mity o marnowaniu szczepionek

Akcja szczepień przeciwko COVID-19 idzie jak idzie, tak krawiec kraje jak mu materiału… Ocena – przyznam – nie jest łatwa, dane są dostępne fragmentarycznie, czasem trzeba odgadywać co i jak. Narastają przez to oczywiście rozmaite mity, w tym że szczepionki są marnowane.

Więc na początek zaznaczmy, że marnuje się niewiele, około 1,3 promila wykorzystanych dawek, czyli 13 dawek na użytych 10 tysięcy. Marnowanie może mieć przeróżne formy – znany jest przypadek, kiedy przesyłkę z 90 szczepionkami kurier zostawił w sekretariacie, a sekretariat nie wiedział że to szczepionki, które należy pilnie umieścić w lodówce… Zmarnowanie może też nastąpić w wyniku najbardziej banalnego upuszczenia fiolki, która się stłucze lub wyleje zawartość. Do „zmarnowania” dojdzie również, kiedy z powodu ludzkiej omylności czy niezręczności nie uda się z fiolki „wydobyć” tylu dawek, ile dopuszcza norma (Pfizer 6, AstraZeneca 10).

Tu dochodzimy do kwestii „przeterminowania”. Szczepionki Pfizera przechowuje się w temperaturze około -80 stopni, a po wyjęciu ich z takiej temperatury należy je zużyć w ciągu kilku dni (potem „śmietnik”). Szczepionki AZ można przechowywać w zwykłej lodówce przez 2 miesiące, ale po otwarciu fiolki należy ją zużyć w ciągu 48 godzin (krócej, jeśli jest trzymana poza lodówką). Dlatego istotne jest, żeby osoby zapisane przychodziły na szczepienie, bo jeśli nie…

Pojawia się czasem mit, że przepisy nie pozwalają (i przez to się marnuje). Fakt, nie pozwalają na praktyki jak w Izraelu, że pod koniec dnia „naganiano” każdego przechodzącego, żeby może wstąpił się zaszczepić – co jednak nie znaczy, że nic się nie da zrobić. Rozporządzenie określające kolejność szczepień wyróżnia obecnie 15 grup, które co do zasady powinny być szczepione w kolejności (obecnie szczepimy grupę 11, czyli seniorów, a ponieważ wielu z nich nie może być szczepiona preparatem AZ – to w tym zakresie już co najmniej dotarliśmy do grupy 13). I teraz istotna rzecz: rozporządzenie pozwala – „w sytuacji ryzyka niewykorzystania szczepionki” – pominięcie kolejności wynikającej z kolejności grup i zaszczepienie osób z grup późniejszych. A że w grupie 15 mamy między innymi żołnierzy, policjantów, strażaków, prokuratorów… – to potencjalnych kandydatów do zaszczepienia nie powinno zabraknąć. Oczywiście, jeśli zostanie to odpowiednio przygotowane, czyli jeśli listy chętnych (szczepienie przeciwko COVID nie jest wszak przymusowe) zostaną przygotowane i będą dostępne wraz z danymi kontaktowymi…

Zatem: lepiej nie marnować, zwłaszcza że wkrótce powinniśmy znacząco zwiększać skalę szczepień i o zmarnowanie może być łatwiej.

taka jedna Pawłowska

W gruncie rzeczy to co zrobiła poseł Pawłowska z wciąż jeszcze Wiosny obchodzi mnie o tyle, o ile – szczęśliwie nie była z mojego okręgu, więc reprezentanta nie straciłem, na układ sił w parlamencie wielkiego wpływu to mieć nie będzie, a i przed wyborami nie budziła niczyjego entuzjazmu chociażby z uwagi na „aferę mobbingową” w Wiośnie (za którą została ukarana, choć oficjalnie nie uznano że zachowanie było mobbingiem).

