Iranki

Nie wiem jak się rozwinie trwająca w Iranie fala protestów, czy doprowadzi do upadku reżimu ajatollahów, czy skończy się jak kilka przed nimi. Nie wiem, czy uczestnicy tych protestów mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, w Iranie lub poza nim. Wiem jedno: mają swój moment wolności (jak pisał wieszcz, „Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”).

Media obiegły fotografie, jak Iranki zapalają papierosy od płonących zdjęć ajatollaha. Jedno szczególnie tkwi mi w pamięci: nie dlatego, że płomień na nim wielki, nie dlatego, że kobieta urodziwa, ale bije z niego wspaniała siła, umiejętnie dawkowana pogarda łączy się z poczuciem stylu, iście paryski chic. Zdjęcie zostanie ikoniczne niezależnie od tego co tę kobietę spotka w życiu (a temat dalszych losów bohaterów takich zdjęć bywa smutny).

Nie znam autora zdjęcia (jak poznam to dopiszę), ale prawdopodobnie udało mu się uchwycić XXI-wieczną wolność wiodącą lud na barykady.

pradziadkowie

Wszystkich Świętych to moment refleksji. Także nad tym, że przy cmentarzach widuje się samochody z mniej i bardziej odległych stron, kiedy ludzie odwiedzają rodziny; ja wprawdzie nabijam zwykle wtedy kilometry jeżdżąc od miasta do miasta, ale to wszystko jednak w obrębie parudziesięciu kilometrów. Cóż, rodziny bywają czasem rozległe, odległe i zakręcone…

Więc pradziadek S., po którym noszę nazwisko. Urodził się na Żmudzi w polskiej rodzinie szlacheckiej, posiadającej mająteczek ziemski, lecz nie bardzo duży, zwłaszcza przy kilkorgu dzieci. Wyuczył się na buchaltera, znalazł pracę w majątku ziemskim na Zadnieprzu. Ożenił się z córką właścicieli majątku, ale po ich rychłej śmierci znalazł nową pracę w innym okraju Imperium, na moje szczęście w Priwislu, a nie na Kaukazie. Historia rozdzielała go z rodziną, na groby rodziców pojechał po normalizacji stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą.

Więc prababcia W. z Galicji przy granicy z Kongresówką, o której wiadomo tyle, że jej nazwisko rodowe zachęcało do, he, he, seksu. Może dlatego urodziła pradziadkowi J. dziewiątkę dzieci i umarła mając lat 55, nie doczekawszy wnuków z mojej linii rodzinnej.

Więc pradziadek T., o którym wiem tyle, ile jego syn malarz napisał do swoich akt personalnych. Murarz z chłopskiej rodziny, nawet nie wiadomo gdzie pochowany, bo podczas I wojny światowej umarł na tyfus i leży w jakimś wspólnym grobie, nie wiem czy na froncie, w obozie czy jeszcze inaczej.

Więc prababcia A., z rodziny o pospolitym polskim nazwisku. Wątły przekaz rodzinny głosi, że pracowała jako służąca. Jedyny pewnik to akt ślubu z F. i trójka synów urodzonych na okrajach Lasów Janowskich, w tym jeden który po wojnie powrócił od Andersa.

Więc pradziadek J., z rodziny małomiasteczkowych organistów znad Sanu. Jego córka musiała aż na białoruskie Polesie wyjechać do pracy w szkole, żeby spotkać swojego męża pochodzącego ze wsi raptem 30 km odległej od jej miejsca urodzenia. Zmarł pod koniec wojny, ale raczej śmiercią emeryta.

Więc prababcia A., z ruskiej rodziny szlacheckiej (nazwisko jej rodziny występuje w carskich wykazach szlachty). W wieku 18 lat wyszła za mąż, urodziła syna, po czym następnego 10 lat później urodziła już drugiemu mężowi, Polakowi-buchalterowi, za którym przeprowadziła się na ówczesne pogranicze rosyjsko-pruskie. Wiosną 1914 roku pojechała z synem w odwiedziny na rodzinne Zadnieprze i wrócili do Polski po 10 latach. Mieszkańcy rodzinnego majątku wstawili się za nią i synem, ratując ich przed rozstrzelaniem, jej starsza siostra miała mniej szczęścia.

Więc pradziadek F., z rodziny o niemiecko brzmiącym nazwisku, choć nic nie wskazuje na kolonistę na Lubelszczyźnie. Oprócz tego, że się ożenił z A. i spłodził synów, wiadomo o nim tylko tyle, że miał siostrę, która utrzymywała przynajmniej jednego z jego synów podczas nauki szkolnej.

