wersja oszczędnościowa

Jest sobie taki mniej chyba znany (w dzisiejszych czasach trudno powiedzieć na ile coś stało się znane, a na ile nie) serial wyprodukowany przez Amazona i dostępny chyba tylko na jego platformie Amazon Prime pod tytułem „Upload” (polecam serdecznie!). Przedstawia on wizję świata z nieodległej już przyszłości, w której przed śmiercią można swoją świadomość załadować do rzeczywistości wirtualnej i „cieszyć się” życiem po śmierci oferowanym w prywatnych „hotelach”. Oczywiście, standard tego życia zależy od zasobności niezupełnie wirtualnego portfela (czy to zabranego ze sobą „do grobu”, czy to udostępnianego przez żyjących) – a najniższym poziomem oferty są „dwugigowcy”, czyli muszący przeżyć miesiąc na pakiecie danych 2GB, co wystarcza na powolne snucie się w suterenach (intensywniejszy ruch czy emocje zjadają więcej danych), niby życie, ale co to za życie…

Przypomniał mi się ten serial, kiedy wczoraj „zwariował” portal Twitter – po krótkim okresie powszechnego zdziwienia komunikatami „Limit dostępu został przekroczony”, sam Geniusz Południowoafrykańskiej Doliny Krzemowej wyjaśnił, że w trosce o najwyższą jakość usług musiał czasowo wprowadzić limity postów, jakie może użytkownik zobaczyć w ciągu dnia (obecnie chyba 1000 dziennie dla zwykłego użytkownika, i 10x więcej dla użytkownika płacącego abonament, nie wystarcza na pół dnia normalnego korzystania). Nie rozwodząc się nad przyczynami, efekt jest taki, że nie widzę tweetów napisanych dziś po godzinie 9 (bo wyczerpały limit), i być może nie zobaczę ich już wcale – bo kiedy limit się odnowi o północy (powiedzmy), to na razie wygląda to jakby zaliczał się tylko na nowe. Powszechny jest śmiech, że trzeba uważać co się czyta, bo się limit zmarnuje na głupoty… (jakby na Twitterze duża część czasu to nie były po prostu głupoty, napisałbym większość, ale nie chcę deprecjonować kont podających interesujące informacje). Niby życie, ale co to za życie…

I nagle przemknęła mi przez myśl, że ta sytuacja jest poniekąd metaforą naszej sytuacji. Jesteśmy przyzwyczajeni, że pewne rzeczy są dostępne w sposób praktycznie nieograniczony (ok, dostępnymi pieniędzmi). Woda? Leci z kranu – dopóki nagle się nie okaże, że przestaje lecieć; zwykle pomyślimy, że to tylko awaria, ale coraz bardziej realna staje się rzeczywistość, w której wody będzie po prostu za mało, miewamy już racjonowanie wody w miesiącach letnich, bo opadów za mało i za mocno wyeksploatowaliśmy wody podziemne. Prąd? Jest w gniazdku – choć bliżej nam do sytuacji, w której nie będzie dostępny o każdej porze, bo nie o każdej porze da się go wyprodukować z dostępnych źródeł. Żywność wszelkiego rodzaju? Jest w sklepie w szerokim wyborze, ale jeżeli zmniejszy się produkcja zbóż, mleka czy mięsa, to nagle się okaże, że wybór zostanie zmniejszony do artykułów bardziej podstawowych i dużo mniejszej ilości (w sumie pisałem kiedyś, że nie mam nic przeciwko, aby w sklepie czegoś brakowało). Internet? Leje się do nas gigabajtami (nie zliczę ile mogę wykorzystać, a tego nie robię), ale jeśli ktoś ograniczy dostępność łącz i przestrzeni dyskowych do zapisywania wszystkiego co się chce w internecie umieścić, czy to Błyskotliwe Rozważania, czy filmiki z zabawnymi pieskami… Niby będzie to życie, ale… będzie to życie jak przez setki lat, zanim się przyzwyczailiśmy do standardu wygodnego (żeby nie powiedzieć wygodnickiego) życia Pierwszego Świata?

Białystok

Nigdy nie byłem w Białymstoku – nie złożyło się, ode mnie to dość daleko i nie po drodze, podróże odbywałem w wielu innych kierunkach, miasto ponoć ładne. Znam stamtąd kilka osób, nie wnikając w szczegóły czy są tam od urodzenia, czy miały tam epizod dłuższy czy krótszy, są to – jak to się obecnie mówi – znajomości dobre (fakt, że gdyby dobrze nie rokowały, to by się nie rozwinęły).

Nie byłem w Białymstoku także i na wczorajszej paradzie równości, nawet starannie omijałem wszelkie relacje wizualne, opisów w social mediach w zupełności mi wystarczyło. Inni wystarczająco dobrze skomentowali lub skomentują za mnie nienawiść „protestujących”, łatwiej mi dzięki temu zapanować nad emocjami. Czytam jednak różne generalizujące wypowiedzi o Białymstoku i jego mieszkańcach… Białystok to miasto blisko trzystutysięczne, w wyborach europejskich uprawnionych do głosowania było 220 tysięcy. Z tych 220 tysięcy uprawnionych do wyborów poszła mniej więcej połowa, na nacjonalistów (naturalne zaplecze tego nienawistnego tłumu, choć rzecz jasna bez gwarancji że tylko takie) głosowało blisko 7 tysięcy, na ludzi przeciwnych takim zachowaniom – dobrze ponad 50 tysięcy.

Na Facebooku znajomej z Białegostoku znalazłem rano tekst nauczyciela z Pomorza, który napisał między innymi:
Ale mnie najbardziej zastanowiły ciche głosy mieszkańców Białegostoku, którzy mówią, że to przecież nie my wszyscy rzucaliśmy kamieniami w uczestników marszu. Nie my wszyscy pluliśmy. Nie my wszyscy kazaliśmy wypierdalać. Wielu z nas uczestniczyło w tym marszu.”
Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni to dla miasta to jak uważać, że krakowscy kibole są reprezentatywni dla Krakowa. Uważać, że nienawistnicy z Białegostoku są reprezentatywni dla polskiego katolicyzmu, to jak uważać że ks. Paweł Kania jest reprezentatywny dla polskiego LGBT. Nie generalizujmy.