Patrzę na tę sytuację głównie ze zdziwieniem: po co jej to było? Rozumiem, że zapisywała się do Wiosny, a nie do SLD, pardon: do Nowej Lewicy. Rozumiem, że w Wiośnie była kimś tam, a w nowej formacji jej znaczenie mogłoby istotnie spaść (zaznaczam, że nie mam żadnych insajderskich plotek o układach w nowej partii, zwłaszcza w jej okręgu, a gdybym miał – to tym bardziej bym o tym nie pisał, od kontrolowanych przecieków są dziennikarze). Zaznaczam przy tym, że nie czytałem wywiadu w Rzeczypospolitej, w którym mogła coś powiedzieć otwarcie lub między wierszami…

Nie wiem, czy miała szanse na kolejną kadencję (ba! nie wiem nawet czy jest zainteresowana). W nowej partii jej szanse nie są raczej większe, bo jednak jest trochę odrzutem z wrogiego środowiska, a szanse samej partii na samodzielne przekroczenie progu też nie wyglądają różowo. Nie wiem, czy liczyła na korzystne miejsce na lokalnej liście (o układach w Porozumieniu też nic nie wiem, dywaguję sobie). Jeśli więc nie chodziło o listy wyborcze, to o co? Nowa partia synekurami za bardzo dzielić nie może, korzystnych znajomości też jej nie przyniesie – a stare mogły się właśnie rozpaść… Jeśli nie chciała firmować swoim nazwiskiem (twarzą tym bardziej) nowej partii lewicowej, wystarczyło poudawać niezależną do końca kadencji.

Ale w sumie nie muszę rozumieć. Nic nie muszę, wszystko mogę.

ty, Moteusz…

Naprawdę nieraz nie rozumiem przyczyn, dla których media (i ludzie) zajmują się danym tematem czy osobą (nigdy na przykład nie pojąłem fenomenu procesu Ewy Tylman).

Ostatnio zadziwia mnie sprawa Moteusza, syna eks-prezydenta. No był se chłop pastorem, zgubił gdzieś powołanie, zdarza się. Poszedł do zwykłej roboty w handlu, normalna rzecz, i nawet nieszczególnie dziwi, że ojciec załatwił mu fuchę w firmie znajomego. A nuż sprzedaż folii bąbelkowej to prawdziwe powołanie… A tu artykuły, dyskusje, oświadczenia o wsparciu. OK, nawet trochę rozumiem że jeśli wcześniej ojciec publicznie pokazywał się z nim w mediach jak z misiem na Krupówkach, to ludzie pamiętają.

Zdecydowanie bardziej mnie zadziwia że chłop przy tej okazji zmienił nazwisko. Zmiana nazwiska w Polsce to w ogóle nie jest małe miki, trzeba mieć ważny powód do zmiany nazwiska, kierownik USC wydaje w tym zakresie ważną decyzję, a minister nadzoruje kształtowanie jednolitej polityki w zakresie zmiany nazwisk. Tak, oczywiście co roku w Polsce tysiące ludzi zmieniają nazwisko przy okazji małżeństwa (część także przy okazji rozwodu), ale żeby przy ślubie zmieniać nazwisko na panieńskie własnej matki to musi zajść wyjątkowa koincydencja.

Zastanawiam się luźno, dlaczego przy okazji Moteusz nie zmienił również dość charakterystycznego imienia. Na przykład na Amos.

człowiek który decydował

Rozpoczął karierę zawodową prowadząc kancelarię adwokacką zajmującą się sprawami „małych ludzi”, za przykładem żydowskiego polityka działającego w jego dzielnicy. Wkrótce potem sam został wybrany do rady miasta.

Pięciokrotnie wybrany na burmistrza Wiednia przez absolutną większość rady miejskiej, czterokrotnie odrzucany przez cesarza Franciszka Józefa, który uważał go za niebezpiecznego rewolucjonistę. Założył chrześcijańsko-społeczną, która po latach przekształciła się w największą dziś partię w Austrii.