Więc prababcia M., o której rodzinny przekaz niesie że popełniła mezalians z T. i zamieszkała z nim na wsi w dawnym księstwie siewierskim. Po jego śmierci przeprowadziła się z piątką małoletnich dzieci z powrotem do nieodległego rodzinnego miasta i tam jakoś przetrwała (tak, dzieci szły do pracy).

Dwoje odwiedziłem, do dwojga mi za daleko. Groby czworga nawet nie wiem czy istnieją.

leniwa listopadowa niedziela

Wstałem o 9.11. Słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie rozświetlając świat…

Tego dnia słońce wzeszło o 6.36, zachodzić miało o 16.23. Dzień miał więc trwać 9 godzin i 47 minut (587 minut). Skoro wstałem o 9.11, czyli 2 godziny 35 minut (inaczej: 155 minut) po wschodzie słońca, to znaczy że przespałem 26,4% czasu, kiedy słońce było na niebie. Czyli ponad jedną czwartą dnia. Czy w takiej sytuacji wypadałoby mi narzekać na to, że dzień jest zbyt krótki?

W dyskusji nad tym, jaki powinniśmy mieć czas, niebagatelną rolę odgrywa bowiem „wojenka” między „skowronkami” a „sowami” – ci pierwsi wstają wcześnie i dzień mają dłuższy, ci drudzy wolą siedzieć do późna, a „siódma rano to dla mnie noc”. Ci drudzy są też nieporównywalnie głośniejsi w nawoływaniach, że dzień „ma być dłuższy” (czyli powinniśmy mieć na stałe czas letni), bo „nie mają kiedy zażyć słońca” (oczywiście nigdy też nie dostrzegają, że za sprawą czasu letniego wstają o tę godzinę wcześniej, co mogliby zrobić dokładnie tak samo w czasie zimowym, tylko wolą „spać rano”)…

Ostatnie trzy godziny niedzielnego dnia (światła, gdyby ktoś miał wątpliwości) spędziłem na powietrzu. Pewnie mógłbym dłużej, gdyby….

czas lokalny, czas…

Dziś ostatni dzień czasu letniego, od kilku dni tradycyjnie narasta awanturka o to czy zmieniać czas, a jeżeli to na jaki – pisałem już na ten temat tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego wolę się dzisiaj skupić na tym skąd właściwie się wziął problem, i wbrew pozorom nie chodzi mi o motywacje do wprowadzenia zmiany czasu, tylko o to jak doszło do tego, że „rządzi” nami zegar.

Pisałem już, że ustalenie godzinowego podziału dnia ma oczywiście funkcję porządkującą, i że problemem jest, że przyzwyczailiśmy się do tego, że określona godzina kojarzy nam się z porą na konkretne czynności – czy będzie to otwieranie sklepów o 6 rano, rozpoczynanie lekcji o 8 rano, niedzielny obiad w południe, popołudniowa herbatka o 5, wieczorny serwis informacyjny w telewizji o 19.30, cokolwiek. Nawyk powoduje, że trzymamy się tych godzin bez względu na to czy jest ciemno, czy jasno (OK, obiad w południe zawsze będzie po jasnemu) i nie chcemy tego zmieniać – prostsze wydaje się nam, że od jutra dodamy czy odejmiemy godzinę i będziemy udawali że wszystko nie jest wcale o zmienionych godzinach.

W istocie cały problem ma charakter cywilizacyjny. 250 lat temu nie istniał w ogóle, każde miasteczko żyło według swojego lokalnego czasu słonecznego; jedynie marynarze mieli na statkach zegar nastawiony według czasu „domowego”, dzięki czemu mieli punkt odniesienia pozwalający im na ustalenie ich aktualnej długości geograficznej. Dopiero kiedy w XIX wieku ruszył rozwój kolei, to szybko różnice pomiędzy czasem lokalnym w poszczególnych miasteczkach (w samej Anglii mogły wynosić po kilkanaście minut) stały się istotne, bo jak ma wyglądać rozkład jazdy, jeżeli między Norwich a Londynem czas lokalny różni się o 10 minut? I tak oto w 1840 roku spółka The Great Western Railway podjęła kluczową decyzję: w swoich rozkładach zaczęła używać wyłącznie średniego czasu Greenwich (GMT), i taki czas pokazywały zegary na „jej” stacjach. Za jej przykładem poszły inne spółki kolejowe, i w ciągu 15 lat 98% miejscowości dostosowało się do „czasu kolejowego” (w wielu miejscowościach zegary miewały dwie wskazówki „minutowe”, jedna pokazywała czas lokalny a druga kolejowy), a w 1880 cała Anglia przyjęła oficjalnie jednolity czas. A w 1884 roku średni czas Greenwich został przyjęty jako punkt odniesienia dla całego świata (choć oczywiście określenie strefy czasowej jest już wewnętrzną sprawą każdego kraju). A jeszcze potem zglobalizowaliśmy się i uważamy, że skoro piłkarska Liga Mistrzów ma zapisane, że mecz zaczyna się o 20.45 („naszego” czasu, czyli obowiązującego od Vigo w hiszpańskiej Galicji do Przemyśla w „naszej” Galicji), to jest to święte – pomimo że z uwagi na rozpiętość geograficzną w Portugalii jest wtedy 19.45, w Stambule 21.45, a w Baku czy Ałmaty i tak gra się o 18.45 (tam wtedy jest odpowiednio 20.45 i 21.45).

