na sygnale

Każdy, kto porusza się po drogach, zna pojazdy poruszające się „na sygnale”, najczęściej chyba karetki, ale także radiowozy czy samochody straży pożarnej, pewnie jeszcze są inne uprawnione, ale to w gruncie rzeczy jest mało istotne. W każdym razie wiadomo, że powinnością jest ustąpienie im miejsca, bo jadą na sygnale nie bez powodu (przynajmniej w teorii, nikt tego na bieżąco nie kontroluje, a anegdot o jeździe na sygnale po flaszkę nie brakuje, nawet jeśli może w dawniejszych czasach).

Nie ukrywam, że prowadząc jestem dość uwrażliwiony na te sygnały, co jest skutkiem także paru sytuacji, w których wykonywałem dość ostre manewry, żeby faktycznie tego miejsca ustąpić (niezależnie od tego, że kierowca takiej karetki też ma obowiązek zachowania ostrożności, to jednak nikt nie chce zaliczyć zderzenia, zwłaszcza z karetką, która wiezie…). Pamiętam jak kiedyś się zestresowałem mocno, kiedy w samochodowym odtwarzaczu była jakaś nieznana mi płyta, na której w jednym z utworów pojawił się taki sygnał, a ja się gorączkowo rozglądałem, z której strony ta karetka nadjeżdża…

Parę dni temu jechałem więc sobie spokojnie i nagle słyszę sygnał. Głośny na tyle, że jego źródło nie może być daleko, dwupasmówka więc raczej nie dobiega akurat nigdzie z boku, patrzę uważnie w lusterka… nie widzę. Ale cały czas słyszę, jest, nie słabnie (ale też nie przybiera na sile, więc się nie zbliża). Rozglądam się jeszcze raz na wszystkie strony… Przede mną jedzie wielka ciężarówka transportująca samochody osobowe. W jednej z wiezionych osobówek wyje alarm.

Wiem, powinienem odróżniać alarm samochodowy od sygnału karetki.

Iranki

Nie wiem jak się rozwinie trwająca w Iranie fala protestów, czy doprowadzi do upadku reżimu ajatollahów, czy skończy się jak kilka przed nimi. Nie wiem, czy uczestnicy tych protestów mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość, w Iranie lub poza nim. Wiem jedno: mają swój moment wolności (jak pisał wieszcz, „Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu”).

Media obiegły fotografie, jak Iranki zapalają papierosy od płonących zdjęć ajatollaha. Jedno szczególnie tkwi mi w pamięci: nie dlatego, że płomień na nim wielki, nie dlatego, że kobieta urodziwa, ale bije z niego wspaniała siła, umiejętnie dawkowana pogarda łączy się z poczuciem stylu, iście paryski chic. Zdjęcie zostanie ikoniczne niezależnie od tego co tę kobietę spotka w życiu (a temat dalszych losów bohaterów takich zdjęć bywa smutny).

Nie znam autora zdjęcia (jak poznam to dopiszę), ale prawdopodobnie udało mu się uchwycić XXI-wieczną wolność wiodącą lud na barykady.

filmy niemądre a wesołe

Lubię oglądać filmy. Nie uważam się przy tym za kinomana ani znawcę, część filmów odrzucam na dzień dobry, choćby były uważane za wybitne (Brutalista, Anora, patrzę na was), ze względów przeróżnych, generalnie wolę żeby oglądanie sprawiało mi przyjemność raczej niż przygnębiało, brakami kulturowymi przestałem się przejmować dawno temu. Na dodatek prowadzę sobie notatki co oglądałem (odnotowanie obejrzenia niekoniecznie oznacza że cokolwiek zapamiętałem, ostatnio się tak złapałem przy najnowszym Gliniarzu z Beverly Hills, byłem przekonany że nie widziałem dopóki nie włączyłem), zeszły rok podsumowałem 111 filmami obejrzanymi po raz pierwszy…

Stary rok kończyłem filmowo (niekoniecznie w wieczór sylwestrowy) filmem ze specyficznego gatunku, nietrudnego do odgadnięcia po tytule „Rekiny w Sekwanie”; jeśli zastanawiacie się, czy bliżej mu do „Szczęk” czy do „Sharknado” – cóż, najlepsza odpowiedź to chyba pierwszy „Meg”, czyli film nie udający niepoważnego, ale jednocześnie będący w swojej udawanej powadze formą kpiny z Walki z Potworem. Tu drwina skierowana była zarówno pod adresem niemądrych aktywistów, jak i usual suspects, czyli establishmentu próbującego problem zamiatać pod dywan; sami się domyślicie jak tytuł fantastycznie współgra z rozgrywanymi podczas filmu Zawodami Triathlonowymi W Sekwanie (jeżeli pamiętacie paryskie igrzyska olimpijskie, to tam również takie się odbywały)… O ile jednak duża część filmu biegła w sposób znakomicie przewidywalny, o tyle finał wprawił mnie w stan bliski ekstazy, jeśli rekinie jatki Wam nie przeszkadzają, to sprawdźcie sami dlaczego…

Nowy rok zacząłem zaś od innego gatunku, czyli filmu zatytułowanego „Wybuchowa para”, w którym Tomkruz gra swoją odwieczną rolę Biegającego Superagenta (film jest sprzed 15 lat, więc nawet nie wyglądało to niewiarygodnie), a Cameron Diaz – przypadkowej towarzyszki podróży. Film jest w tonie komediowym, więc tym łatwiej zawieszać niewiarę – z wyjątkiem jednego drobiazgu: otóż mikromotywem jest podróż samochodem gdzie oczy poniosą, aż na Przylądek Horn. I tu, nie powiem, zastrzygłem uszami i uniosłem brwi, bo w odróżnieniu od producentów orientowałem się, że Przylądek Horn leży na wyspie, i to nie tuż obok stałego lądu; gdyby chcieć tym samochodem gnać póki droga prowadzi, to można dotrzeć do Cieśniny Magellana, a po przedostaniu się przez nią promem nawet do Ushuaia nad Kanałem Beagle, ale do Hornu to jeszcze sto pięćdziesiąt kilometrów przez morze i bezdroże…

Niemniej skończyłem nieźle, zacząłem nieźle, niech się dalej dobrze ogląda.