Jako burmistrz przekształcił Wiedeń w nowoczesne miasto. Stworzył komunikację publiczną z tramwajami, doprowadził do przejęcia przez miasto sieci gazowniczej i elektrycznej, rozbudował wodociągi, zakładał parki, budował szpitale.

Jako polityk był niezmiernie popularny wśród kobiet, nazywano go „pięknym Karlem”. Jego – jak powiedzielibyśmy dziś – fanki nazywano „amazonkami”, a on starał się, żeby skłaniały swoich mężów do głosowania na niego (same nie miały prawa głosu). Całe życie kawaler, deklarował się publicznie że „nie ma czasu na życie prywatne” – co nie przeszkadzało mu, gorliwemu katolikowi, przez 14 lat po cichu utrzymywać związku z malarką młodszą o 25 lat.

W swojej działalności politycznej stale odwoływał się do antysemityzmu, na tyle, że nawet Hitler uznawał go za inspirację swoich poglądów. Nie wiadomo, na ile to był pogląd, a na ile poza, jego antysemityzm określano jako „milutki”, gemütlich; zapytany czemu ma tylu żydowskich przyjaciół, miał odpowiedzieć „o tym kto jest Żydem, decyduję ja” (na długo przed tym zanim miał to powiedzieć Goebbels).

Poznajcie Karla Luegera (1844-1910).

PS to nie jest poważna biografia, to jest zbiór ciekawostek wyciągniętych z rozmaitych źródeł internetowych

jak nie używać kalkulatorów przy szczepieniach

COVID-19 towarzyszy światu od około roku (alarmy były z rok temu, pandemią oficjalnie został w lutym czy marcu, do nas zawitał w marcu), a od mniej więcej miesiąca widać światełko w tunelu w postaci pociągu ze szczepionką (przepraszam za ten żart, nie mogłem się powstrzymać). Szczepienia rozpoczęły się i u nas, aferki pominiemy bo w perspektywie tej notki nie mają znaczenia, do wczoraj zaszczepiono około 200 tysięcy osób (na razie pierwszą dawką, druga po kolejnych kilku tygodniach), nawet znam osoby już zaszczepione, podobno nic im szczególnego nie wyrosło.

Modne jest dziś przeliczanie, w jakim to tempie idzie akcja szczepień i ile lat jeszcze potrwa, nawet najsłynniejszy tegoroczny maturzysta Michał Rogalski się temu poddał (i wyszło mu oczywiście że idzie za wolno, bo te 200 tysięcy to w ciągu jakichś 9 dni, zapewne roboczych). Większości jednak – mam wrażenie – umyka jeden dość istotny drobiazg: mianowicie żeby szczepić, to trzeba mieć czym, a szczepionki przeciwko COVID (odmiennie niż szczepionki na ospę w roku pańskim 1963) nie produkujemy u siebie, tylko otrzymujemy od zagranicznych producentów w ramach dostaw wynegocjowanych przez Unię Europejską (ponad które zasadniczo nie powinniśmy nawet próbować kupować, słynne tu i ówdzie niemieckie „dodatkowe zakupy” to przejęcie nadwyżek przeznaczonych pierwotnie dla innych państw unijnych, które zrezygnowały z części swoich dostaw). A ile tych dostaw jest? Otóż na razie – wg dzisiejszego komunikatu, dostępnego na pewno na Twitterze, a może i gdzie indziej – otrzymaliśmy szczepionki na milion dawek (i to chyba licząc już po sześć dawek z fiolki, pierwotnie producent i UE pozwalali na pięć, ale w fiolce zostawało). Z tego miliona (z małym haczykiem ponad połowę odłożyliśmy żeby było na drugą dawkę (jak przyjdą kolejne dostawy to będą przeznaczone dla nowych osób), 200 tysięcy już podaliśmy, a w tym tygodniu planowane jest podanie kolejnych 250 tysięcy (po 50 tysięcy dziennie). A potem dopóki nie przyjdą kolejne dawki…

