Wychowałem się o 4 kilometry od Targowiska. Nie czyni mnie to oczywiście ekspertem od Targowiska czy Szopienic (zwłaszcza że w czasie akcji serialu Ołowiane dzieci to poruszałem się raczej pod opieką rodziców), ale osadza mnie w czasie i przestrzeni, dając mi naturalny kontekst.
O ten serial już zresztą lokalsi zdążyli się pokłócić: a to że godajom nie tak jak trzeba, a to że postacie niektóre powykrzywiane, a to że obraz społeczności lokalnej prymitywny i przesadzony… Cóż, serial zaczyna się od wyraźnego napisu że jest INSPIROWANY PRAWDZIWYMI WYDARZENIAMI, więc zdecydowanie nie jest dokumentem, w którym wszystko musi się zgadzać (choć na pewno miło by było gdyby był tak dopieszczony jak serial Czarnobyl, w którym nawet znawcy życia w ZSRR z trudem wyłapywali jakieś nieścisłości).
A czym ten serial jest? I to jest właśnie dobre pytanie. Otóż jest koktajlem, w którym zmieszano (na prawach fikcji) kilka prawdziwych wątków. Jest więc oczywiście opowieścią o rzeczywistej pladze zatrucia ołowiem wśród dzieci z okolic szopienickich hut, zakończonej – można powiedzieć – happy endem (rodziny wyprowadziły się, Targowisko – czyli tak naprawdę kolonię Paweł – wyburzono i zrekultywowano). Jest też obrazkiem lat 70, zarówno klimatu czasów jak i zanieczyszczenia środowiska (choć to była nie tylko zasługa tej jednej huty). Jest też anegdotką o rywalizacji wojewody Ziętka (Jorga) i wojewódzkiego sekretarza Grudnia (Dycymbra). Na jedne wątki patrzy się ze ściśniętym sercem, na inne nostalgicznie.
Ale jest też niestety serialem Netfliksa. Piszę niestety nie dlatego że mam coś przeciwko platformie, ale dlatego, że napisano ten serial jako produkt. Główny wątek został przez to doprawiony jak nie sensacyjnością, to szerokim zestawem tanich chwytów z podręcznika globalnego scenarzysty. Czemu miały służyć dramatyczne sceny z przewracaniem się czy spaleniem samochodu? Po co relacja córki Wadowskiej z synem Niedzieli? Po co postać Sonntaga (na samą myśl o opozycji Sonntag-Niedziela do tej pory mnie zęby bolą)? I tak oto opowieść, która miała być osadzona w lokalnych realiach, stała się historią uniwersalną – w tym sensie, że trudno odróżnić czy to Katowice, czy może Glasgow, Liege lub Pittsburgh, a aparat PRL stał się nieodróżnialny od dowolnych villainów z potężnymi wpływami. Koktajl stał się momentami mdły, a momentami niestrawny.
Ciekawi mnie – choć nigdy tego się nie dowiem – co powiedziałby o Ołowianych dzieciach Kazimierz Kutz, bodaj najbardziej znany szopieniczanin, choć mieszkający o kilometr od Targowiska (za to przy paru innych kominach, jak to wspominał w Piątej stronie świata). Ja jestem rozczarowany, bo wyobrażam sobie jak ten temat mogłoby opracować HBO (i nawet nie aspiruję do Czarnobyla, ale przynajmniej do Pustkowia).