Chopin w Excelu

W zeszłym miesiącu odbył się tradycyjny copięcioletni konkurs Chopinowski, nie pisałem o nim, bo po pierwsze nie śledziłem praktycznie (posłuchałem ledwo co paru koncertów w finale), a po drugie żaden ze mnie meloman, nie mówiąc o o znawcy. Obserwowałem jedynie reakcje, i co tu dużo ukrywać, jakoś wyniki nie zachwyciły publiki (i nie chodzi tu o pianistyczny patriotyzm, bo nikt nie oczekiwał cudów po występujących w konkursie polskich pianistach, Zimermanami ani Blecharzami to oni nie byli).

W dyskusjach pojawiały się rozmaite wątki, od teorii spiskowych pt. „kto kogo wyciął”, przez kwestionowanie kompetencji jurorów (a tam połowa to laureaci i finaliści z wcześniejszych edycji), po narzekanie na wadliwy system. Na tym ostatnim się skupię (nie oceniając czy wadliwy), bo to mieści się w granicach moich kompetencji. System był mianowicie czysto matematyczny, grono 17 jurorów (w tym pięcioro Polaków) oceniało każdy występ w skali od 25 („doskonały”) do 1** („słoń nadepnął na ucho i palce”), jeżeli któryś z jurorów uczył danego pianistę w ciągu ostatnich kilku lat lub miał z nim inny związek wpływający na możliwość bezstronnej oceny, to był z oceny wyłączony. Z zebranych not wyciągano średnią, a potem sprawdzano, czy noty poszczególnych jurorów nie odstawały za bardzo od tej średniej – i jeśli odstawały, to następowała „korekta” (coś jak odrzucanie najwyższych i najniższych not w skokach narciarskich czy łyżwiarstwie figurowym, tylko trochę inaczej). Na przykład grający jako pierwszy w pierwszym etapie Piotr Alexewicz miał „czystą średnią 20,88 pkt (przedział „bardzo dobry”), ale od Garricka Ohlssona dostał tylko 15 pkt („średni”), za to od innego Amerykanina Rinka 24 pkt („wyjątkowy”) – więc nota Ohlssona została regulaminowo podwyższona do 17,88 (średnia minus 3), a Rinka obniżona do 23,88 (średnia plus trzy), w kolejnych etapach korekta była do średniej plus minus dwa punkty, ostatecznie wyliczano średnią ze skorygowanych not.

Ostatecznie zatem decydowała najczystsza* matematyka – liczyły się skorygowane średnie z poszczególnych etapów (przy czym etap II był ważniejszy od I, a etap III i finał od etapu II). Po I etapie prowadził Kanadyjczyk Kevin Chen, późniejszy zwycięzca Eric Lu był dopiero siódmy (ale, jak było wspomniane dopiero co, etap I to ledwie taka rozgrzewka była). W etapie II wyraźnie najlepszy był Lu przed Chenem, i taka też była kolejność łączna. W etapie III ponownie błysnął Lu, powiększając przewagę nad Chenem (trzeci w etapie, za Chinką Zitong Wang, która swoim występem awansowała z połowy drugiej dziesiątki na trzeciej miejsce łącznie). W finale znowu najlepszy był Kevin Chen, ale minimalnie przed Ericem Lu i nie nadrobił do niego wcześniejszej straty, Wang utrzymała swoje trzecie miejsce, za to finałową szarżą (jeżeli taka sportowa terminologia to nie przesada) i trzecim wynikiem w finale Piotr Alexewicz wybił się do grona laureatów (5 miejsce ex aequo) pomimo że do finału wszedł o włos z ostatniego miejsca ex aequo. Ostatecznie Eric Lu miał łączną notę 22,43 pkt, Kevin Chen 22,15, Zitong Wang 21,45, a Piotr Alexewicz 21,03*.

Czy jurorzy oceniali dobrze, czy źle, czy miejsca w konkursie powinny być rozdawane w oparciu o cyferki w Excelu – nie mnie oceniać. Porównywać cyferki akurat umiem, więc tym się bawię.

*(tu można zadać pytanie, czemu przyznano mu 5 miejsce ex aequo z Malezyjczykiem Ongiem, który miał tylko 21,01, matematycznie to trochę skandal)

**noty niższej niż 8 nie widziałem

czas lokalny, czas…

Dziś ostatni dzień czasu letniego, od kilku dni tradycyjnie narasta awanturka o to czy zmieniać czas, a jeżeli to na jaki – pisałem już na ten temat tyle razy, że nie chce mi się powtarzać. Zamiast tego wolę się dzisiaj skupić na tym skąd właściwie się wziął problem, i wbrew pozorom nie chodzi mi o motywacje do wprowadzenia zmiany czasu, tylko o to jak doszło do tego, że „rządzi” nami zegar.