Wracając na nasze podwórko – jeżeli zrezygnujemy ze zmiany czasu i nie zdecydujemy się na lokalne zmiany harmonogramu dnia, to może warto kompromisowo rozważyć zamiast wyboru między czasem „szczecińskim” (zimowy) a „kijowskim” (letni) przyjęcie czasu „lubelskiego” (GMT plus 1 godzina i 30 minut), „krakowskiego” (GMT plus 1 godzina i 20 minut) lub „gdańskiego” (GMT plus godzina i 15 minut). Strefy czasowe „plus 30 minut” funkcjonują w wielu krajach, „plus 20” póki co chyba w żadnym (ale „plus 45 minut” już jak najbardziej), tyle że pewnie nie będzie nam się podobało sprawdzanie różnic czasowych między krajami. Przypominam, że im większy „plus”, tym później rano będzie jasno na zachodzie kraju, co zimą zrobi różnicę przy zaczynaniu pracy/szkoły

PS w dyskusji ktoś rzucił pomysł, żeby w lecie stosować czas „zimowy plus 2h” (GMT +3) – wtedy wschód słońca byłby bliżej 6, za to zachód słońca o 22 czy 23. Well, myślę sobie – czy wtedy inne pory roku powinny być gorsze? Zróbmy czas zimowy, wiosenny, letni i jesienny!

dwa miejsca

W pierwszym miejscu zamordowano setki cywilów. Zamordowano ich tylko za to, że byli, kim byli – kimś, kogo mordercy chcieli wyeliminować z tego świata.

W drugim miejscu toczyła się bitwa, prowadzona pomiędzy tysiącami cywilów. Bitwa doprowadziła do zniszczenia 70% domów i kosztowała życie kilkudziesięciu tysięcy cywilów, przy znacznie mniejszej liczbie zabitych żołnierzy.

Niektórzy dziś mówią, że śmierć dziesiątek tysięcy cywilów w bitwie to większa zbrodnia niż zamordowanie setek z premedytacją. Kult liczb, sądzę.

To drugie miejsce to Wrocław, oblegany w I połowie 1945 roku przez Armię Czerwoną i broniony przez Niemców „do końca”, czyli do maja (skapitulował w przeddzień kapitulacji III Rzeszy).

To pierwsze miejsce to Palmiry.

czas na czas

Dziś po raz kolejny przestawialiśmy zegary (swoją drogą ciekawe ile w tym rzeczywistej czynności, a ile działania oprogramowania) na czas letni. Oczywiście jak zwykle przy tej okazji powracają dyskusje czy w ogóle zmieniać, a jeżeli przestać zmieniać – to czy zostawić czas zimowy (czyli „naturalny”), czy letni. W praktyce to można ująć po prostu jako pytanie „do jakiej strefy czasowej chcemy należeć”, bez podtekstów ideolo czy nacjo.

Zastanówmy się przez moment nad naszą rzeczywistością geograficzno-astronomiczną. W Nowy Rok wschód słońca w Ustrzykach Górnych wypadał o 7:23, natomiast w Świnoujściu o 8:21. Tego dnia zachód Słońca w Sejnach nastąpił o 15:14 (po dniu trwającym 7 godzin i 28 minut), natomiast w Zgorzelcu o 15:52 (dzień trwał tam 7 godzin 59 minut, a w Ustrzykach nawet 8 godzin 18 minut). Jak w takiej sytuacji ustawić strefę czasową, żeby wszyscy mogli „korzystać ze światła” (najczęstszy argument za czasem bardziej opóźnionym względem Greenwich)? A przecież to nie są wartości ekstremalne – w połowie grudnia w Sejnach słońce zachodziło o 15:03, a dzień trwał nawet poniżej 7 godzin i 21 minut.

