wokół Paryża i jego ulicami. Na samym początku wyścigu sformowała się ucieczka złożona z czterech kolarzy afrykańskich oraz Tajlandczyka. Prowadzili wyścig przez jakiś czas, między innymi pod pałacem w Wersalu, później oczywiście zostali dogonieni przez szybszych i bardziej doświadczonych. Z tej piątki czterech nie ukończyło wyścigu, piąty (Ugandczyk) zajął ostatnie miejsce. Jak to nie jest kwintesencja coubertinowskiego udziału, to nie wiem co może nią być. W każdym razie chłonę tę różnorodność.

Paryż, poranek szósty

Dla olimpijskich nerdów fascynujące jest obserwowanie, jak zmienia się tabela klasyfikacji medalowej – w kilka godzin, kwadransów, minut kolejność może się zmieniać w miarę jak kończą się kolejne konkurencje. Zwłaszcza jeśli liczy się „klasycznie”, czyli uwzględniając kolor medali (jeden złoty ma pierwszeństwo przed dziesięcioma srebrnymi) – najwięcej medali ogółem mają Amerykanie, ale (póki co) znacznie mniej złotych niż by chcieli.

Dla olimpijskich szowinistów istotne jest, kto jest przed „ich” reprezentacją (ewentualnie kto jest za nią). Tacy mniej się cieszą z faktu, że mamy już trzy medale (do srebra szpadzistki i wioślarze dodali dwa brązowe), a bardziej patrzą z niedowierzaniem pomieszanym ze złością, że w tabeli medalowej wyżej stoją Gruzja (złoto i srebro), Gwatemala (złoto i brąz), Ekwador (złoto) czy Korea Północna (dwa srebrne). Zupełnie jakby Igrzyska już się skończyły.

Dla miłośników olimpijskiej wielobarwności jest raj. Medale zdobyło już (na moment pisania tego zdania) 48 reprezentacji, w tym 28 zdobyło złote (aż się nasuwa wniosek że o złote łatwiej…). Ale kiedy patrzę na listę uczestników np. takiego chodu na 20 km, na której flagi państw wielkich i potężnych (sportowo) mieszają się z małymi i niepozornymi, i wcale nie wiadomo których spodziewać się w której części – wtedy czuję tego Ducha Sportu (i niekoniecznie w sensie samego tylko udziału, w końcu złoto zgarnął Ekwadorczyk).

Paryż, dzień trzeci

Młyny olimpijskie mielą wytrwale, konkurencja za konkurencją, cały czas się dzieje. Oczywiście rozdają też medale, w tych konkurencjach, które można skończyć w jeden-dwa-trzy dni. Liczba reprezentacji z medalami się prawie podwoiła, dołączyły między innymi Uzbekistan, Kosowo, Mołdowa czy Ukraina, ale…

…dla nas najważniejsze jest oczywiście, że dołączyła także Polska. Kajakarka górska Klaudia Zwolińska w slalomie miała drugi czas eliminacji i drugi czas półfinału, podsumowała to drugim czasem przejazdu finałowego i w efekcie drugim w historii medalem olimpijskim dla Polski w kajakarstwie górskim (nie pewnym, ale też niezupełnie nieoczekiwanym). Cieszymy się i oczywiście prosimy o więcej!

Igrzyska to oczywiście też nie tylko medale. W rundach eliminacyjnych widzimy wielu zawodników startujących w imię coubertinowskiej zasady udziału (gdyby startowali bezpośrednio z najlepszymi, widzielibyśmy sportową przepaść), ale ich historie czasem zapamiętuje się lepiej niż walkę o medale. W Paryżu w rundzie eliminacyjnej turnieju ping-ponga wystąpiła reprezentująca Liban 46-letnia Mariana Sahakian, urodzona w Armenii. Pomyśleliście: o!? To teraz pomyślcie, że jej rywalką była reprezentująca Chile 58-letnia Zeng Zhiying (nazwisko z przodu), oczywiście Chinka z urodzenia i pochodzenia, która wiele lat reprezentowała Chile, po czym… na 20 lat przerwała karierę. Wznowiła ją po tym, jak w pandemii kupiła sobie do domu stół do ping-ponga, stwierdziła że wciąż pamięta co robić z rakietką, i… zakwalifikowała się na Igrzyska. Mecz wygrała młodsza (i to był koniec jej sukcesów), ale historia im obu zostanie po wieki wieków.

Paryż, dzień pierwszy

Za nami ceremonia otwarcia. Jedni zachwyceni, inni oburzeni, mnie nie zrobiła różnicy. Jedyne nad czym się zastanawiałem, to czy ktoś ze sportowców się nie przeziębi na tym deszczu, ale w sumie nie wiem jak długo oni tymi barkami płynęli po Sekwanie i co robili po dopłynięciu do Trocadero.