Odwołam się teraz do liczb podawanych przez przedstawicieli rządu, bo innych nie ma: do końca marca mamy dostać jeszcze około 5 mln dawek – co z grubsza pozwoli na utrzymanie tempa 250 tysięcy szczepień tygodniowo (zakładając że dostawy będą przychodzić równomiernie). Od kwietnia zaś do końca roku mamy otrzymać jeszcze około 54 mln dawek, czyli średnio po 6 mln miesięcznie (czyli tyle ile w całym pierwszym kwartale). Przy założeniu równomierności dostaw tempo szczepień można wtedy śmiało potroić – o ile oczywiście przygotowane będą również zespoły szczepiące w wystarczającej liczbie, i ludzie będą się stawiać terminowo (podobno odsetek zapisujących się i nieprzychodzących potrafi przekraczać 5%, nie rozumiem tego). A jeżeli dostawy nie będą przychodzić równomiernie… (pluję przez lewe ramię)

Powiem otwarcie: jestem optymistą, mam przekonanie że najdalej na jesieni wszyscy chętni zostaną zaszczepieni (dziś chętnych jest ponoć 68%, ciekawe jak wzrośnie), w razie perturbacji może skończymy gdzieś na początku przyszłego roku. Wyliczenia zaś obecnego tempa szczepień porównałbym do prognozowania czasu jazdy samochodem (i zużycia paliwa) na dystansie 100 km w oparciu o czas spędzony na jeździe na pierwszym i drugim (może nawet trzecim) biegu podczas rozpędzania – będą matematycznie poprawne, ale z niewielkim sensem.

Obyśmy zdrowi byli.

Elliot z domu Ellen

Impulsem do napisania tej notki była informacja, że oto Ellen Page okazała się być Elliottem Page’m (muszę kiedyś obejrzeć to Juno, bardzo dobrze wspominam w Incepcji). Nie będę się jednak tu zajmować kwestią co zrobić z nagrodami dla najlepszej aktorki czy zwłaszcza z nagrodami przeznaczonymi na wsparcie kobiet, gdyż ta kwestia w zasadzie nie obchodzi, w ogóle zresztą płeć Elliotta mnie nie obchodzi z tych samych przyczyn co jego orientacja seksualna.

W tej notce chcę bowiem pociągnąć inny temat, jak najbardziej związany z E.P., a mianowicie: jakie jest w ogóle znaczenie płci dla człowieka, prawa, społeczeństwa? Rozważając każdą sytuację w aspekcie „czy płeć danej osoby ma znaczenie” dochodzę do wniosku, że zasadniczo płeć ma znaczenie tylko tam, gdzie włącza się biologia (co oznacza, że prawo zasadniczo w ogóle nie musi się do płci odnosić, czy to stwierdzonej przy urodzeniu, czy deklarowanej, a jeśli chodzi o postrzeganie płci w społeczeństwie… well, to temat na inną notkę). Dla biologii zaś płeć ma znaczenie w zasadzie wyłącznie w procesie rozmnażania – i z tego punktu widzenia chyba należy przyjąć, że mężczyzną (samcem) jest osobnik, który płodzi, a kobietą (samicą) jest osobnik, który rodzi (przynajmniej u ssaków łożyskowych), bez względu na to jak wygląda i jak się postrzega; podkreślam słowo „rozmnażania”, żeby ktoś nie pomylił z wyborem partnerów seksualnych, kwestię jak widzi Elliotta jego żona pozostawiam wyłącznie jej. Z pewną premedytacją pomijam tu kwestie związane ze znaczeniem płci dla rywalizacji sportowej, bo musiałbym wyjść daleko poza to, na czym chciałem się skupić.