Spójrzmy na wartości nie tyle ekstremalne, ile na okresy. Wg czasu GMT+1 w Świnoujściu słońce wschodziło nie wcześniej niż o 8 od 2 grudnia do 25 stycznia (gdybyśmy przeszli na GMT+2, wstawałoby w tym okresie nie przed 9), o godzinie 6 słońce pojawiło się dopiero 22 marca. W Sejnach słońce zachodziło przed 16 od 28 października do 28 stycznia, za to wschodziło nie przed 7 od 18 listopada do 8 lutego (przy GMT+2 w tym okresie wschodziłoby nie wcześniej niż o 8, najpóźniej o 8:46); wschód słońca o 6 nastał dopiero 7 marca. Ten okres „zimowy” trzeba jakoś przetrwać, pytanie czy lepiej mieć „więcej światła” rano czy popołudniu… może oczywiście zależeć od indywidualnych preferencji. Niemniej jakoś mi się przypomniało, że w krajach, które stosują czas właściwy dla miejsca położonego dużo dalej na wschodzie (w Madrycie wschód słońca wypadał po 8 od połowy listopada do połowy lutego), życie… zaczyna się jakoś później.

Spójrzmy na inne okresy. Przez cały maj w Sejnach słońce wstawało między 4 a 5 czasu letniego (czyli między 3 a 4 zimowego), w Ustrzykach Górnych zachodziło między 19:46 a 20:25. W czerwcu najpóźniejsza godzina zachodu słońca w Świnoujściu to była 21:38, w Ustrzykach równo godzinę wcześniej; słońce wstawało wtedy w Sejnach najwcześniej o 3:52 (czyli 2:52 zimowego), w Zgorzelcu o 4:32. Nie robi zatem wielkiej różnicy czy mamy czas letni czy zimowy… bo poranne słońce tak czy owak przesypiamy.

Może zatem nie mamy problemy czasu/strefy czasowej, tylko problem umownego rozkładu dnia?

Gajewska vs Gajewska

W ostatnich dniach głośna zrobiła się sprawa posłanki Gajewskiej (jeżeli nie wiecie jaka, to na pewno wyguglacie, jeśli Was to obchodzi) z Koalicji Obywatelskiej. Przy tej okazji okazało się, że wiele osób nie wie, że Koalicja Obywatelska ma dwie różne posłanki Gajewskie, które mylą się nawet dziennikarzem. Przygotowałem więc ściągę pokazującą, że trudno jest je pomylić.

Aleksandra Gajewska.
Urodzona w Warszawie.
Pełniła funkcję przewodniczącej stowarzyszenia Młodzi Demokraci w Warszawie.
Prowadziła własną firmę.
Ma jedno dziecko.
Występowała na mistrzostwach świata szkół w koszykówce.

konwencja wyborcza SMD // Warszawa 2014

Kinga Gajewska.
Urodzona w Warszawie.
Pełniła funkcję przewodniczącej stowarzyszenia Młodzi Demokraci w Warszawie.
Prowadziła własną firmę.
Ma drugiego męża i troje dzieci.
Występowała w mistrzostwach Polski w motocrossie, Mistrzostwach Polski Formacji Tanecznych oraz mistrzostwach Polski juniorek w zapasach.

Teraz już nikt ich nie pomyli!

PS sprawa dotyczy tej która ma drugiego męża

PPS zdjęcia z Wikipedii

wystrzałowego

Wyobraźcie sobie, że zamierzacie przyjemnie spędzić długi wieczór w miłym towarzystwie, przy trunkach, muzyce i sympatycznych zajęciach. Ciemno się na dworze zrobiło (wiadomo, w zimie dzień krótki), zaczynacie się rozgrzewać…

Nagle w ogrodzie za domem coś wybucha. Raz, drugi. Patrzycie z niedowierzaniem, może z przerażeniem. Po chwili spostrzegacie że za wybuchem idą smugi pocisków, w popłochu odskakujecie od okien. Pękają szyby, kanonada za oknem nasila się.

