Lubię oglądać filmy. Nie uważam się przy tym za kinomana ani znawcę, część filmów odrzucam na dzień dobry, choćby były uważane za wybitne (Brutalista, Anora, patrzę na was), ze względów przeróżnych, generalnie wolę żeby oglądanie sprawiało mi przyjemność raczej niż przygnębiało, brakami kulturowymi przestałem się przejmować dawno temu. Na dodatek prowadzę sobie notatki co oglądałem (odnotowanie obejrzenia niekoniecznie oznacza że cokolwiek zapamiętałem, ostatnio się tak złapałem przy najnowszym Gliniarzu z Beverly Hills, byłem przekonany że nie widziałem dopóki nie włączyłem), zeszły rok podsumowałem 111 filmami obejrzanymi po raz pierwszy…
Stary rok kończyłem filmowo (niekoniecznie w wieczór sylwestrowy) filmem ze specyficznego gatunku, nietrudnego do odgadnięcia po tytule „Rekiny w Sekwanie”; jeśli zastanawiacie się, czy bliżej mu do „Szczęk” czy do „Sharknado” – cóż, najlepsza odpowiedź to chyba pierwszy „Meg”, czyli film nie udający niepoważnego, ale jednocześnie będący w swojej udawanej powadze formą kpiny z Walki z Potworem. Tu drwina skierowana była zarówno pod adresem niemądrych aktywistów, jak i usual suspects, czyli establishmentu próbującego problem zamiatać pod dywan; sami się domyślicie jak tytuł fantastycznie współgra z rozgrywanymi podczas filmu Zawodami Triathlonowymi W Sekwanie (jeżeli pamiętacie paryskie igrzyska olimpijskie, to tam również takie się odbywały)… O ile jednak duża część filmu biegła w sposób znakomicie przewidywalny, o tyle finał wprawił mnie w stan bliski ekstazy, jeśli rekinie jatki Wam nie przeszkadzają, to sprawdźcie sami dlaczego…
Nowy rok zacząłem zaś od innego gatunku, czyli filmu zatytułowanego „Wybuchowa para”, w którym Tomkruz gra swoją odwieczną rolę Biegającego Superagenta (film jest sprzed 15 lat, więc nawet nie wyglądało to niewiarygodnie), a Cameron Diaz – przypadkowej towarzyszki podróży. Film jest w tonie komediowym, więc tym łatwiej zawieszać niewiarę – z wyjątkiem jednego drobiazgu: otóż mikromotywem jest podróż samochodem gdzie oczy poniosą, aż na Przylądek Horn. I tu, nie powiem, zastrzygłem uszami i uniosłem brwi, bo w odróżnieniu od producentów orientowałem się, że Przylądek Horn leży na wyspie, i to nie tuż obok stałego lądu; gdyby chcieć tym samochodem gnać póki droga prowadzi, to można dotrzeć do Cieśniny Magellana, a po przedostaniu się przez nią promem nawet do Ushuaia nad Kanałem Beagle, ale do Hornu to jeszcze sto pięćdziesiąt kilometrów przez morze i bezdroże…
Niemniej skończyłem nieźle, zacząłem nieźle, niech się dalej dobrze ogląda.