Wydawałoby się zatem, że najprostszym rozwiązaniem byłoby całkowite wyeliminowanie płci z prawa, „przywileje” dla karmiących, ciężarnych czy menstruujących (jeśli istnieją) nie muszą być wcale zależne od płci (przypisanej czy deklarowanej), tylko od faktycznego istnienia stanu rzeczy… Gryzie mnie jednak, że w ten sposób zaczyna znikać z pola widzenia kwestia, która dopiero zaczynała się ujawniać i przebijać do świadomości – a mianowicie kwestia swoistej dyskryminacji kobiet w tworzeniu standardów bezpieczeństwa, leczenia, a nawet zwykłego funkcjonowania. Standardy te były bowiem tworzone jak dla przeciętnego mężczyzny, jego anatomii, fizjologii, a nawet psychologii – i jeżeli odrzucimy płeć jako kryterium różnicujące, to będą one nadal pomijały specyfikę kobiet, lub jej zdefiniowanie stanie się wyjątkowo trudne.

Ta notka nie aspiruje do formułowania jedynie słusznych wniosków, to tylko refleksje.

dlaczego nie przeraża mnie odsetek testów

Pandemia jaka jest, każdy widzi, wszyscy Polacy są ekspertami od epidemiologii, zaleceń WHO i dezynfekcji (to ostatnie akurat nie jest dalekie od prawdy). Poziom wykrytych przypadków waha się od prawie dwóch tygodni pomiędzy 21 a 28 tysięcy dziennie, jedynie bogowie wiedzą ilu przypadków nie wykryto, swobodnie operuje się liczbą ze 100 tysięcy. Na domiar złego – w powszechnym przekonaniu – mamy jeden z najwyższych wskaźników udziału pozytywnych testów w ich łącznej liczbie, dochodzący chyba do połowy, a wg WHO traci się kontrolę nad pandemią kiedy ten odsetek przekroczy 5% (w Nowym Jorku mają zamknąć szkoły kiedy przekroczy 3%)…

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię wydobyć z siebie głosu przerażenia z tego ostatniego powodu, z przyczyn zupełnie arytmetycznych. Skoro mamy ostatnio po 25 tysięcy wykrytych przypadków dziennie, to dla zachowania „kontroli” musielibyśmy równolegle testować 20x tyle osób, czyli około 500 tysięcy dziennie (faktycznie wykonujemy ostatnio ok. 55 tysięcy testów dziennie, a rekordowy wynik dzienny to ponad 82 tysiące). Żeby zatem zachować kontrolę, musielibyśmy zwiększyć możliwości testowania jakieś 6-10 razy, przy założeniu że faktycznie cała „nadwyżka” będzie zdrowa…

Właśnie. Powyższa kalkulacja odnosi się do przypadków stwierdzonych. Gdyby przyjąć, że oprócz tego codziennie pojawia się 100 tysięcy przypadków niewykrytych (tych, którzy nie mają objawów lub mimo objawów nie poszli na test), to przy 125 tysiącach nowych zakażeń dziennie musielibyśmy wykonywać 2,5 miliona testów dziennie, aby zachować „kontrolę”. Nie chce mi się – wybaczcie – szukać w internecie, ile takich testów się robi w innych krajach świata…

W moim prywatnym odczuciu wskaźnik 5% ma sens, kiedy pracowicie wdrażamy całość zaleceń WHO – przy każdym chorym szukamy od kogo mógł się zarazić i kogo mógł zarazić (trace), wszystkie te osoby testujemy (test) i na wszelki wypadek izolujemy (isolate). Niestety, nasz zapomniany przez władze Sanepid (w tym miejscu przesyłam wyrazy wsparcia wszystkim pracownikom PSSE, więcej niestety nie pomogę) od dawna nie ma możliwości nawet szukania, gdyż ledwo ogarnia zbieranie wyników testów (piszę te słowa niezmiennie zastanawiając się czy kontakt z osobą chorą 13 dni temu był dla mnie czymś więcej niż tylko zagrożeniem) – więc póki co liczy się tylko abyśmy ostrożni byli, gdyż te tysiące ujawnionych przypadków to przede wszystkim ci, którzy poczuli się chorzy od wirusa, i z tych tysięcy umrą co najmniej dziesiątki, a możliwe że setki.

