Amanda

Ma 23 lata, jest Amerykanką, której rodzice wyemigrowali z Rosji pod koniec ubiegłego stulecia. Jako nastolatka wygrała zawodowy turniej w Bogocie i zagrała w półfinale Roland Garros, później kręciła się w zawodowym tourze bez większych sukcesów, aż ogłosiła przerwę z powodu wypalenia i obawy o zdrowie psychiczne. Wróciła w zeszłym roku z nową siłą, osiągnęła pierwszy w życiu finał turnieju najwyższej rangi (w Toronto), na początku tego roku wygrała w Katarze…

Na Wimbledonie miała turniej życia. Była rozstawiona z numerem 13, w pierwszej rundzie zmiażdżyła rywalkę „rowerkiem”, w półfinale odprawiła liderkę światowego rankingu Sabalenkę. Finał Wimbledonu dawał jej pierwszy w życiu awans do Top10 światowego rankingu.

Fakt, w finale czekała zawodniczka, która nigdy w zawodowej karierze nie przegrała finału wielkoszlemowego, przełamać prawo serii to dodatkowe obciążenie dla debiutantki na takim poziomie. Amanda Anisimova nie udźwignęła ciężaru, została rozbita do zera (nie ugrała ani gema), zdarza się. Chwała zwyciężonym, bez nich nie ma zwycięzców.

PS IGA ŚWIĄTEK MISTRZYNIĄ WIMBLEDONU 2025

13 procent F1

Po premierze znakomitego serialu „Kompania braci” jego główny bohater major Winters powiedział, że liczył na 80% autentyczności. Producent Tom Hanks odpowiedział mu, że w Hollywood uważa się twórców za geniuszy, jeśli osiągną 12% autentyczności, a producenci serialu celowali w 17%.

Na ekranach kin jest film F1. Wiadomo, że producenci robili co mogli, żeby zapewnić widzom wrażenie autentyczności – zdjęcia kręcono podczas weekendów Grand Prix (włącznie ze stworzeniem w padoku siedziby fikcyjnego zespołu), pomiędzy prawdziwymi kierowcami i członkami zespołów, z kamerami umieszczonymi na bolidach rzeczywiście startujących w wyścigach. Wielu kierowców przewija się na ekranie, szefowie zespołów mają nawet mówione rólki (Guenter Steiner nie, gdybyście na to właśnie liczyli), niektóre zespoły udostępniły swoje siedziby. W scenach wyścigowych czuć szybkość, cała otoczka pokazana z rozmachem…

A jednocześnie fani F1 czują się jak major Winters. Nie wiem na ile czuje to przeciętny widz netfliksowego Drive to Survive, ale fani mają do wyboru uśmiechać się z politowaniem, lub śmiać się do rozpuku. Pokazana „droga sportowa” słusznie została określona w filmie jako wymagająca cudu, a cuda, jak wiadomo, niewiele mają wspólnego z realizmem. Każdy fan może wybrać sobie moment który go najbardziej rozśmieszył, drinking game „pijemy jak zobaczymy absurd” wymagałaby bardzo mocnej głowy.

Niemniej ogląda się znakomicie. Realizm oceniam na 13%, jak będę chciał 80% to będę musiał poszukać w kinie transmisji wyścigu….