czas zimowy, ale

Dziś w nocy po raz kolejny zmieniliśmy czas letni na zimowy. Z tej okazji powróciły wszystkie dyskusje o tym czy utrzymywać mechanizm zmiany czasu (w Parlamencie Europejskim trwały prace nad jego likwidacją w Unii), czy też się go pozbyć, a jeżeli się pozbyć – to czy zostawić czas zimowy (naturalny dla naszego kraju), czy też letni (czyli czas słoneczny dla Kijowa). Zwolennicy czasu letniego argumentują, że dzięki temu mamy nieco więcej światła słonecznego popołudniu…

Przyszedł mi do głowy w związku z tym pewien eksperyment. A gdyby tak zarządzić odgórnie, że – zima czy lato – biura zamiast o 9 zaczynają pracę o 8, lekcje w szkołach zamiast o 8 zaczynają się o 7, urzędy zamiast o 7-7.30 zaczynają pracę o 6-6.30, pierwsza zmiana w fabrykach czy sklepach rusza nie o 6 tylko o 5… Ba, nawet Wiadomości TVP niech są nadawane nie o 19.30, tylko o 18.30. Dziwne? Ale jak wszyscy wcześniej wstaną i rozpoczną codzienne obowiązki, to wcześniej skończą i będą mieli więcej światła słonecznego po zakończeniu! Było nie było, taka propozycja ma dokładnie taki sam efekt jak przejście na czas letni – tylko godziny mają inne numerki. A że widzimy dzięki temu, ilu ludzi zimą wychodziłoby z domu co rano w ciemności i część dnia pracy spędzało po ciemku

Tu nasuwa się ogólna refleksja, że tak naprawdę przyjęty czas (strefa czasowa) ma jedynie funkcję porządkującą rzeczywistość. Z niczego bowiem nie wynika, że szkoła powinna się zaczynać 8 godzin od umownej północy (czyli mniej więcej 4 godziny przed kulminacją słoneczną), a telewizyjny prime-time 8 godzin od umownego południa. Równie dobrze moglibyśmy przyjąć, że zamiast „stałej” pory południa (12) będziemy ustalać godziny licząc od momentu wschodu lub zachodu słońca – tyle że wtedy mielibyśmy „dziwne” godziny początku i końca doby (dlatego trzymamy się zerowania zegara o północy). Niestety, jeżeli dzień (od wschodu do zachodu słońca) trwa u nas od 7,5 do 17 godzin, to ciężko jest tak ułożyć plan dnia, żeby zaspokajał potrzeby wszystkich przez cały rok.