PS ponieważ tekst wydaje się budzić wątpliwości: testów jest za mało, śledzenia kontaktów jest za mało – i dlatego wirus rozszedł się jak się rozszedł, i bez testów oraz śledzenia będziemy nadal jak dzieci we mgle

wszyscy jesteśmy Amerykanami

W ostatnich dniach gros uwagi poświęcone jest wyborom prezydenckim w Ameryce. Zdecydowana większość Polaków nigdy nie była tam i nie będzie, nie mówiąc o głosowaniu w tych wyborach, a jednak wielu podnieca się tym, jakby od tego zależała nasza przyszłość (już zacząłem pisać „nasze życie”, ale uznałem to za przesadę).

Zastanawiałem się: czy to dlatego, że żyjemy w globalnej wiosce? Ale wybory w Brazylii, Indiach czy nawet Niemczech aż takiego zainteresowania nie wzbudzają (o Rosji i Chinach nawet nie ma co wspominać). Dlatego, że angielski stał się lingua franca? Ale Australia czy Kanada też nikogo zbytnio nie obchodzą. Dlatego, że za sprawą filmów i seriali czujemy się prawie mieszkańcami NY, LA, Baltimore, Albuquerque, Bemidji czy Luverne? A może dlatego, że wciąż wierzymy w amerykańską hegemonię i kształtowanie przez Waszyngton porządku świata? A może ostatecznie tyko dlatego, że American dream pozostaje zawsze niedoścignionym marzeniem, przy czym każdy widzi się bardziej w willi w Monterrey niż w przyczepie w Bakersfield?

Kiedy piszę te słowa, wg CNN kandydat Demokratów ma ponad trzy i pół miliona głosów przewagi nad kandydatem Republikanów (na sto czterdzieści milionów policzonych głosów). Wydawałoby się że to wyraźne wskazanie większości, ale amerykański system wyborczy zmusza do liczenia głosów na poziomie poszczególnych stanów – a koniec końców o wyniku wyborów zdecydować może większość w kilkusettysięcznym okręgu w zapomnianym przez Amerykanów leśnym skrawku kraju (Maine).

alerty RCB

Robiłem właśnie – okołourlopowe, powiedzmy – porządki w tym i owym. Między innymi wziąłem się za posprzątanie SMSów w routerze mobilnym, wiem jak to brzmi, ale to w końcu połączenie telekomunikacyjne jak każde inne (zdarzało mi się wysyłać przez router życzenia świąteczne, przez co niektórzy adresaci próbowali oddzwaniać), tylko urządzenie mniej zachęcające do korzystania (w zasadzie wejść trzeba z poziomu komputera z tym routerem połączonego).

Jak nietrudno się domyślić, dawno porządków tam nie robiłem, więc i sporo różnych śmieci było. Najwięcej oczywiście powiadomień o wystawieniu faktury, wysyłanych hurtowo na wszystkie numery (router jest częścią pakietu). Było trochę SMSów które można zakwalifikować jako spam, o tym właściwie mógłbym napisać osobną notkę skąd się mogą brać SMSy wysyłane na numer, z którego nigdy do nikogo (poza serwerem) nie dzwoniono (to o czym pisałem w poprzednim akapicie to był inny router i numer), ani którego nigdy nikomu nie podawano (sam musiałbym chyba w fakturze sprawdzić co to za numer). Po uprzątnięciu tego wszystkiego zostały alerty RCB, które z niejasnych powodów zostawiłem…

Więc takich alertów mam w pamięci routera 17, najstarszy ma 22 miesiące.
Trzy z nich to ostrzeżenia przed bardzo silnym wiatrem.
Jeden to ostrzeżenie przed burzami z gradem, intensywnymi opadami i możliwymi podtopieniami.
Osiem to kombinacje burz, gradu, opadów, wiatru i podtopień.
Cztery to informacje dotyczące koronawirusa.
Jeden to informacja dotycząca II tury wyborów.