Pisałem już, że ustalenie godzinowego podziału dnia ma oczywiście funkcję porządkującą, i że problemem jest, że przyzwyczailiśmy się do tego, że określona godzina kojarzy nam się z porą na konkretne czynności – czy będzie to otwieranie sklepów o 6 rano, rozpoczynanie lekcji o 8 rano, niedzielny obiad w południe, popołudniowa herbatka o 5, wieczorny serwis informacyjny w telewizji o 19.30, cokolwiek. Nawyk powoduje, że trzymamy się tych godzin bez względu na to czy jest ciemno, czy jasno (OK, obiad w południe zawsze będzie po jasnemu) i nie chcemy tego zmieniać – prostsze wydaje się nam, że od jutra dodamy czy odejmiemy godzinę i będziemy udawali że wszystko nie jest wcale o zmienionych godzinach.

W istocie cały problem ma charakter cywilizacyjny. 250 lat temu nie istniał w ogóle, każde miasteczko żyło według swojego lokalnego czasu słonecznego; jedynie marynarze mieli na statkach zegar nastawiony według czasu „domowego”, dzięki czemu mieli punkt odniesienia pozwalający im na ustalenie ich aktualnej długości geograficznej. Dopiero kiedy w XIX wieku ruszył rozwój kolei, to szybko różnice pomiędzy czasem lokalnym w poszczególnych miasteczkach (w samej Anglii mogły wynosić po kilkanaście minut) stały się istotne, bo jak ma wyglądać rozkład jazdy, jeżeli między Norwich a Londynem czas lokalny różni się o 10 minut? I tak oto w 1840 roku spółka The Great Western Railway podjęła kluczową decyzję: w swoich rozkładach zaczęła używać wyłącznie średniego czasu Greenwich (GMT), i taki czas pokazywały zegary na „jej” stacjach. Za jej przykładem poszły inne spółki kolejowe, i w ciągu 15 lat 98% miejscowości dostosowało się do „czasu kolejowego” (w wielu miejscowościach zegary miewały dwie wskazówki „minutowe”, jedna pokazywała czas lokalny a druga kolejowy), a w 1880 cała Anglia przyjęła oficjalnie jednolity czas. A w 1884 roku średni czas Greenwich został przyjęty jako punkt odniesienia dla całego świata (choć oczywiście określenie strefy czasowej jest już wewnętrzną sprawą każdego kraju). A jeszcze potem zglobalizowaliśmy się i uważamy, że skoro piłkarska Liga Mistrzów ma zapisane, że mecz zaczyna się o 20.45 („naszego” czasu, czyli obowiązującego od Vigo w hiszpańskiej Galicji do Przemyśla w „naszej” Galicji), to jest to święte – pomimo że z uwagi na rozpiętość geograficzną w Portugalii jest wtedy 19.45, w Stambule 21.45, a w Baku czy Ałmaty i tak gra się o 18.45 (tam wtedy jest odpowiednio 20.45 i 21.45).

Wracając na nasze podwórko – jeżeli zrezygnujemy ze zmiany czasu i nie zdecydujemy się na lokalne zmiany harmonogramu dnia, to może warto kompromisowo rozważyć zamiast wyboru między czasem „szczecińskim” (zimowy) a „kijowskim” (letni) przyjęcie czasu „lubelskiego” (GMT plus 1 godzina i 30 minut), „krakowskiego” (GMT plus 1 godzina i 20 minut) lub „gdańskiego” (GMT plus godzina i 15 minut). Strefy czasowe „plus 30 minut” funkcjonują w wielu krajach, „plus 20” póki co chyba w żadnym (ale „plus 45 minut” już jak najbardziej), tyle że pewnie nie będzie nam się podobało sprawdzanie różnic czasowych między krajami. Przypominam, że im większy „plus”, tym później rano będzie jasno na zachodzie kraju, co zimą zrobi różnicę przy zaczynaniu pracy/szkoły

PS w dyskusji ktoś rzucił pomysł, żeby w lecie stosować czas „zimowy plus 2h” (GMT +3) – wtedy wschód słońca byłby bliżej 6, za to zachód słońca o 22 czy 23. Well, myślę sobie – czy wtedy inne pory roku powinny być gorsze? Zróbmy czas zimowy, wiosenny, letni i jesienny!