Paryż, 666

Nie, to nie adres, numer telefonu, ani nawet kod pocztowy. Ot, ta liczba będzie poniekąd bohaterką dzisiejszego wpisu 🙂 A dlaczego? Otóż odbył się dziś konkurs skoku w dal pań. W ostatniej kolejce jedna z zawodniczek skoczyła dokładnie 666 centymetrów, i był to wynik bardzo znaczący. Wbrew pozorom nie był to jej najlepszy wynik, ten wynosił bowiem o centymetr więcej – 667 centymetrów. Ale dokładnie taki sam najlepszy wynik miała też inna zawodniczka. W takiej sytuacji o miejscu decyduje drugi najlepszy rezultat (trzeci gdyby oba były równe etc..) – a ten rywalka miała dokładnie 665 centymetrów. I tak oto centymetr do centymetra i zrobiła się przewaga na miarę miejsca w klasyfikacji. Szóstego, dodajmy.

Za czasów Małysza mówiło się, że ważne aby oddać dwa dobre skoki. Maksymę tę bardzo wzięła sobie do serca inna z zawodniczek tego konkursu skoku w dal – bo oddała serię pięciu dobrych, regularnych skoków, wszystkie wyniki mieściły się w obrębie dziesięciu centymetrów. Cóż, niestety do medalu zabrakło jej skoku o dziesięć centymetrów dalszego…

Bo ostatecznie nie decyduje równość formy, tylko najlepszy wynik. W konkursie rzutu dyskiem Jamajczyk miał serię w miarę przyzwoitych rzutów – i jeden zdecydowanie odbiegający, dający mu złoty medal o trzy centymetry. W konkursie rzutu oszczepem Indus miał jeden dobry rzut – dosłownie żaden pozostały nie został zaliczony – który wystarczył na srebrny medal. Czemu tak wyliczam? Bo mam nadzieję, że Marii Andrejczyk po kwalifikacjach wygranych pierwszym rzutem, uda się w finale zdobyć medal takim przynajmniej jednym dobrym rzutem, zamiast serii takich tuż obok medalu.

Paryż, dzień ósmy

W prastarym dowcipie było, że jedziemy wypowiadać wojnę Chińczykom, a Chińczycy pytają: ilu was jest? czterdzieści milionów? z którą ulicą chcecie walczyć?

Liczba ludności nie przekłada się automatycznie na sukcesy. Owszem, na Igrzyskach Chińczycy prowadzą w tabeli medalowej (16 złotych medali), ale nie oznacza to, że w każdej dyscyplinie i każdej konkurencji brylują. A czasem nie mają szans nawet nie z Guliwerami, ale z liliputami.

Pomiędzy Gwadelupą a Martyniką leży wyspa Dominika (wiem, możecie nie być pewni czy nie pomyliłem z Dominikaną, to akurat jest „tylko” państwo, nie wyspa), która ma mniej więcej tylu mieszkańców co Inowrocław. Z tej wyspy pochodzi lekkoatletka Thea Lafond, która właśnie wywalczyła dla Dominiki (państwo obejmujące tę wyspę) złoty medal w trójskoku.

Ale to jeszcze nic. Na południe od Martyniki leży wyspa Saint Lucia, na której jest państwo Saint Lucia. Mieszkańców ma tylu co Bytom. I z tej wyspy pochodzi biegaczka Julien Alfred, która dziś wieczorem nie dała szans reprezentującym potęgi rywalkom w ikonicznym biegu na sto metrów (naszej Ewie Swobodzie z 60-tysięcznych Żor zabrakło jednej-dwu setnych sekundy do awansu do finału). Mógłbym jeszcze wspomnieć, że nieco dalej na południe leży Grenada (sami znajdźcie informacje), której reprezentant zdobył dziś brązowy medal w dziesięcioboju… Chińczyków nie zauważono.

W cieniu tych medali zostaje wyścig kolarski wokół Paryża i jego ulicami. Na samym początku wyścigu sformowała się ucieczka złożona z czterech kolarzy afrykańskich oraz Tajlandczyka. Prowadzili wyścig przez jakiś czas, między innymi pod pałacem w Wersalu, później oczywiście zostali dogonieni przez szybszych i bardziej doświadczonych. Z tej piątki czterech nie ukończyło wyścigu, piąty (Ugandczyk) zajął ostatnie miejsce. Jak to nie jest kwintesencja coubertinowskiego udziału, to nie wiem co może nią być. W każdym razie chłonę tę różnorodność.