Do domu wskakują podejrzane, zamaskowane, uzbrojone typy. Jesteście wystraszeni na śmierć. Typy tymczasem rozglądają się po domu, czegoś szukają. Znaleźli fajerwerki przeznaczone na strzelanie po północy. Co oni robią??? Biorą i odpalają je w salonie, w waszej obecności. Co za hałas, co za błyski, co za smród, przecież oni wszystko tu poniszczą…

Wszystkim tym, którzy potrafią witać Nowy Rok/świętować dowolną inną okazję bez walenia petardami i fajerwerkami, życzę spokojnego roku 2024. Pozostałym życzę takiego wieczoru jak opisano powyżej, w końcu to mniej więcej ich wizja świętowania, tylko na ich własnym podwórku, a nie na cudzym.

w kibbutzu, jak to w kibucu

Kibuc to taka jakby wieś, niewielkie skupisko ludzi, wszyscy się znają. Nie będę tu akurat rozwijał historii, teorii ani praktyki kibbutzu, zamierzam opowiedzieć tylko krótką historyjkę. Mieszkali sobie w jednym kibucu niejaka Margalit i niejaki Gadi. Pobrali się, mieli dzieci (później dzieci sprawiły im wnuki). Po jakimś czasie się rozwiedli, mieszkali dalej w tym samym kibucu. Gadi zamieszkał w tym samym kibucu z niejaką Efrat, młodszą od Margalit o 9 lat, która miała swoje dzieci i wnuki.

7 października 2023 roku do kibucu, w którym mieszkali Margalit, Gadi i Efrat, wtargnęli hamasowscy bandyci. 78-letnia Margalit, Gadi, córka i wnuczki Efrat został uprowadzone do Strefy Gazy i przetrzymywani jako zakładnicy. Efrat została zamordowana we własnym domu.

Dziś hamasowscy bandyci zwolnili pierwszą grupę zakładników. Wśród 13 uwolnionych Izraelczyków jest Margalit, jest Doron, córka Efrat, jest dwuletnia Awiw, wnuczka Efrat, jest pięcioletnia (piąte urodziny „obchodziła” uwięziona w hamasowskim tunelu) Raz, wnuczka Efrat. Gadi nadal jest przetrzymywany.

lustereczko powiedz przecie…

…co jest za nami?

Jeżdżę regularnie samochodem już parę dekad, odruch zerkania w lusterka – centralne lub boczne – mam wyrobiony. Na tyle wyrobiony, że chodząc pieszo – zwłaszcza przy wymijaniu ludzi – łapię się na tym, że chcę zrobić szybkie spojrzenie w bok, w kierunku nieistniejącego lusterka (które czasem zupełnie by się przydało, nawet śmialiśmy się z żoną że mógłbym sobie zainstalować, pewnie w jakichś śp. Google Glasses wyświetlacz mógłby być połączony z kamerką umieszczoną za uchem).

Zacząłem w tym roku trochę jeździć na rowerze, w zasadzie wyłącznie na miejskim (stację mam o kilometr od domu, przyjemny spacer na rozgrzewkę i roztrenowanie po). Nie jeździłem od ho-ho-ho, jeżeli powiem od XX wieku to pewnie się nie pomylę, w każdym razie sam nie wiedziałem na ile na początek będę trzymał pion (nie przewracam się). I jedna rzecz mnie w tych wszystkich współczesnych rowerach uderzyła: brak lusterek. Wiem, nie są obowiązkowe, wiem, trudno je umieścić tak, żeby się dobrze trzymały i nie przekręcały się (nie mówiąc o tłuczeniu się czy urywaniu). Niemniej ilekroć mam wykonać jakikolwiek manewr i w tym celu obracać się przez ramię, to bardzo mocno odczuwam, że mi tego lusterka brakuje (pewnie jakbym miał własny rower to dawno bym kombinował jeśli nie z lusterkiem, to z uchwytem na telefon, który by wyświetlał obraz z kamery selfiakowej).

Do pisania tej notki sprowokował mnie głośny dziś incydent pomiędzy autobusem a rowerem gdzieś w Łodzi, kiedy to rowerzysta raźno jechał środkiem drogi (przy linii środkowej), a kierowca autobusu równie raźno postanowił go wyprzedzić, lecz pojechał także blisko linii środkowej, przez co doszło do drobnej kolizji (rowerzysta się przewrócił nie wpadając pod koła autobusu, stanu pojazdów nie badałem). Zostawię na uboczu szczegółowe rozważania kto zawalił (moim zdaniem obaj), tu wyrażę tylko jedną myśl: otóż gdyby ten rowerzysta miał w swoim rowerze lusterko, to najprawdopodobniej… wróć, miałby dużą szansę zauważyć w lusterku wielki zaczynający wyprzedzanie autobus, wystarczyłoby zjechać o pół metra w prawo (zgodnie z przepisami o ruchu drogowym), żeby do incydentu nie doszło.

Kochajcie swoje lusterka, zupełnie nie narcystycznie.