Dziś ostatni dzień czasu letniego, od kilku dni tradycyjnie narasta awanturka o to czy zmieniać czas, a jeżeli to na jaki – pisałem już na ten temat tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego wolę się dzisiaj skupić na tym skąd właściwie się wziął problem, i wbrew pozorom nie chodzi mi o motywacje do wprowadzenia zmiany czasu, tylko o to jak doszło do tego, że „rządzi” nami zegar.
Pisałem już, że ustalenie godzinowego podziału dnia ma oczywiście funkcję porządkującą, i że problemem jest, że przyzwyczailiśmy się do tego, że określona godzina kojarzy nam się z porą na konkretne czynności – czy będzie to otwieranie sklepów o 6 rano, rozpoczynanie lekcji o 8 rano, niedzielny obiad w południe, popołudniowa herbatka o 5, wieczorny serwis informacyjny w telewizji o 19.30, cokolwiek. Nawyk powoduje, że trzymamy się tych godzin bez względu na to czy jest ciemno, czy jasno (OK, obiad w południe zawsze będzie po jasnemu) i nie chcemy tego zmieniać – prostsze wydaje się nam, że od jutra dodamy czy odejmiemy godzinę i będziemy udawali że wszystko nie jest wcale o zmienionych godzinach.
W istocie cały problem ma charakter cywilizacyjny. 250 lat temu nie istniał w ogóle, każde miasteczko żyło według swojego lokalnego czasu słonecznego; jedynie marynarze mieli na statkach zegar nastawiony według czasu „domowego”, dzięki czemu mieli punkt odniesienia pozwalający im na ustalenie ich aktualnej długości geograficznej. Dopiero kiedy w XIX wieku ruszył rozwój kolei, to szybko różnice pomiędzy czasem lokalnym w poszczególnych miasteczkach (w samej Anglii mogły wynosić po kilkanaście minut) stały się istotne, bo jak ma wyglądać rozkład jazdy, jeżeli między Norwich a Londynem czas lokalny różni się o 10 minut? I tak oto w 1840 roku spółka The Great Western Railway podjęła kluczową decyzję: w swoich rozkładach zaczęła używać wyłącznie średniego czasu Greenwich (GMT), i taki czas pokazywały zegary na „jej” stacjach. Za jej przykładem poszły inne spółki kolejowe, i w ciągu 15 lat 98% miejscowości dostosowało się do „czasu kolejowego” (w wielu miejscowościach zegary miewały dwie wskazówki „minutowe”, jedna pokazywała czas lokalny a druga kolejowy), a w 1880 cała Anglia przyjęła oficjalnie jednolity czas. A w 1884 roku średni czas Greenwich został przyjęty jako punkt odniesienia dla całego świata (choć oczywiście określenie strefy czasowej jest już wewnętrzną sprawą każdego kraju). A jeszcze potem zglobalizowaliśmy się i uważamy, że skoro piłkarska Liga Mistrzów ma zapisane, że mecz zaczyna się o 20.45 („naszego” czasu, czyli obowiązującego od Vigo w hiszpańskiej Galicji do Przemyśla w „naszej” Galicji), to jest to święte – pomimo że z uwagi na rozpiętość geograficzną w Portugalii jest wtedy 19.45, w Stambule 21.45, a w Baku czy Ałmaty i tak gra się o 18.45 (tam wtedy jest odpowiednio 20.45 i 21.45).
Wracając na nasze podwórko – jeżeli zrezygnujemy ze zmiany czasu i nie zdecydujemy się na lokalne zmiany harmonogramu dnia, to może warto kompromisowo rozważyć zamiast wyboru między czasem „szczecińskim” (zimowy) a „kijowskim” (letni) przyjęcie czasu „lubelskiego” (GMT plus 1 godzina i 30 minut), „krakowskiego” (GMT plus 1 godzina i 20 minut) lub „gdańskiego” (GMT plus godzina i 15 minut). Strefy czasowe „plus 30 minut” funkcjonują w wielu krajach, „plus 20” póki co chyba w żadnym (ale „plus 45 minut” już jak najbardziej), tyle że pewnie nie będzie nam się podobało sprawdzanie różnic czasowych między krajami. Przypominam, że im większy „plus”, tym później rano będzie jasno na zachodzie kraju, co zimą zrobi różnicę przy zaczynaniu pracy/szkoły…
PS w dyskusji ktoś rzucił pomysł, żeby w lecie stosować czas „zimowy plus 2h” (GMT +3) – wtedy wschód słońca byłby bliżej 6, za to zachód słońca o 22 czy 23. Well, myślę sobie – czy wtedy inne pory roku powinny być gorsze? Zróbmy czas zimowy, wiosenny, letni i jesienny!