Wysiadamy z samolotu rękawem, wychodzimy na korytarz. Rozglądamy się, wybieramy kierunek. Idziemy.
Idziemy.
Mijamy poziomy przenośnik. Ignorujemy go, przecież nie jesteśmy jakimiś słabiakami.
Idziemy.
Kolejny przenośnik.
Idziemy.
Docieramy do strefy odbioru bagażu.
Idziemy dalej.
Idziemy.
Docieramy do wyjścia.
Idziemy.
Idziemy.
W końcu zejście na stację kolejową.
Człowiek się przyzwyczaił jakoś do kameralnych lotnisk.
—
Poranek na lotnisku. Jakiś człowiek z obsługi manewruje koszem na śmieci. Polskie skojarzenie:
SZUKA KAUCYJNYCH.
Potem miałem dojść do wniosku, że to skojarzenie wcale nie było nieuzasadnione.
—
Wielkie lotnisko (o długości marszu było powyżej, oficjalnie potem gdzieś było napisane, że od strefy handlowej do bramki wyjściowej było marszem ponad 20 minut). Sklepów i knajp wiele. Przyglądam się im, mrużę oczy nie będąc pewnym czy dobrze widzę, czy też mam coś z okularami. Ceny może trochę wyższe niż w centrum stolicy, ale nieznacznie. Odszukuję szafę z napojami, cena może o kilka procent wyższa niż w przeciętnym sklepie (na półlitrowej coli o 1 koronę więcej niż w hotelowym automacie). Rzecz trudna do pojęcia dla przybysza z kraju, w którym butelka wody mineralnej w zwykłym sklepie kosztuje dwa złote, w lotniskowej strefie ogólnodostępnej siedem złotych, a w sklepie wolnocłowym za bramkami – złotych piętnaście.
Wielkie lotnisko, mała chciwość.