polonijny miks(t)

z dedykacją dla Piotrka za to że swoim komentarzem zmotywował mnie do pisania

Polskość. Polacy – jak zapewne większość nacji – rozchodzili się po świecie we wszystkie strony, gdzieniegdzie się osiedlali jak Skłodowska czy Domeyko, gdzie indziej zostawiali przejściowy ślad jak Strzelecki czy Czerski. Jednym z naszych ulubionych sportów (i pewnie nie tylko naszych) jest odszukiwanie polskich korzeni, sam nie jestem od tego wolny, choć żartem raczej zwykle.

Skończył się właśnie turniej Australian Open (daję słowo, jak zaczynałem pisać jeszcze trwał, Włoch – jak samo nazwisko wskazuje z włoskich Tyrolczyków – Sinner pokonał Rosjanina Miedwiediewa). W pewnej chwili zauważyłem, że w ćwierćfinałach miksta wśród 16 zawodników występowali Gadecki, Dabrowski, Zieliński, Krawietz, Skupski i Krawczyk (reprezentujący kolejno Kanadę, Australię, Polskę, Niemcy, Wielką Brytanię i USA, pary na zwykłych turniejach nie muszą się składać z zawodników tej samej nacji, to nie igrzyska olimpijskie). Oczywiście nie zgłębiałem życiorysów każdego z nich, ale brzmienie nazwisk jest tak typowo polskie, że wydaje się mało prawdopodobne żeby ich przodkowie pochodzili skąd indziej. Połowa z nich dotarła aż do finału…

I w tym miejscu możemy dać upust radości, bo na koniec górą był najbardziej polski z polsko wyglądających zawodników – mistrzem Australian Open 2024 został Jan Zieliński (w parze z Chinką z Tajwanu, Su-wei Hsieh)!

stop top

Odbył się kolejny tradycyjny Top Wszech Czasów, już nie Trójkowy (oficjalnie Radia 357, ale nawet na stronie Topu w wikipedii jest traktowany jako kontynuacja Trójkowego). Wygrał ktoś z usual suspects*, choć przyznam, że kiedy włączyłem się w okolicach miejsca czwartego i spojrzałem na wyniki, to z niedowierzaniem szukałem, kto jeszcze będzie na podium, bo wszyscy pozostali usual suspects byli gdzieś niżej… ostatecznie okazało się, że śmierć Sinead O’Connor w lecie spowodowała chyba głosowanie nostalgiczne, nie powiem żeby mi się efekt nie podobał, Nothing Compares To You po raz pierwszy w historii wylądowało na podium i to przed Dire Straits. Ale ja właściwie nie o tym.

Pisałem już niejeden raz na blogu, że obecna formuła Topu zasadniczo mnie nudzi – bo o ile tworzy się przyjemna playlista (zwłaszcza dla starszych ludzi), to z punktu rywalizacyjnego jest to równie ciekawe jak analiza układu sił w dowolnym politbiurze, a muzycznie ugrzęzło w przeszłości, jakby teraźniejszość nie istniała. A ponieważ postulowałem już – kiedyś pół żartem, teraz coraz bardziej serio – żeby Top ograniczyć do piosenek z XXI wieku, to o świcie przejrzałem pod tym kątem wyniki Topu 2023.

Otóż w Topie brało udział 357 utworów. W miarę staranne liczenie (z Excelem i Googlem) powiedziało mi, że z tych 357 w roku 2000 lub później powstało 39 (czyli 10,92%). Czy w XXI wieku nie powstaje dobra muzyka? Czy też tylko chcemy głosować na piosenki które znamy i lubimy? Spojrzenie na miejsca zajęte przez utwory XXI-wieczne sugeruje, że to drugie – w pierwszej pięćdziesiątce jest jeden (liczbowo: 1) utwór „z „współczesny”, czyli nieszczęsne Again Archive (pozycja dziewiąta). W drugiej pięćdziesiątce dodatkowo trzy (Amy Winehouse, Gotye i Adele). W trzeciej pięćdziesiątce kolejne dwa… (Lady Gaga i ponownie Adele).

O ileż bardziej odświeżająco i kolorowo byłoby, gdybyśmy jednak odrzucili cały ten balast Piosenek Które Zawsze Będą Za Nisko i pobawili się tym, co świeższe. Bo nikt nie powiedział, że tylko w 70s/80s/90s nagrywano ładne piosenki, a w obecnych czasach nie powstają piosenki ponadczasowe, którymi za 20-30 lat ktoś będzie katował młodszych jako evergreenami.

Zostawiam Was z jednym z najlepszych utworów lat ostatnich. Nie, w Topie go nie było.

*Bohemian Rhapsody