Nie, nie mam żadnej błyskotliwej puenty, po prostu chciałem sobie to podsumować.

współczuję pracownikom konsulatów

Nie wiem czy jeszcze pamiętacie, ale jesteśmy w trakcie wyborów prezydenckich, po pierwszej turze, a przed drugą.

Wybory odbywają się w kraju i za granicą (w tym na ośmiu polskich statkach morskich, gdyby to kogoś ciekawiło, ale ja nie o tym). O ile w kraju ostatecznie co do zasady głosujemy „tradycyjnie”, czyli udając się do komisji wyborczej i wrzucając głos do urny, o tyle Polacy z zagranicy – z powodu koronawirusa – nie wszędzie mają taką możliwość i chcąc brać udział w głosowaniu musieli zgłosić zamiar udziału w głosowaniu korespondencyjnym.

A głosowanie korespondencyjne oznacza, że jeśli obywatel zgłosi się do konsulatu – pewnie najczęściej mailem, ministerstwo spraw zagranicznych uruchomiło też system do rejestracji internetowej, który działał albo… – to konsulat musi dla takiego obywatela przygotować pakiet wyborczy (obejmujący między innymi kartę do głosowania i specjalną kopertę na wypełnioną kartę) i tenże pakiet obywatelowi fizycznie wysłać lokalną pocztą. Obywatel musi wszak ten pakiet otrzymać, przeczytać, podjąć decyzję na kogo głosuje (to taka fikcja literacka, dziś chyba każdy kto zgłasza się do udziału w głosowaniu, wie na kogo zagłosuje), oddać głos na karcie ORAZ wypełnić dodatkowe dokumenty, spakować należycie pakiet wyborczy (każdy błąd, w tym niezaklejenie koperty z głosem, oznacza nieważność głosu…) – i odesłać go (na własny koszt) do konsulatu, tak aby pakiet wpłynął do konsulatu przed zakończeniem głosowania w wyborach…

Powiedzmy teraz sobie, że w skali całego świata w zagranicznych komisjach wyborczych zagłosowało ponad 300 tysięcy ludzi. W samej Holandii wysłano do Polaków prawie 17 tysięcy pakietów wyborczych, z których tylko około 15 tysięcy wróciło jako głosy oddane, w niektórych innych krajach było tego odpowiednio więcej. Wielu ludzi (mniejsza o dokładne liczby) dostało pakiety niekompletne lub nie dostało ich wcale, inni dostali je na tyle późno (poczta niekoniecznie dochodzi z dnia na dzień, nawet w sprawnie funkcjonujących państwach) że nie miały szansy dojść na czas z powrotem, niektórzy mieli problemy z rejestracją, wielu było niepewnych co się w ogóle dzieje i szturmowało linie telefoniczne konsulatów (nie było centralnej infolinii poświęconej wyborom poza Polską).

Myślę z troską o pracownikach tych konsulatów, którzy zapewne musieli odłożyć co najmniej część zwykłej roboty (nie wiem czy mają jej dużo, czy mało), żeby obrobić wszystkie dodatkowe obowiązki związane z wyborami korespondencyjnymi – rejestracją, wysyłką pakietów, a potem zapewne liczeniem głosów – i na dodatek zebrać niekoniecznie zasłużone gromy i zarzuty o utrudnianie czy wręcz fałszowanie wyborów. Nie bez powodu najdłużej czekaliśmy na wyniki z Anglii (bez Szkocji i Irlandii Północnej), gdzie w konsulatach mieli do przeliczenia 90 tysięcy głosów (a pakietów wysłali odpowiednio więcej). Przed II turą czasu na wysyłkę było jeszcze mniej, a ilość chętnych wzrosła nawet może o połowę…