Czy może być coś piękniejszego sportowo, niż walka o zwycięstwo do ostatniej chwili? W tym roku w Turnieju Czterech Skoczni od początku rządziła trójka Austriaków: weteran Stefan Kraft, Jan Hoerl i młody Daniel Tschofenig (urodzony już po historycznym szlemie Svena Hannawalda). W Oberstdorfie wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem, w Ga-Pa wygrał Tschofenig, a dwaj pozostali nie zmieścili się na podium. W Innsbrucku wygrał Kraft przed Hoerlem i Tschofenigiem…
…i przed ostatnim konkursem w klasyfikacji TCS trzeciego Tschofeniga od pierwszego Krafta dzieliło 1,3 punktu, mniej niż metr. A w Bischofshofen można polatać… I latali. Kraft wygrał kwalifikacje, Tschofenig był czwarty, Hoerl szósty. Kraft wygrał pierwszą serię, Hoerl przed ostatnim skokiem tracił 2,7 punktu, Tschofenig 6,5…
Było wiadomo, że w ostatniej serii skoki będą o być albo nie być. Tschofenig skakał jako pierwszy (z piątego miejsca), oddał skok niemal perfekcyjny (58 pkt za styl). Hoerl (z trzeciego miejsca) odpowiedział skokiem poza rozmiar skoczni, ale nie wytrzymał lądowania, „szesnastki” od sędziów oznaczały że spadł za Tschofeniga nie tylko w klasyfikacji konkursu, ale i całego Turnieju. Kraft miał „prostą drogę” – ale z uwagi na zawirowania wiatru długo czekał na górze (schodząc z belki). Kiedy skoczył, nie wykorzystał tego, że wiatr w plecy ma słabszy niż rywale (co teoretycznie pozwala lecieć dalej, ale daje mniej punktów za wiatr) – wylądował bliżej, i spadł na trzecie miejsce w obu klasyfikacjach. Ostatecznie różnica między pierwszym a trzecim zawodnikiem wyniosła 4,1 pkt (tak, pamiętam jak Janda i Ahonen mieli na koniec Turnieju różnicę 0,0 pkt).
PS chciałbym pretendować do autorstwa błyskotliwego tytułu, ale wszyscy komentatorzy zdążyli go oklepać do zanudzenia
PPS oczywiście piękniejsze by było gdyby o zwycięstwo walczył Polak lub nawet trzech Polaków, ale z czysto sportowego punktu widzenia to bez znaczenia