Ale to tak naprawdę był dzień zerowy, dnia pierwszego zaczęła się walka o medale (choć rywalizacja turniejowa zaczęła się już w dniu minus drugim) z całą jej wielobarwnością. Dominują oczywiście „tradycyjni podejrzani”, ale pierwszy medal zdobyli strzelcy z Kazachstanu (wygrali pojedynek o brąz). Na koniec dnia mieliśmy medalistów z 20 różnych reprezentacji, w tym Hongkongu (mistrzyni w szpadzie), Fidżi (rugbyści), Mongolii (dżudoczka) czy Tunezji (szablista).

Na liście medalistów nie ma Polaków (nie sprawdzałem czy „z pochodzenia” też nie…), bo i za bardzo nie mieliśmy szans – z grubsza wiadomo, kto ma jakie możliwości. Owszem, zawsze może zdarzyć się „dzień konia” i ktoś niespodziewanie będzie pokonywać nominalnie lepszych/bardziej doświadczonych rywali, nawet przez mrugnięcie oka wydawało się że debiutująca na Igrzyskach szpadzistka Alicja Klasik może sprawić niespodziankę po tym jak w dogrywce pokonała Włoszkę i w pojedynku o ćwierćfinał doprowadziła do dogrywki z Estonką. Cóż, w dogrywce decydujące trafienie należało już do Estonki, która później jednym punktem wygrała ćwierćfinał i również jednym punktem przegrała mecz o brązowy medal… kto chce, niech myśli że byliśmy o dosłownie parę trafień od medalu.

polonijny miks(t)

z dedykacją dla Piotrka za to że swoim komentarzem zmotywował mnie do pisania

Polskość. Polacy – jak zapewne większość nacji – rozchodzili się po świecie we wszystkie strony, gdzieniegdzie się osiedlali jak Skłodowska czy Domeyko, gdzie indziej zostawiali przejściowy ślad jak Strzelecki czy Czerski. Jednym z naszych ulubionych sportów (i pewnie nie tylko naszych) jest odszukiwanie polskich korzeni, sam nie jestem od tego wolny, choć żartem raczej zwykle.

Skończył się właśnie turniej Australian Open (daję słowo, jak zaczynałem pisać jeszcze trwał, Włoch – jak samo nazwisko wskazuje z włoskich Tyrolczyków – Sinner pokonał Rosjanina Miedwiediewa). W pewnej chwili zauważyłem, że w ćwierćfinałach miksta wśród 16 zawodników występowali Gadecki, Dabrowski, Zieliński, Krawietz, Skupski i Krawczyk (reprezentujący kolejno Kanadę, Australię, Polskę, Niemcy, Wielką Brytanię i USA, pary na zwykłych turniejach nie muszą się składać z zawodników tej samej nacji, to nie igrzyska olimpijskie). Oczywiście nie zgłębiałem życiorysów każdego z nich, ale brzmienie nazwisk jest tak typowo polskie, że wydaje się mało prawdopodobne żeby ich przodkowie pochodzili skąd indziej. Połowa z nich dotarła aż do finału…

I w tym miejscu możemy dać upust radości, bo na koniec górą był najbardziej polski z polsko wyglądających zawodników – mistrzem Australian Open 2024 został Jan Zieliński (w parze z Chinką z Tajwanu, Su-wei Hsieh)!

skok życia

Więc kiedy masz oddać skok życia, to dobrze wybierz moment. Niech to będzie decydująca seria konkursu o mistrzostwo świata, w którym po pierwszej serii różnice między pierwszym a piętnastym miejscem zamykają się w czterech metrach (na średniej skoczni, ale wciąż w czterech). Niech to będzie moment, w którym trafisz w loterii wiatrowej – dostaniesz (średnio) minimum wiatru pod narty, żeby zyskać odrobinę noszenia, ale nie na tyle, żeby zbyt wiele odjęto od wyniku, zamiast wiatru w plecy, który przydusi na zeskoku, nawet dając dodatkowe punkty. Niech to będzie lot na rekord skoczni z trzynastej pozycji…

Dziesięć lat temu był głównie wesołkiem i kiedy dziesięć lat temu znienacka udało mu się wygrać konkurs Pucharu Świata w Oslo (ex aequo ze Schlierenzauerem), wydawało się, że to szczyt jego możliwości. Nawet jeśli chwilę wcześniej zdobył z kolegami historyczny medal mistrzostw świata w drużynie, to z kolei rok później w dużej mierze zawalił im historyczną szansę na pierwszy drużynowy medal olimpijski. Ale potem przyszedł kolejny medal mistrzostw świata w drużynie, potem indywidualny medal mistrzostw świata, potem drużynowe mistrzostwo świata i drużynowe medale mistrzostw świata w lotach… Można było się zastanawiać, w jakim stopniu to czyja zasługa, w końcu ten historyczny olimpijski medal drużynowy koledzy wydarli w Pjongczangu bez niego. Ale…

Oddając skok życia, dołączył do Birgera Ruuda, Martina Schmitta i Adama Małysza. Piotr Żyła obronił indywidualny tytuł mistrza świata (jako czwarty skoczek w historii). Czy sięgnie jeszcze po medal olimpijski?